fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Jeden blok czy kilka?

Fotorzepa/Robert Gardziński
Być może wystarczy wyborców nie zrażać do siebie nawzajem, lecz solidarnie bić w partie rządzące.

W kręgach opozycyjnych, także komentatorskich, toczy się coraz bardziej ożywiona dyskusja o tym, czy w następnych wyborach parlamentarnych przeciwnicy PiS powinni iść w jednym bloku czy też w kilku. Jest to o tyle bezsensowne, że taka decyzja musi być podjęta dopiero na kilka miesięcy przed datą elekcji i – co ważniejsze – powinna być uzależniona od tego, czy partia rządząca będzie miała poparcie raczej w granicach 40 proc. czy raczej w okolicach 30.

„Jednolitofrontowcy" mówią jasno – tylko wspólny blok całej opozycji może odsunąć od władzy obecną ekipę rządzącą. Naiwnie myślą, że proste dodawanie poparcia dla poszczególnych ugrupowań, które składałyby się na jedną koalicję, da w efekcie nie tylko sumę głosów już przez nie posiadanych, ale nawet zaowocuje efektem synergii. Jakby nie pamiętali, że nie tak dawno, bo niecałe dwa lata temu, słabość takiego myślenia została boleśnie obnażona – w elekcji do europarlementu Koalicja Europejska (złożona z PO, PSL, SLD, Nowoczesnej i innych mniejszych ugrupowań) doznała upokarzającej porażki z PiS, przegrywając z nim (w najłatwiejszych dla siebie wyborach) siedmioma punktami procentowymi.

Blok odstraszający

Mechanizm to tłumaczący jest prosty – blok zbudowany od Zandberga i Czarzastego, przez ludowców, po konserwatystów z PO musi odstraszyć pewną część wyborców. Jaką część? Tego nigdy nie wiadomo, ale jest oczywiste, że budowanie szerokich koalicji opiera się nie tylko dla dodawaniu, ale także na odejmowaniu. Jednolitofrontowcy zdają się tego nie rozumieć i z uporem godnym lepszej sprawy wciąż sumują poparcie wszystkich podmiotów antypisowskiego bloku i pokazują to jako dowód, że tylko on byłby w stanie odsunąć Kaczyńskiego od władzy.

Druga strategia opiera się na pójściu do wyborów kilkoma koalicjami. W kontekście tego pomysłu można budować kilka takich bloków w zależności do tego, co komu w duszy zagra. Piętą achillesową tego podejścia jest obowiązująca metoda liczenia głosów (d'Hondta), która preferuje „pierwszego na mecie". Co prawda jej niszczycielska dla przegranych siła ujawnia się w całej mocy dopiero w wypadku dużej liczby głosów „zmarnowanych", czyli oddanych na partie i koalicje, które nie przekroczyły progów wyborczych, ale nawet gdy to zjawisko nie ma miejsca, to i tak premiowana jest formacja zdobywająca najwięcej głosów.

Słabości wielości

W elekcji parlamentarnej 2019 roku, w czasie której głosów „zmarnowanych" było mniej niż 1 proc., zwycięskie PiS zdobyło ponad 51 proc. mandatów, chociaż uzyskało tylko 43,5 proc. głosów. Jak widać, to drugie podejście także ma słabości, choć na pewno ma także jedną niewątpliwą zaletę – nie marnuje ani jednego głosu opozycyjnego. Im więcej bloków, tym bogatsza oferta programowa dla każdego wyborcy przeciwnego rządom PiS. Każdy zatem, kto chce zmiany władzy, znajdzie coś dla siebie i tym chętniej uda się do lokalu wyborczego.

Jak zatem powinna zachować się opozycja w 2023 roku? Odpowiedź jest następująca: to zależy od siły ówczesnego poparcia dla partii rządzącej. Jeśli zachowa ona popularność oscylującą wokół 40 proc., to wówczas nie pozostanie nic innego, jak zbudować jeden blok, ogłosić ostateczną mobilizację i – nie ukrywając różnic programowych – pójść do boju pod hasłami ratowania demokracji, wolności i naszej obecności w UE. Bo tylko tak dramatyczny komunikat może tym razem zachęcić wszystkich kręcących nosem na eklektyczność takiej koalicji do tego, żeby jednak oddali głos na nią, a nie wybierali absencji czy delektowania się wyszukiwaniem niespójności programowej. Musiałoby temu jednak towarzyszyć otwarcie się na kandydatów pozapartyjnych, ogłoszenie sytuacji absolutnie nadzwyczajnej, cofnięcie się liderów i alarmistyczny komunikat do elektoratu, że to naprawdę ostatnia szansa na uratowanie naszych wolności (dobrze byłoby, żeby sami przywódcy partyjni także w to uwierzyli). Tylko wówczas zaistnieje chociażby minimalna szansa na pokonanie PiS. Referendalny – de facto – charakter takiej elekcji wymagałby ekstraordynaryjnych środków, metod i zachowań ze strony zarówno działaczy partii opozycyjnych, jak i ich wyborców.

Jeśli jednak za dwa lata sondaże będą wskazywać, iż Zjednoczona Prawica cieszy się poparciem oscylującym w okolicach 30 proc., to cała wyżej opisana strategia jest niepotrzebna.

Każdy bierze swoje

Wówczas bowiem wystarczy, by każde z opozycyjnych ugrupowań „wzięło co jego" – Hołownia „swoje" 20 proc., KO „swoje" 20 proc., Lewica „swoje" kilkanaście, a ludowcy „swoje" kilka. Dziś nie sposób przewidzieć, jak wysokie będą rzeczywiste słupki poparcia dla poszczególnych ugrupowań opozycyjnych, ale jeśli PiS będzie wyraźnie słabło, to nie ma najmniejszego sensu, by budować jakieś przekombinowane bloki i tuż przed elekcją prezentować elektoratowi nowe podmioty. Wystarczy w czasie kampanii zrażać wyborców nie do siebie nawzajem, lecz solidarnie bić w ugrupowania rządzące. To powinno wystarczyć, by pozbawić to ostatnie władzy.

Dlatego nie ma sensu dzisiaj prowadzenie talmudycznych sporów o to, w jakiej formule opozycja winna iść do elekcji w 2023 roku. O tym w dużej mierze zdecydują w ciągu tych najbliższych dwóch lat sami wyborcy, bo to oni rozstrzygną, czy PiS będzie swoje obecne poparcie utrzymywać, tracić czy zwiększać. Jeśli zatem liderzy partii opozycyjnych powinni coś robić, to nie toczyć dziś sporów o kształt bloków wyborczych i kolejność na listach, lecz skutecznie wpływać na codzienne opinie ludzi o rządach PiS.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Śląskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA