fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Dlaczego Donald Trump wygrał na Konwencja Partii Republikańskiej

123RF
Konwencja Partii Republikańskiej z oficjalną nominacją Donalda Trumpa na kandydata w wyborach prezydenckich ukazała ostre skonfliktowanie establishmentu republikańskiego z jego elektoratem.

Takie konwencje w historii Stanów Zjednoczonych to zjawisko powszechne. Populistyczna rewolta karze w ten sposób polityków za zapominanie, komu służą. W europejskiej tradycji populizm odwoływał się do hasła „doić bogatego", w amerykańskiej żądał jedynie „dopuszczenia do stołu".

Elektorat Trumpa postrzega go jako polityka-biznesmena, adwokata skutecznych działań. Oskarżanie go o „populizm" w komentarzach mainstreamu to rodzaj kryminalizacji. Należy zapytać, przeciw czemu i w imię czego elektorat się zatem buntuje, skoro Trumpa nie zatrzymały ani pieniądze i atak establishmentu republikańskiego, ani oskarżenia demokratów o seksizm, rasizm, izolacjonizm czy szczególnie modną liberalno-lewicowa myślozbrodnię, homofobię. Oskarżenia tylko wzmacniały jego poparcie.

Zachód doświadcza obecnie tektonicznej zmiany po drugiej wojnie światowej. Zmiana kulturowa to postępujący rozpad solidarności i atomizacja wspólnot z ich etyką wyboru jako podstawy praw. Rozpad ten wzmacnia ideologia politycznej poprawności zakazująca moralnych ocen. Zastępuje je „słusznymi" sprawami „danego dnia" definiowanymi przez elity kulturowe i rynkowe. Religią staje się język ekspertów tworzących rynek globalnych konsumentów. W tej grze zwycięzcami są silni. Słabsi płacą najwyższą cenę za niszczenie rodziny i chaos rewolucji seksualnej, dostając w zamian jedynie konsumpcję i wszechogarniającą psychoterapię. Nie tyle różnice w zamożności, ile właśnie ta kulturowa przepaść dzieli słabych od silnych. Ofiarą tej polityki w Ameryce stała się głównie spychana na margines biała klasa średnia tresowana ideologią politycznej poprawności jako formą obozu reedukacyjnego na kampusach uniwersyteckich, w administracji publicznej, korporacjach czy mediach.

Partia Demokratyczna utraciła od 1968 r. na rzecz Partii Republikańskiej elektorat imigranckich grup etnicznych i robotników klasy średniej. Zawarła bowiem sojusz z mniejszościami tożsamościowymi i utworzyła biurokratyczno-administracyjne państwo klientelistyczne. Stała się oligarchiczną partią zawodowych elit. Rewolta „Tea Party" dała początek antyestablishmentowej koalicji Trumpa, z tłumami wiwatującymi, gdy deklaruje on: „Do diabła z polityczną poprawnością" , wystawiając rachunek za przekształcenie wyborów w rytuał bez znaczenia. Trump reprezentuje konserwatyzm bezmyślnej emocji, lecz jego bazą jest rzesza tych, którymi establishment, nie tylko liberalno-lewicowy, pogardzał jako głupszymi „moherami" , niepodzielającymi ich moralności i stylu życia. Była to rewolta rosnącej grupy „niechronionych" „ odsuniętych od stołu" skierowana przeciw establishmentom obu partii ustalającym zasady globalnej gry, której konsekwencji nie ponosiły, choć miały zasoby ekonomiczne, prawne i kulturowe, by je zrozumieć i przeciwdziałać ich skutkom.

Trump sprzeciwił się też etosowi otwartości na obcych, niekontrolowanej imigracji, podważaniu sensu obywatelstwa i brakowi demokratycznej kontroli nad własnym losem. W procesie tym to nie menedżerowie tracą pracę, prawnicy klientelę, profesorowie stanowiska. Ci mieszkają w izolowanych osiedlach z dziećmi chodzącymi do lepszych szkół. Korzystają z taniej siły roboczej imigranów, których kobiety sprzątają u kobiet z wyższych sfer realizujących program liberalnej lewicy kulturowej z luksusowymi dobrami genderfeminizmu.

Wykluczeni żądają „dopuszczenia do stołu" . Idzie to w parze z nieustanną pracą establishmentu kulturowego podważania, mówiąc słowami Abrahama Lincolna: „mistycznych więzów pamięci" , będących warunkiem kultury solidarności, zastępowanej pragmatycznymi rozwiązaniami. Idzie to też w parze z wielokulturowością traktowaną jako sposób niszczenia silnych tożsamości, przeszkody w funkcjonowaniu globalnego rynku konsumentów. Wielkość Ameryki zbudowała nie formalna „religia" konstytucji, lecz amerykański naród z jego etosem wolności, kulturą i religią. Dawała milionom immigrantów szansę na dostatek, lecz włączała ich jednocześnie w świat, którego chciała bronić, wymuszając to edukacją i zobowiązaniami. Europa już tego nie potrafi.

Proces rozkładu kultury podważa stabilizującą system polityczny klasę średnią stworzoną w Ameryce po drugiej wojnie światowej. Każdy czuł się częścią tego w miarę egalitarnego świata. Poddana obecnie olbrzymiej presji, klasa owa postrzega masową imigrację jako element zwiększania wydajności rynków w interesie elit globalnych z suwerennością państwa narodowego jako przeszkodą. Ludzie są jednak bytami społecznymi szukającymi przynależności. Dlatego gdy Trump deklaruje : „Albo mamy kraj/państwo, albo go nie mamy", odzew jest masowy, ponieważ afirmacja rasowej, etnicznej czy seksualnej tożsamości tworzy jedynie prywatną przynależność, nie tworzy międzyludzkiej solidarności.

Trump skanalizował bunt. Nie jest konserwatystą, lecz skutecznym biznesmenem-populistą zarządzającym tłumem. Choć jest efemerydą, to wyczuł zmiany, których establishment republikański nie zrozumiał.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA