fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

O potrzebie pilnej naprawy polskiej legislacji

123RF
W pierwszej kolejności naprawy wymaga legislacja. Spoglądając na porządek prawny z perspektywy jego stanowienia, widać bowiem kryzys. Przed uchwaleniem ustawy powinna opiniować Rada Języka Polskiego. Dzięki temu byłyby bardziej zrozumiałe – uważa adwokat Aleksander Tobolewski.

Pisanie felietonów o polskim prawie zza Atlantyku ma swoje zalety, ale i wady. Zaletą jest patrzenie z dystansu na to, co się w Polsce uchwala, jak interpretuje obowiązujące prawo. Nie jestem skrępowany opinią polskich kolegów po fachu. Mogę sobie pozwolić na narażanie się twórcom prawa i jego promotorom, naukowcom i interpretatorom; na stawianie tez nie zawsze zgodnych z poglądami większości.

Takie pisanie ma też wady, bo wystawia się na uwagi, że „co ten adwokat z zagranicy będzie się mądrzył. Ma w Kanadzie dobrze, a wtrąca się w nie swoje sprawy. To niech wróci i tu się wykaże". Tak było dawno temu, przed moją emigracją, i tak jest dzisiaj, o czym świadczą komentarze, jakie czasami dostaję z Polski. Nihil novi sub sole.

Do poprawy w pierwszej kolejności

Po wyborach jest jednak dobry czas, by wypowiedzieć się na temat tego, co osobiście oceniam w pierwszej kolejności jako warte naprawy. A zatem – legislacja.

Spoglądając z Kanady na porządek prawny w Polsce, na sposób jego stanowienia, widać kryzys. Bez szczególnie wnikliwej analizy mogę powiedzieć, że w dużej mierze wynika to z jego niskiej jakości w aspekcie językowym – formalnym. Przepisy pisane są bowiem językiem w większości niezrozumiałym dla ludzi niebędących prawnikami. Ba, często prawnicy, nawet utytułowani, nie rozumieją konkretnego sformułowania przepisu, mozolnie dochodząc, co ustawodawca chciał osiągnąć przez przyjęcie takiej a nie innej treści.

Przeważająca w Polsce interpretacja językowa zakłada, że sens i zakres wyrażenia przepisu muszą być jednoznaczne dla każdego czytającego. O, gdyby tak było! Przyzwyczajenie do interpretacji językowej prowadzi często do wypaczeń, jako że jakość języka projektów bywa mniej niż mierna, a do tego „poprawiana" przez posłów niemających pojęcia o regułach prawidłowego tworzenia przepisów czy ich interpretacji ani niemających czasu na sali sejmowej, by zastanowić się nad tym, że często postawienie przecinka w niewłaściwym miejscu może zmienić sens, znaczenie całej normy.

Opinie, które coś wnoszą

Przekazywanie projektów aktów prawnych do oceny resortów i innych ciał opiniotwórczych jest tylko fragmentarycznym remedium. Wiele resortów albo się nie wypowiada, bo uważa, że nie musi, albo pilnuje swoich interesów i jak Stańczyk rozrywa szaty, że się je obciąża dodatkową pracą, albo odwrotnie, zabiera się im kompetencje. Przy tym z reguły patrzą ze swojej partykularnej perspektywy i komentują tylko to, co ich bezpośrednio dotyczy. A cała reszta? Co tam – „moja chata z kraja". I ile resortów otrzyma projekt, tyle opinii – często sprzecznych ze sobą. Wielokrotnie obserwowałem, że wypowiedzi z niektórych resortów nie mają żadnego wpływu na zmianę projektu, mimo obszernego i sensownego uzasadnienia. Po n-tym razie zignorowania przesłanych uwag – odpuszczają. Sam bym się w takiej sytuacji załamał i w przyszłości dawał opinie na odczepnego.

Wiem, że pracownicy służby cywilnej bardzo poważnie traktują swoje obowiązki, ale znam też poczucie bezsilności urzędnika, który w końcu zadaje sobie pytanie: jeśli naszych poprawek nie biorą pod uwagę, to po co pytają?

Nie lepiej jest z opiniami utytułowanych naukowców. Nie wiem, dlaczego pokutuje w Polsce opinia, że jeśli się ma tytuły naukowe, to ich posiadacz zna się na wszystkim. Tak nie jest.

Czytam opinie wystawiane przez naukowców na tematy proponowanych zmian w prawie i często nie dowierzam własnym oczom. Teoretycznie nic im zarzucić nie można, ale bywają tak oderwane od rzeczywistości, że tylko wprowadzają w błąd. Jak bowiem magister iksiński w dziale prawnym – nawet ministerstwa – będzie podważał opinię profesora, który opublikował dziesięć książek, prowadził szkolenia (na których czasami wszyscy spali), a w opinii mówi, że właśnie tak ma być?

Wieloznaczność do kosza

Przed uchwaleniem kodeksu cywilnego z 1964 r. był on przedstawiony do oceny językowej specjalistom od języka polskiego. Punktowali błędy językowe, słowa mające wiele znaczeń, nieprawidłową interpunkcję i inne niedoróbki. Dlaczego teraz zaniechano takiej praktyki? Jak przebiega dzisiaj współpraca legislatury z Radą Języka Polskiego? Wydanie na opinie językoznawców kilku czy kilkunastu tysięcy złotych pozwoli oszczędzić nie tylko wielokrotność wydatków, ale i nerwów ludziom, którym przyjdzie te przepisy stosować. Uprzedzając uwagę, że często poloniści nie znają fachowego żargonu, którym pisane są akty prawne, odpowiem, że można ich tego żargonu nauczyć. Zbyt często błędy występują w potocznym języku i składni zdania, a nie w jego żargonowym znaczeniu.

Generalnie, przepisy siłą rzeczy powinny być zrozumiałe nie tylko dla wyspecjalizowanej grupy, ale dla wszystkich obywateli i mieć dla każdego z nich identyczne znaczenie. Istnieje przecież art. 14 ustawy o języku polskim, z którego wynika, że właściwie każdy organ tworzący prawo może zasięgnąć opinii Rady Języka Polskiego, gdy w toku czynności urzędowych wystąpią istotne wątpliwości dotyczące użycia języka polskiego. Czy nie można zrobić z tego o b o w i ą z k u – przynajmniej dla aktów na poziomie ustawy?

Po przeglądzie niektórych aktów prawnych, ich jakości językowej i dotychczasowego sposobu tworzenia prawa w dobrym języku polskim, dla wszystkich zrozumiałym, rezultaty można skwitować refleksją z 1764 r.: „Koń jaki jest, każdy widzi".

Autor jest adwokatem i od 34 lat prowadzi kancelarię w Montrealu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA