fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Kobe Bryant: Muszę odzyskać rytm

AFP
Po ośmiu miesiącach przerwy Kobe Bryant wrócił na parkiety NBA. Statusu ikony Los Angeles Lakers nikt mu już nie odbierze, ale o tym czy nadal będzie liderem drużyny dopiero się przekonamy
12 kwietnia tego roku. Lakersi rozgrywają z Golden State Warriors 80 mecz w sezonie zasadniczym. Bryant, podobnie jak przez całą wiosnę, gra praktycznie bez wytchnienia, choć od drugiej kwarty lekko boli go lewe kolano. Trzy minuty przed końcem spotkania zostaje sfaulowany przez Harrisona Barnesa, pada na parkiet i łapie się za tylną część kostki. Po chwili kuśtyka jeszcze do linii rzutów wolnych, dwukrotnie trafia, ale dalsza gra jest wykluczona. Właśnie rozpoczął się jego najdłuższy rozbrat z koszykówką.
Diagnoza nie pozostawia wątpliwości – zerwane ścięgno Achillesa. Lekarze mówią o sześciu-dziewięciu miesiącach przerwy. – Siedziałem w szatni, zmęczony, zły, przybity. Myślałem o tym jak przetrwać ten czas i wrócić. Nie byłem pewny czy temu podołam. Ale później do szatni weszły dzieci, więc musiałem zebrać się w sobie i zgrywać twardziela. „Z tatusiem wszystko będzie w porządku. Poradzę sobie", powiedziałem – pisał na jednym z portali społecznościowych.
Najpierw była operacja, potem codzienna praca. Prawdziwy optymizm pojawił się dopiero pod koniec lata. 23 sierpnia, po hucznych 35. urodzinach, opublikował w Internecie krótkie wideo, na którym z kilkumetrowej wieży skacze do basenu. Podpis: Mogę biegać, więc mogę też skakać...
Pierwszy mecz po kontuzji zagrał 8 grudnia. Przeciwko Toronto Raptors rzucił dziewięć punktów, trafiając tylko dwa z siedmiu rzutów z gry. Lakers przegrali, a po zakończeniu spotkania Bryant przyznał, że na parkiecie nie czuł się najlepiej. – Było dziwnie, naprawdę dziwnie. Ostatni raz, osiem miesięcy wolnego miałem chyba w łonie matki. Fizycznie wszystko jest w porządku. Biegać mógłbym przez cały dzień, ale rzutów jeszcze nie czuję. Muszę odzyskać mój rytm meczowy – mówił.
Z Phoenix Suns było dużo lepiej, ale wątpliwości czy stać go na regularną grę na najwyższym poziomie nie zniknęły. Problemy ze ścięgnami to jedna z najgorszych kontuzji, jakie mogą przytrafić się sportowcom. Przewlekłe zapalenie Achillesa zakończyło karierę Shaquille'a O'Neala. Wybitny center, który w ostatnich sezonach zerwał kilka innych ścięgien i więzadeł w okolicy kostki i łydki, w najlepszych latach grał właśnie w Lakers. Razem z Bryantem zdobyli trzy tytuły mistrzowskie, choć poza parkietem toczyli ze sobą niemal nieustające boje.
Zerwane ścięgno Achillesa wypchnęło z parkietów Isiahę Thomasa, rewelacyjnego rozgrywającego Detroit Pistons z lat 80. i 90. Z nim „Bad Boys" dwukrotnie sięgnęli po tytuł, za pierwszym razem kosztem... Lakers. Optymizmem może napawać historia Dominique'a Wilkinsa, gwiazdora Atlanty Hawks, który Achillesa zerwał 1992 roku w wieku 32 lat. Nie tylko wrócił, ale w kolejnym sezonie zdobywał średnio 29,9 punktu na mecz. Skuteczniejszy był tylko wielki Michael Jordan.
Władze Lakers święcie wierzą w ten ostatni scenariusz. Wierzą tak mocno, że jeszcze przed powrotem 35-letniemu Bryantowi dali do podpisania najwyższy kontrakt w całej NBA – 23,5 miliona dolarów za ten sezon i 25 milionów za następny. Jak wyliczył „USA Today" przez 19 sezonów klub z Los Angeles zapłaci mu łącznie 328 milionów. – Nawet jeżeli okaże się, że Kobe nie jest wart pieniędzy jakie zaoferowano mu w nowej umowie, to jest wart każdego centa, którego zainwestowali w niego od 1996 roku – napisali dziennikarze.
Lakersów bez Bryanta nie sposób sobie dziś wyobrazić. W ciągu 17 sezonów zagrał w ich barwach 1239 z 1346 meczów w sezonie zasadniczym i 220 z 223 spotkań w play-offach. Przez ten czas zdobył pięć mistrzowskich pierścieni, siedmiokrotnie grał w finałach, dwukrotnie otrzymując nagrodę MVP.
Jednym z celów na dwa, prawdopodobnie ostatnie już, sezony jest dogonienie Kareema Abdul-Jabbara na liście najlepszych strzelców wszech czasów. Będzie ciężko, bo do lidera Bryant traci obecnie ponad 6700 punktów. Aby go przegonić potrzebowałby średniej zbliżonej do 30 punktów na mecz, a po raz ostatni średnią powyżej tej granicy w rundzie zasadniczej i play-offach miał w sezonie 2006-2007. Bardziej realistyczna jest więc pozycja wicelidera rankingu – drugi Karl Malone wyprzedza go o niespełna 4300 punktów. Kobe przede wszystkim marzy jednak o zakończeniu kariery na szczycie. Niestety, wysokość podpisanej niedawno umowy w spełnieniu ostatniego sportowego marzenia może mu przeszkodzić. Teraz blisko 38 procent limitu płac w klubie pochłonie właśnie wynagrodzenie Bryanta. Inni zawodnicy będą musieli podzielić między siebie pozostałe 62 procent. Z takim ograniczonym budżetem zbudować zespół mogący walczyć o tytuł będzie bardzo trudno.
Część ekspertów zajmujących się NBA zakładała, że w ostatnich latach kontraktu Bryant zgodzi się grać nawet za połowę pensji, zostawiając Lakers swobodę w budowaniu koszykarskiego mocarstwa. Sam zawodnik takie pomysły zdecydowanie odrzuca. – Słyszę głosy krytyki, ale ich nie rozumiem. Powinienem zarabiać dużo mniej, bo takie są oczekiwania, bo nagle jak nie bierzesz mniej to znaczy, że nie zależy ci na wygrywaniu? Większej bzdury nigdy nie słyszałem – to komentarz Bryanta. – Mam szczęście być w klubie, który wie jak zadbać o swoich zawodników i jednocześnie zbudować znakomity zespół. Większość koszykarzy nie może tego powiedzieć. Wmawia się im, że powinni zarabiać mniej i to w sytuacji, gdy zyski całej ligi biją rekordy.
Tak czy inaczej, transferowa karuzela w Lakers może ruszyć jeszcze w tym sezonie. Ewentualne polowanie na gwiazdy, którym kończą się umowy z obecnymi pracodawcami, i młode talenty, z upływającymi debiutanckimi umowami, dopiero po zakończeniu bieżących rozgrywek.
 
 
 
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA