fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zamachy w Brukseli

Dżihad wprost z Brukseli

AFP
Ślady paryskich zamachów prowadzą do brukselskiej dzielnicy Molenbeek-Saint-Jean. Była łączona z terrorystami już wcześniej, ale władze nic z tym nie zrobiły. Przypominamy tekst z listopada 2015.

Anna Słojewska z Brukseli

Trwająca kilka godzin poniedziałkowa akcja policji u zbiegu ulic Delaunoy i Ransfort w brukselskiej dzielnicy Molenbeek-Sain-Jean nie przyniosła rezultatów. Nie znaleziono pod tym adresem mężczyzny podejrzanego o dokonanie ataków w Paryżu. Salah Abdeslam, 26-letni Belg pochodzenia marokańskiego, na którego nazwisko został wypożyczony samochód znaleziony w okolicach zaatakowanego w piątek klubu Bataclan, jest ciągle na wolności.

Nie wiadomo, jaki był udział Abdeslama w paryskich atakach, ale informacja, że był w nie zamieszany, to kolejny trop prowadzący do Molenbeek. Ochrzczona już w światowych mediach mianem kolebki dżihadyzmu, licząca niespełna 100 tysięcy mieszkańców gmina staje się najważniejszym problemem belgijskiego rządu.

W niczym nie przypomina paryskich przedmieść, które są wylęgarnią młodych radykałów. W Brukseli imigrantów lokowano w tradycyjnych dzielnicach zamieszkanych niegdyś przez robotników lub klasę średnią. Żeby dotrzeć do ulicy Delaunoy, najlepiej wsiąść w metro do Dworca Zachodniego. To zaledwie 15 minut od serca stolicy europejskiej z rondem Schumana, zaledwie 10 minut od historycznego centrum z Grand Place.

Gdzie była policja?

Tradycyjne belgijskie ceglane domy, sklepy, bary, warsztaty. Blisko kanału, z którego nabrzeża widać po drugiej stronie osiedle eleganckich loftów budowanych na terenach poprzemysłowych. Miejsce ruchliwe, przy jednej z przelotówek z przystankami tramwajowymi.

Centrum operacji antyterrorystów łatwo zlokalizować – taśmy policyjne, agenci w mundurach i cywilu, jednostki straży pożarnej. Trochę gapiów, więcej ekip dziennikarskich. Rozmawiam z Asanem, Libańczykiem, od 15 lat w Belgii. – Teraz policja robi dobrą robotę, ale gdzie byli wcześniej? Przecież mają agentów, wysyłają ich nawet do meczetów – mówi.

Ma żonę i pięcioro dzieci, pracuje niedaleko, w firmie eksportującej używane samochody do Afryki. Przyszedł w przerwie obiadowej z kolegą pooglądać akcję policji. Pytam go o muzułmańskich radykałów, a on w reakcji energicznie mnie przekonuje, że islam jest dobry. – Jestem muzułmaninem, w islamie nie ma nic złego. Ci młodzi radykałowie to szaleńcy, nie mają nic wspólnego z islamem – mówi.

Broni też uchodźców. – Przecież ci bojownicy są urodzeni w Belgii – twierdzi Asan.

Okolica obławy nie wygląda na zamożną dzielnicę belgijskich mieszczan, ale nie sprawia też wrażenia ubogiej czy zapomnianej. Na pewno nie jest to dzielnica zakazana, przynajmniej w dzień. Na ulicach więcej kobiet w chustach niż w innych miejscach Brukseli, bo społeczność marokańska jest tu silniej reprezentowana. Widać też jednak przedstawicieli Konga czy mieszkańców pochodzenia europejskiego. W nieodległym barze Cafe Milano można wypić świetną włoską kawę, a jego właściciel Giuseppe wpatruje się wraz z nielicznymi o tej porze gośćmi w ekran telewizora, na którym reporter telewizji publicznej przekazuje na żywo doniesienia z ulicy Delaunoy.

– To gdzieś tutaj? – pyta jeden z gości. – Tak, po drugiej stronie ulicy – gestykuluje Giuseppe. Zdumiony, podobnie jak inni, że z jego okolicy pochodzi sprawca krwawych zamachów.

Chodzi nie tylko o Salaha Abdeslama, ale przede wszystkim o Abdelhamida Abaaouda, którego uważa się za mózg paryskiej operacji. Ciągle poszukiwany przez europejską policję Abaaoud szykował zamach na belgijskie siły bezpieczeństwa. Jego siatka została rozbita przez policję w Verviers krótko po atakach na paryską redakcję „Charlie Hebdo" w styczniu.

Nie tylko bezrobotni

Belgijscy terroryści to bojownicy Państwa Islamskiego. Według amerykańskiej CIA Państwo Islamskie w Syrii i Iraku liczy 20–30 tys. bojowników, z czego połowa przybyła z zagranicy. Większość stanowią muzułmanie z Bliskiego Wschodu, ale jest też tam znaczący kontyngent Europejczyków. Brytyjskie Centrum Studiów nad Radykalizacją twierdzi, że jest ich około 4 tys. Szacuje się, że przez szeregi PI przewinęło się ok. 440 Belgów, co jest najwyższym wskaźnikiem w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Zdaniem belgijskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych 120 z nich wróciło do kraju i stanowi zagrożenie terrorystyczne.

Oczywiste wydaje się rekrutowanie bojowników spośród licznej w Belgii społeczności muzułmańskiej, a szczególnie potomków Marokańczyków przybyłych do pracy w latach 50. i 60. Ale pierwszym belgijskim dżihadystą, o którym usłyszał świat, był Sean Pidgeon, potomek rodziny belgijsko-kongijskiej, który przeszedł na islam w wieku 14 lat. Zginął w Syrii w wieku 23 lat.

Drugą oczywistością zdaje się twierdzenie, że radykalizują się ci najbiedniejsi, bez szans na normalne życie czy stałą pracę. Ale poszukiwany Salah Abdeslam nie był bezrobotny. Przynajmniej w latach 2009–2011 był pracownikiem technicznym w zajezdni tramwajowej w alei Hippodrome, w dzielnicy Ixelles, 300 metrów od mojego domu. W Brukseli praca w STIB, czyli firmie transportu publicznego obsługującej autobusy, tramwaje i metro, uchodzi za atrakcyjną i stabilną. Abdeslam sam z niej zrezygnował.

Faktem jest jednak, że wyjątkowo wysoki wskaźnik radykalizacji w Belgii trzeba powiązać z sytuacją społeczną imigrantów. Luka zatrudnienia oraz wykształcenia pomiędzy imigrantami a rodowitymi Belgami jest najwyższa w krajach rozwiniętych. Wiele mówi się ostatnio o porażce dotychczasowego modelu integracji.

Gdy coraz głośniej zaczęło być o zagranicznych bojownikach, władze lokalne postawiły sobie za cel „deradykalizację" dzielnic zamieszkanych przez biedniejszą społeczność muzułmańską. Do kampanii włączono policję, szkoły, meczety, pracowników społecznych. Jako pozytywne przykłady podaje się Antwerpię czy podbrukselskie Vilvoorde.

Wygląda jednak na to, że w Molenbeek takich wysiłków nie czyniono. – Dziś, gdy mówimy o problemach, to tylko w Brukseli. A właściwie tylko w Molenbeek – mówi Jan Jambon, minister spraw wewnętrznych Belgii reprezentujący nacjonalistyczne ugrupowanie flamandzkie NVA. I zapowiada, że osobiście zajmie się przypadkiem Molenbeek, a władze federalne wyręczą w tej sprawie władze lokalne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA