fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowe twarze, stare problemy

Jacek Rostowski ustępuje ze stanowiska na miesiąc przed realizacją swojego najważniejszego zadania – obroną budżetu
Fotorzepa
Jacek Rostowski nie przejdzie do historii w chwale. Demontaż OFE nie wynika bowiem z troski o przyszłych emerytów, lecz jest dramatyczną próbą łatania budżetu – pisze publicysta
Media od tygodnia pasjonują się wydarzeniami na kijowskim Majdanie i polskie sprawy domowe zeszły na dalszy plan. Donald Tusk może podziękować prezydentowi Ukrainy za to, że nie musi już tłumaczyć na konferencjach prasowych, jak istotne znaczenie dla pomyślności Polaków miała rekonstrukcja rządu.
Rzeczywiście, na tle pogrążonej w głębokim kryzysie Ukrainy Polska wygląda na ziemię obiecaną. Co do tego, jaki wkład w ten historyczny sukces naszego kraju wniosła Platforma Obywatelska i Donald Tusk osobiście, zdania są już podzielone. Zaczyna przeważać opinia, że druga kadencja koalicji PO-PSL u władzy to czas niewykorzystanych szans.

PO jak PiS

Manewr rekonstrukcyjny rządu narastania tych krytycznych ocen niestety nie zatrzymał. Nic dziwnego. Od miesięcy zapowiadany, ciągnął się niczym długo przenoszona ciąża. Kiedy w końcu, z widocznymi objawami nerwowej improwizacji, do porodu doszło, dla wszystkich było już oczywiste, że los premiera i Platformy Obywatelskiej rozstrzygnie się niezależnie od przetasowań w łonie gabinetu. Zależy on od domknięcia budżetu na rok 2014 na podstawie przegłosowanego właśnie transferu środków z OFE.
Jeśli ostatecznie konstytucjonaliści zadecydują, że kontrowersyjna reforma II filara ubezpieczeń, według scenariusza Jacka Rostowskiego, jest zgodna z prawem, budżet zostanie uratowany i premier dożegluje do końca kadencji. Listopadowy face lifting Rady Ministrów ani mu w tym nie pomoże, ani nie zaszkodzi.
Trudno o jednoznaczną interpretację dymisji Jacka Rostowskiego. Ustępuje z zajmowanego stanowiska na miesiąc przed realizacją najważniejszego zadania, za które odpowiada – obrony przyszłorocznego budżetu. Dlaczego więc odszedł z rządu już teraz? Były minister twierdzi, że znalazł bezpieczne dla premiera rozwiązanie problemu OFE, więc dla jego następcy pozostają jedynie formalności.
Jeśli będziemy odrabiać dystans do Zachodu w dotychczasowym tempie, osiągniemy średni poziom Unii za 34 lata
Nie można tego wykluczyć, lecz jeśli tak się stanie, Jacek Rostowski nie przejdzie do historii w chwale. Demontaż II filara ubezpieczeń społecznych ujawni bowiem, że batalia, jaką stoczył o OFE, nie wynikała z troski o przyszłych emerytów, lecz stanowiła dramatyczną próbę łatania budżetu, zagrożonego wskutek uprawianej latami kreatywnej księgowości. Donald Tusk doszedł widocznie do wniosku, że fala krytyki, która spadnie na rząd przy okazji uchwalania ustawy budżetowej, będzie mniejsza, jeśli jej główny adresat zniknie z ław rządowych.
Donald Tusk na konwencji PO nie tchnął w platformersów świeżego ducha. Wyglądali na zmęczonych ekscesami bojów wyborczych i przygnębionych wysypem korupcyjnych afer.
Nie zabłysnęli również nowi ministrowie. W swoich wystąpieniach używali głównie czasu przyszłego: będziemy rozwijali, umacniali, przygotujemy, opracujemy..., co przypominało końcowy akt włoskiej opery. Stojący chór śpiewał pieśń mającą robić wrażenie entuzjastycznego marszu. Nie zrobił.
Bardziej niż o otwarciu programowym należałoby raczej mówić o zamknięciu personalnym. Wydaje się, że Donald Tusk wreszcie skonsolidował partię i uciszył wszystkich oponentów. Tym samym Platforma Obywatelska upodobniła się do Prawa i Sprawiedliwości. Oba ugrupowania zwarły szeregi wokół swych niekwestionowanych przywódców. Czy jest to taktyka dobra zarówno dla partii, która pragnie zachować władzę, jak i dla tej, która po nią zmierza? Czas pokaże. W każdym razie w obydwu przypadkach cała odpowiedzialność spoczywa na barkach liderów. Jeśli powinie im się noga, partie nie będą w stanie uruchomić amortyzującego wstrząs mechanizmu sukcesji. Mogą stanąć na krawędzi rozpadu.
Wystąpienie programowe Donalda Tuska podczas konwencji obnażyło, po raz kolejny, największą, moim zdaniem, słabość jego sześcioletnich rządów. Jest nią notoryczne mylenie strategii rozwoju kraju ze środkami, które mają temu służyć.
Osią strategii premiera, o czym mówi z wielkim przekonaniem, są fundusze unijne. To brzemienny w konsekwencje błąd. Transfer pieniędzy unijnych, nieprzekraczający zresztą 3 proc. PKB, to tylko środek do realizacji celów, które powinna wyznaczać strategia. Sam w sobie strategii nie stanowi.
Jeśli historycznym zadaniem, stojącym przed Polakami, jest domknięcie luki cywilizacyjnej, która dzieli nas od krajów rozwiniętych, to niezbędny plan strategiczny powinien identyfikować główne przyczyny powodujące nasze zapóźnienie i prezentować konkretne programy ich usunięcia, wraz z niezbędną dla tego alokacją środków. Takiej strategii najwyraźniej brakuje.
Nie jest wiedzą tajemną, że przynajmniej trzy obszary powinny być traktowane priorytetowo. Jest to: przywrócenie zdrowej struktury finansów publicznych, uwolnienie pracy i kapitału od ograniczeń krępujących przedsiębiorczość, zwiększenie innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Nie można zarzucić premierowi, że pomija te sprawy milczeniem. Przeciwnie, tworzą one stały lejtmotyw jego wypowiedzi.

Wykres nad biurkiem

Niestety jest to z reguły tylko deklaracja intencji, projekcja zamierzeń i niesprecyzowanych w czasie zapowiedzi. Wszystko to robi wrażenie zaklinania rzeczywistości. Premier ogłasza ambitne projekty, a następnie z roku na rok „roluje" każde trudniejsze przedsięwzięcie w bliżej nieokreśloną przyszłość. Bądź w ogóle przestaje o nim mówić.
Lubi zaś, z upodobaniem podkreślać nasz szybki, w porównaniu z państwami starej Unii, rozwój w latach kryzysowych. Istotnie, kryzys nas spowolnił, ale nie pogrążył. Może jednak warto w tym kontekście przywołać twarde dane. Obecnie nasz PKB (wg siły nabywczej) wynosi 66 proc. średniej unijnej. Startowaliśmy w 1989 roku z poziomu 43 proc. Jak łatwo policzyć, odrabialiśmy dystans do Zachodu w tempie przeciętnie 1 punktu procentowego rocznie. Gdyby ta tendencja miała się utrzymać, osiągnęlibyśmy średni poziom Unii za około 34 lata. Czyli zabierze nam to prawie dwa pokolenia. Trzeba nadmienić, że jest to prognoza optymistyczna. Według wielu ekspertów możemy zatrzymać się na znacznie niższym pułapie. Byłoby pożądane, aby ten wykres statystyczny wieszał sobie nad biurkiem każdy premier i zaczynał dzień pracy od jego aktualizacji.

Miało nie boleć

Nasz marsz ku nowoczesności będzie jeszcze długi. Środki z kasy brukselskiej mogą go przyspieszyć pod warunkiem, że zostaną właściwie spożytkowane. Premier zapowiada złoty deszcz, który spadnie na nas w drugiej perspektywie finansowej Unii.
Znakomicie. Ale czy usłyszeliśmy jakąkolwiek informację, jaki wpływ na polski know-how, wynalazczość, współpracę centrów badawczo-rozwojowych z przemysłem miała absorpcja pierwszej transzy 2007–2013? Czy rząd w ogóle dysponuje wiedzą na ten temat? Czy dokonano niezbędnej analizy, szczegółowego audytu wykorzystania tych środków, skoro zapadają już decyzje, jak dysponować nimi w przyszłości?
Nic o tym nie wiemy. Wiemy natomiast coraz więcej o nadużyciach, jakie w tej dziedzinie popełniono, czemu nie zapobiegła mityczna tarcza antykorupcyjna. Wiemy również o tym, że budujemy najdroższe w Europie autostrady, a jednocześnie dziesiątki firm przy tym zatrudnionych bankrutują. Jak to jest możliwe?
Donald Tusk osiągnął wielki sukces, prowadząc swoją partię dwukrotnie do zwycięstwa. Sprawuje władzę już szósty rok. Zastanawiam się, w którym momencie opuścił go reformatorski zapał, gdyż nie mam powodu nie wierzyć, że obejmując rządy, szczerze pragnął dokonać modernizacyjnego przełomu.
Wydaje się, że nastąpiło to, gdy pokazał na mapie nękanej kryzysem Europy polską zieloną wyspę. Podczas gdy wszystkie rządy ograniczały wydatki i cięły koszty, nasze zadłużenie szło ostro w górę. Jeśli Donald Tusk mógł kiedykolwiek otrzymać przyzwolenie społeczne na niepopularne a konieczne posunięcia, było to właśnie wtedy. Mógł przede wszystkim przeforsować włączenie do powszechnego systemu emerytalnego wszystkich środowisk zawodowych.
Mógł też dokonać niezbędnych zmian w funkcjonowaniu OFE, które racjonalnie zmniejszałyby koszty ich funkcjonowania. Zlikwidowałby w ten sposób chroniczny deficyt finansów publicznych, który będzie zmorą kolejnych ministrów finansów. Musiałby się oczywiście zderzyć z różnymi grupami interesu, ale przecież żaden rząd przeprowadzający reformy nie może takiej konfrontacji uniknąć. Tymczasem krytykowany za opieszałość i przesadny optymizm karcił oponentów i głosił, że nie po to sprawuje władzę, aby ludzi bolało.

Prymus zaciska pasa

Polacy, karmieni pokrzepiającymi opowieściami o szczęśliwej wyspie, źle przyjęli radykalny krok, na który w końcu się zdecydował, podnosząc wiek emerytalny. Ta decyzja kłóciła się w odbiorze społecznym ze zbyt długo uprawianą propagandą sukcesu – skoro jesteśmy prymusem Europy, to dlaczego musimy zaciskać pasa? Donald Tusk uznał więc, że jedna reforma na dwie kadencje to i tak przyzwoity wynik. Resztę załatwią pieniądze z Unii i poprawa koniunktury gospodarczej. Dzięki tej filozofii rządzenia wygra prawdopodobnie jeszcze dwa lata dla Platformy Obywatelskiej. Ale przegra je dla Polski. Zostanie mu wtedy na obronę tylko jeden argument: na Ukrainie jest gorzej.
Autor był wiceministrem spraw zagranicznych w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, posłem Porozumienia Centrum i Ruchu dla Rzeczpospolitej w latach 1991–1993. Potem bezpartyjny. Wydawca książek
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA