fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ochrona zdrowia

Aplikacja pomoże w walce z niepłodnością

123RF
Resort zdrowia chce walczyć z niepłodnością przez diagnostykę i edukację.

Naprotechnologia zamiast in vitro – tak można streścić „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce w latach 2016–2020" opracowany przez resort zdrowia. „Rzeczpospolita" dotarła do tego dokumentu, który uzyskał właśnie pozytywną opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.

Według ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła zaproponowane w programie rozwiązanie „nie budzi takich emocji etycznych" jak in vitro. Ma pomóc nawet 1,5 mln par, które zgodnie z wyliczeniem ekspertów resortu, borykają się z problemem niepłodności.

Z programu wynika, że jest on przeznaczony głównie dla małżeństw, ale szansę na leczenie miałyby mieć także wszystkie „osoby w związkach, które od ponad roku starają się o dziecko i wcześniej nie były diagnozowane w kierunku niepłodności". W pięcioletnim budżecie programu, wynoszącym ponad 102 mln zł, uwzględniono leczenie 8 tys. par.

Dokładną diagnostykę niepłodności zagwarantować ma specjalistyczny sprzęt, m.in. nowoczesne aparaty USG czy histeroskopy, które resort zdrowia zakupi dla 16 ośrodków referencyjnych zajmujących się kompleksowym leczeniem pacjentów.

– Do tej pory sprawy dotyczące płodności i niepłodności były nieuporządkowane. Badania były wykonywane w różnych miejscach, a kobiety mające problemy z zajściem w ciążę podróżowały po różnych ośrodkach. Postępowanie w niepłodności polegało na niemal natychmiastowym wysłaniu na zabieg in vitro. Ten program przewiduje rok rozpoznania i przyczynowego leczenia, co jest zgodne ze sztuką lekarską – ocenia prof. Bogdan Chazan, ginekolog i położnik.

Ale zdaniem posła Marka Hoka, ginekologa i członka Sejmowej Komisji Zdrowia, pomysł resortu zdrowia sprowadza leczenie niepłodności wyłącznie do naprotechnologii.

– A ta metoda to nic innego, jak stosowane dziś we wszystkich gabinetach ginekologicznych badanie USG, ocena temperatury ciała, ocena śluzu szyjkowego i monitorowanie owulacji, które wykonuje się u pacjentki w momencie kłopotów z zajściem w ciążę trwającym do 12–18 miesięcy. Szkoda wydawać 102 mln na coś, co już stosujemy, i to od kilku dekad – mówi Hok.

Specjalistom nie podoba się też zapis o leczeniu niepłodności metodą udrażniania jajowodów.

– Nikt na świecie już tego nie robi, bo dowiedziono, że przy niedrożności jajowodów, ciężkiej endometriozie i patologii nasienia jedyną szansą na dziecko jest zapłodnienie in vitro. Wmawianie pacjentom, że to pomoże, to oszukiwanie – ocenia prof. Romuald Dębski, szef Kliniki Położnictwa i Ginekologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego i mazowiecki konsultant endokrynologii ginekologicznej i medycyny rozrodu.

Oprócz diagnozowania pacjentów wojewódzkie ośrodki referencyjne mają edukować w rozpoznawaniu i leczeniu niepłodności personel. Resort planuje 85 szkoleń dla 17 tys. lekarzy pierwszego kontaktu, ginekologów, pielęgniarek i położnych. Edukacją chce także objąć 1,2 mln licealistów w wieku 16–18 lat, którzy mieliby zapoznawać się z cyklem rozrodczym człowieka, oraz osób w wieku reprodukcyjnym. Dorośli mieliby korzystać ze specjalnej aplikacji, jaką będzie można pobrać na smartfony. Ma ona, m.in., podpowiadać, kiedy są dni płodne.

Eksperci uważają, że to marnowanie pieniędzy. Chwalą natomiast plan utworzenia Banku Tkanek Germinalnych, czyli tkanek jajnika pobieranych od chorych na raka kobiet, które mają być poddane agresywnemu leczeniu onkologicznemu.

– To często jedyna szansa na posiadanie dziecka u kobiet leczonych agresywną radio- czy chemioterapią, szczególnie jeśli są młode i nie mają partnera – mówi prof. Dębski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA