fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Izolacjonizm po polsku

Fotorzepa, dp Dominik Pisarek
Niedawne wypowiedzi znaczących osób związanych z aktualną polską polityką bezpieczeństwa spowodowały podważenie naszej sojuszniczej wiarygodności – ostrzega były szef MON.
Widmo krąży po NATO. Widmo izolacjonizmu. Nie amerykańskiego, ale polskiego. No, może trochę przesadzam, bo nie jest tak, że to spędza sen z powiek wielu natowskim politykom i generałom. Coś jednak jest na rzeczy, bo z ich ust dość często padają pytania, jak to w końcu jest z obwieszczaną ostatnio zmianą polskiej polityki bezpieczeństwa, i o co w tej zmianie chodzi.

Rozczarowanie Ameryki

Do interwencji w Libii polskie stanowisko wobec akcji podejmowanych przez NATO było całkowicie jednoznaczne. Więcej – Polska zaangażowała się przecież w polityczne i wojskowe wsparcie działań montowanej przez USA akcji w Iraku w 2003 r., choć nie miała ona sankcji Sojuszu, co więcej – pomimo nacisków ze strony tak ważnych krajów jak Niemcy, a przede wszystkim Francja,  która to ustami swego prezydenta zgłaszała pretensje, że „nie siedzieliśmy cicho".  Wszystkimi naszymi zaangażowaniami potwierdzaliśmy składane w czasie zabiegów o członkostwo w NATO zapewnienia,  kierowane głównie do Stanów Zjednoczonych, ale przecież nie wyłącznie,  że nie jesteśmy i nie będziemy sojusznikami jedynie „na dobra pogodę".
Zwieńczeniem tej naszej polityki solidnego i przewidywalnego sojusznika było nasze zaangażowanie w Afganistanie zadeklarowane – co warto przypomnieć – na fali głębokiego poczucia solidarności z napadniętymi przez al Kaidę Stanami Zjednoczonymi i w efekcie z przywołaniem przez NATO gwarancji bezpieczeństwa zawartych w słynnym artykule V traktatu waszyngtońskiego.
W przypadku Libii nasza reakcja na propozycję militarnego zaangażowania się NATO w wyegzekwowanie zakazu używania lotnictwa przez reżim Kadafiego była jednak całkiem odmienna.
A mówiąc ściślej,  odczytana  została jako całkiem odmienna. I były po temu stosunkowo niezłe powody.
Po pierwsze, dość twardo zapowiedzieliśmy, że nie wyślemy żołnierzy, ale niestety nie towarzyszyło tej deklaracji zdecydowane stwierdzenie, że w pełni popieramy samą ideę, że sami jesteśmy zbyt mocno zaangażowani gdzie indziej i że nasz udział nie jest niezbędny. Po drugie, opatrzyliśmy naszą decyzję niezbyt fortunnymi dywagacjami na temat hipokryzji i podwójnych standardów w reagowaniu na łamanie praw człowieka oraz na temat znaczenia ropy libijskiej w podjęciu decyzji o ingerencji przez naszych sojuszników.
Trudno się w tej sytuacji dziwić nieskrywanemu rozczarowaniu ze strony USA (i nie tylko). I choć nasza reakcja była bardzo podobna do niemieckiej, to jednak od nas – zasadnie – spodziewano się czegoś innego. To rozczarowanie było zapewne tym większe, że swój udział (co prawda często symboliczny, ale jednak) zadeklarowały kraje, które nie uchodzą za szczególnie wojownicze, jak Szwecja,  Belgia, Holandia,  Norwegia, Dania, Bułgaria czy Rumunia.
Później, w trakcie debat o zakończeniu zaangażowania  w Afganistanie, zaczęły padać z ust wysokich rangą przedstawicieli naszych władz zapowiedzi wcześniejszego wycofania się Polski z tej misji, co na szczęście się nie stało, ale zwiększyło wrażenie niepewności co do naszej sojuszniczej solidarności.

Zdobywanie doświadczenia

Kiedy wybuchł konflikt w Mali, nasza reakcja była równie wstrzemięźliwa, ale znacznie lepiej przedstawiana i choć nie znaleźliśmy się w gronie państw, które zaofiarowały wsparcie logistyczne (jak Niemcy czy Dania lub Belgia), to jednak złożyliśmy ofertę wysłania tam naszych oficerów. Co prawda miało to nastąpić po zakończeniu gorącej fazy kryzysu,  ale i tak efektem naszej deklaracji było to, że nie pojawiły się podobne, jak w przypadku Libii, komentarze wobec Polski. Nie wystarczyło to jednak do odbudowania wizerunku kraju, na który zdecydowanie można liczyć, nadszarpniętego naszymi wcześniejszymi zaniechaniami.
W ostatnim czasie znów powrócił problem naszej sojuszniczej wiarygodności – wywołały go rozmaite komentarze znaczących osób związanych z aktualną polską polityką bezpieczeństwa. Mam na myśli zapowiedzi, iż nasza polityka bezpieczeństwa będzie inna, niż było to w niedalekiej przeszłości, kiedy to rzekomo padliśmy ofiarą zauroczenia misjami ekspedycyjnymi, które były zdecydowanie niepopularne w polskim społeczeństwie (co jest prawdą) i wiele nas kosztowały – także bolesnych strat ludzkich – a nie przyniosły nam żadnych korzyści.
Otóż ta druga część powyższej oceny, dość zresztą popularnej w polskich mediach, nie jest całkiem prawdziwa. Nie chciałbym wchodzić głęboko w uzasadnianie tezy o pożytkach, jakie wynieśliśmy i nadal wynosimy z tych misji. Wystarczy jednak,  że wspomnę (poza jakże istotnym politycznie budowaniem pozycji Polski jako nie tylko wiarygodnego, ale także ważnego partnera) o ogromnym znaczeniu zdobytego doświadczenia w sojuszniczym współdziałaniu w warunkach bojowych, o sprawdzaniu takich zdolności, jak zaopatrzenie wojsk na teatrze działań wojennych czy dowodzenie większymi sojuszniczymi związkami taktycznymi, o weryfikowanie i oswajanie się w praktyce z rozmaitymi procedurami obowiązującymi w NATO... No i w końcu chodzi o ugruntowanie bardzo dobrej opinii o naszym wojsku wśród naszych sojuszników i – co nie jest bez znaczenia – nie tylko wśród nich.
Powinniśmy dbać o ugruntowanie bardzo dobrej opinii o naszym wojsku wśród naszych sojuszników i – co nie jest bez znaczenia – nie tylko wśród nich
W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na jakże często spotykane ogromnie wąsko rozumiane pojęcie naszego interesu narodowego, co często przybiera postać stanowiska w rodzaju „nasza chata z kraja". Otóż, trzeba jasno powiedzieć, że w obecnych czasach Polska ma interesy bardzo daleko wykraczające poza granice naszego najbliższego sąsiedztwa. Skala naszych powiązań  gospodarczych sprawia, że jeśli załamie się gospodarka któregoś z głównych naszych partnerów handlowych, to efekt dla nas może być fatalny.
Jeśli więc, przykładowo, zagrożone byłyby dostawy ropy naftowej z Bliskiego Wschodu – choć naszej gospodarce takie zagrożenie w sposób doraźny i bezpośredni nie zagraża – to załamanie się gospodarek naszych partnerów w Europie Zachodniej musi być dla nas powodem ogromnej troski. Tak więc istnieje znacznie szersza, niż się to z pozoru wydaje, wspólnota interesów naszych i naszych głównych partnerów w Europie oraz po drugiej stronie Atlantyku.

Nie tylko obrona terytorium

Jeśli zaś chodzi o kwestie naszego bezpieczeństwa, to sprawa ma się podobnie. Nie jest bowiem tak, że osłabienie prestiżu międzynarodowego jednego z naszych ważnych partnerów, a w szczególności Stanów Zjednoczonych (które są ważnym elementem polityki odstraszania), nie ma dla nas większego znaczenia.
Jeśli więc nasi sojusznicy angażują się w jakąś akcję wojskową (a można mieć zasadną nadzieję, że taka akcja będzie poprzedzona poważnym namysłem i sojuszniczymi, choćby krótkimi, konsultacjami), to w najgorszym razie trzeba się trzymać lekarskiej zasady przypisywanej Hipokratesowi – po pierwsze, nie szkodzić. Wrażenie dystansowania się od takiej operacji może przynieść nam polityczną stratę. Nie mówiąc już o niezbyt eleganckim chowaniu się za parawan rzekomych podwójnych standardów i hipokryzji naszych partnerów.
No i wreszcie pojawia się pogląd, że powinniśmy w procesie modernizacji naszych sił zbrojnych stawiać wyłącznie na te zdolności bojowe, które są odpowiednie dla obrony naszego terytorium, a nawet, że swoje sojusznicze zobowiązania winniśmy zredukować do zdolności do obrony naszego terytorium.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że takie zdolności trzeba rozwijać. Problem jednak polega na tym, że mając jedynie takie zdolności, nie tylko nie jesteśmy w stanie w znaczący sposób włączyć się w misje interwencyjne czy stabilizacyjne, ale – co gorsza – nie jesteśmy w stanie wysłać znaczącego wsparcia położonemu dalej od naszych granic krajowi NATO, który padłby ofiarą agresji (a do takiego wsparcia zobowiązuje nas wspomniany już art. V). W końcu, żeby odwołać się do niedawnej przeszłości, Bośnia czy Kosowo są bliżej Polski niż wschodnie rejony Turcji, południe Włoch czy Hiszpanii.
Przywołajmy choćby jeszcze jeden przykład – gdyby dano posłuch postulatom budowania naszej marynarki wojennej jako zdolnej wyłącznie do działań na Bałtyku, nie bylibyśmy w stanie aktywnie uczestniczyć np. w zwalczaniu piractwa na Oceanie Indyjskim, co może okazać się politycznie ważną potrzebą. Nawiasem mówiąc, w te akcje angażuje się wiele krajów (ostatnio także Ukraina), które też mogłyby powiedzieć, że ten problem ich bezpośrednio nie dotyczy.
I na koniec: nie chodzi wyłącznie o zdolności przerzutu naszych wojsk, by zgodnie z danymi nie tylko przecież nam, ale i przez nas, gwarancjami bezpieczeństwa wesprzeć  napadniętego sojusznika czy też wziąć udział w misji stabilizacyjnej, w regionie, w którym prowadzone są działania nieregularne, w tym o charakterze partyzanckim.  Chodzi też o to, by mieć odpowiednie doświadczenia, nawyki, umiejętności i sprzęt potrzebny do takich misji – a wszystkie te kwestie wyglądają inaczej niż w przypadku tradycyjnych walk w konflikcie międzypaństwowym, kiedy to najczęściej chodzi albo o ochronę własnego, albo o odzyskanie utraconego na rzecz agresora terytorium. Do tego dochodzą różnice geograficzne stawiające inne niż u nas wymagania sprzętowe.
Pozwolę sobie dla zilustrowania przypomnieć, że cenione transportery Rosomak, którymi nasze wojsko dysponowało w Afganistanie, różnią się znacznie od tych, w które  są wyposażone jednostki w kraju.

Rzeczywistość lepsza od deklaracji

Na szczęście, mimo budzących niepokój naszych partnerów deklaracji rzeczywistość budzi nieco mniej obaw. W polskich podstawowych dokumentach politycznych zawarte jest jasne odniesienie do naszych zobowiązań sojuszniczych, a także możliwość udziału w misjach ekspedycyjnych. Uczestniczymy w programach NATO zapewniających nam transport strategiczny na duże odległości, angażujemy się w ochronę przestrzeni powietrznej krajów bałtyckich, angażujemy się w operacje stabilizacyjne na Bałkanach, a nasza marynarka wojenna będzie mieć także okręty o dużym zasięgu i możliwości długotrwałego przebywania w morzu itd. Tego rodzaju działań nie należy jednak spychać na drugi plan. Nie wolno też składać deklaracji, które mogą podważać naszą sojuszniczą wiarygodność. W przeciwnym razie także i nasi sojusznicy mogą przestać traktować swoje zobowiązania niezbyt serio i zaczną przesyłać sygnały, że „ich chata z kraja".
Autor był dwukrotnie ministrem obrony narodowej (w latach 1992–1993 i 1997–2000), posłem na Sejm oraz europosłem
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA