fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Sześciolatki, czyli wiek emerytalny

Robert Gwiazdowski
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Jan Jakub Rousseau, który, jak uczą dzieci w szkole, „wielkim demokratą był", oddał swoje dzieci do przytułku, by nie przeszkadzały mu w ulepszaniu świata.
Jak ma wyglądać ten świat lepszy, napisał między innymi w traktacie pedagogicznym „Émile, ou de l'éducation" (Emil, czyli o wychowaniu).
Przypomniała mi się ta historia podczas debaty na temat przymusu szkolnego dla sześciolatków. Rousseau zakładał, że w rządzeniu powinniśmy kierować się wolą ludu. Zmieniał zdanie, czy ta wola to wola większości, czy też wszystkich. Popierał nawet polskie liberum veto jako sposób określania tej woli.
Szybko doszedł jednak do wniosku, że mu się byle kto nie będzie wtrącał w urządzanie świata, i uznał, że wola ludu to nie jest wola ludzi. Więc po co pytać ludzi o ich wolę? Lepiej znają potrzeby ludu nieliczni jego przedstawiciele. Stwierdzili właśnie, że nie można mi pozwolić na wyrażenie w referendum choćby opinii, czy moje dzieci i wnuki powinny pójść obowiązkowo do szkoły już w wieku lat sześciu czy może dopiero rok później. No bo o to, czy w ogóle musi istnieć przymus szkolny, nikt już nie pyta, przyjmując, że to oczywiste.
Przyznać trzeba, że nawet Adam Smith dopuszczał działania państwa w krzewieniu oświaty. Ale tylko na szczeblu elementarnym i pod pewnymi warunkami. „Bardzo niewielkim kosztem państwo może ułatwić, zachęcić, a nawet nałożyć na cały prawie naród obowiązek opanowania podstawowych dziedzin wykształcenia (...). Jeżeli bowiem lud jest choć trochę wykształcony, mniej jest podatny na omamy zabobonu i uniesień, które wśród ciemnych narodów wywołują często najokropniejsze zaburzenia (...) i jest bardziej skłonny traktować krytycznie egoistyczne uroszczenia partyj i lepiej potrafi przejrzeć ich sens" – pisał.
Twierdził, że rząd może zakładać małe szkółki na terenie każdego okręgu (w których dzieci zdobywałyby elementarne wiadomości) i może nawet opłacać w części pensję nauczycieli. Nie powinien jednak pokrywać w całości ich wynagrodzenia, gdyż wówczas szybko zaczęliby oni zaniedbywać obowiązki. Jeżeli bowiem utrzymują się z poborów płynących ze źródeł, które są całkowicie niezależne od ich osiągnięć, a nie z honorariów od uczniów, to ich interesy pozostają w sprzeczności z ich obowiązkami.
Jeśli jednak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie – głosi prawo Murphy'ego. Więc poszło. Dziś nie o dzieci w szkole chodzi, tylko o nauczycieli. I chyba bardziej o wiek emerytalny niż szkolny. Jeśli wcześniej zaczniemy się uczyć, to i wcześniej pracować. I do wieku emerytalnego pracować rok dłużej.
Autor jest adwokatem, profesorem prawa, prezydentem Centrum im. Adama Smitha
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA