fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Batalia o wybór przewodniczącego Rady Europejskiej zagraża gospodarce

Witold Waszczykowski, nie zbudował poparcia dla polskiego kandydata na szefa Rady Europejskiej
AFP
Brukselska szarża może odbić się też na gospodarce

Fatalnie rozegrana batalia o wybór przewodniczącego Rady Europejskiej na jakiś czas zaprzepaściła szanse, by Polska mogła zawalczyć o swoje gospodarcze interesy w UE. A jest się o co bić, mając na uwadze choćby projekt dywersyfikacji kierunków dostaw i dostawców surowców energetycznych, jakie realizuje Polska. Największym wyzwaniem jest budowa Bramy Północnej, dzięki której Polska chce w pełni uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji. Podejmując takie zadanie, lepiej mieć sojuszników w Europie. Ale dotychczasowe myślenie o dyplomacji trzeba chyba odłożyć do lamusa, bo jesteśmy świadkami nowego procesu.

Kilka dni temu moja 11-letnia córka zadała mi proste pytanie: dlaczego Polska nie poparła Tuska, skoro opowiedziały się za nim wszystkie kraje? I już szykowałem się do skomplikowanej odpowiedzi, mając na uwadze różne uwarunkowania polityki krajowej, gdy dotarło do mnie, że powód był banalnie prosty. PiS zgodziło się zapłacić każdą możliwą cenę, byle tylko Tuska nie poprzeć, nawet to, co teraz spotyka nasz kraj na świecie. W środowisku zwolenników partii Kaczyńskiego były lider PO jest uosobieniem wszelkiego zła.

Ktoś na Nowogrodzkiej dał jeden wyraźny sygnał: czerwone światło dla Donalda. Ktoś też policzył, że do wyborów parlamentarnych jest sporo czasu i taka dyplomatyczna wolta partii rządzącej nie zaszkodzi. I wreszcie wiadomo było, że Tusk i tak zostanie wybrany, więc cel – by byłego premiera trzymać z daleka na kolejne 2,5 roku, tak by nie zjednoczył wokół siebie rozproszonej opozycji przed wyborami do Sejmu – został osiągnięty. Ktoś uznał, że dla twardego i najważniejszego elektoratu PiS sprawy europejskie mają drugorzędne znaczenie, przecież toczą się daleko od Polski, nie mają wpływu na wypłatę 500+ i w bezpośredni sposób nie zaszkodzą wyborcom.

Jaka racja stanu?

PiS nie ma wizjonerów polityki zagranicznej ani ludzi, którzy cieszą się poważaniem w środowisku międzynarodowym. Dużym zaskoczeniem jest dla mnie Konrad Szymański, człowiek z bogatą wiedzą, świetnie rozumiejący europejskie meandry, uważany wcześniej w Brukseli za „jedynego człowieka z PiS, z którym da się rozmawiać". Oczekiwałem od niego zdrowego rozsądku, a nie wikłania się w awanturę, która na dłuższą metę – a z taką perspektywą powinna być tworzona polityka zagraniczna – nie przysłuży się krajowi.

Rozczarował też Jarosław Kaczyński, pozycjonujący się w roli męża opatrznościowego narodu na miarę Józefa Piłsudskiego. Emocje związane ze Smoleńskiem wzięły górę. Brat zmarłego prezydenta ma prawo do swoich uczuć, ale lider partii rządzącej musi myśleć trzeźwo i z dużym wyprzedzeniem. Zabrakło mu wizji i przenikliwości.

Skoro wygraliśmy wybory, to znaczy, że naród – suweren, zgodził się na naszą politykę – takie wytłumaczenie kontrowersyjnych decyzji często słychać z ust rządzących i aż pobrzmiewa w tych słowach hasło: państwo to ja. Ale niech ta ułuda nie zwiedzie, bo jak mawiał Joachim Brudziński tuż po przegranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach prezydenckich: „pycha kroczy przed upadkiem". I chyba zapomniano, że większość Polaków opowiedziała się w sondażu za Tuskiem na stanowisku szefa Rady Europejskiej, a poza tym – jak pokazują badania opinii – rodacy od lat są w większości proeuropejscy.

Gdzie jest prezydent

Dokonania świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego na arenie międzynarodowej w żaden sposób nie są kontynuowane. A szkoda. Andrzej Duda w czasie kampanii prezydenckiej obiecywał iść drogą swojego mentora. Niestety, na razie nie ma się czym pochwalić. Idea Międzymorza czy nawet Trójmorza – Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne – jest atrakcyjna werbalnie, ale niedopracowana realnie. Andrzej Duda jako prezydent RP nie odwiedził ani Gruzji, ani Azerbejdżanu, a z przywódcami tych krajów odbył kurtuazyjne rozmowy w czasie szczytu NATO w Warszawie.

Lech Kaczyński nie tylko miał wizję, ale także potrafił ją realizować. Umiał też się postawić i uprzeć przy swoim. Mając na uwadze, że podpisał traktat lizboński i wyraźnie opowiadał się za silnym członkostwem Polski w UE, zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby żył, nie pozwoliłby na podobną awanturę w Brukseli. Lech Kaczyński miał w swoim otoczeniu odpowiadającego za sprawy międzynarodowe ministra, wybitnego i poważanego na świecie śp. Mariusza Handzlika, który cieszył się zaufaniem wśród dyplomatów. Handzlik oprócz tego, że miał jasną wizję roli prezydenta w świecie, był otwarty na nowe pomysły i idee. W otoczeniu Andrzeja Dudy nie widzę nikogo takiego formatu. Na dobrą sprawę nie wiemy, kto w kancelarii odpowiada za sprawy międzynarodowe.

Oczekiwałbym od prezydenta całego narodu głosu rozsądku, który czasem jest w stanie wyraźnie wezwać do opamiętania i postawić na swoim. Jakże gorzko oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością.

Pod koniec minionego tygodnia rozmawiałem z zagorzałym antykomunistą, który od lat głosuje na PiS. Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem z jego ust zdanie: „Jak to dobrze, że SLD wprowadzało nas do Unii Europejskiej, bo z obecną władzą wchodzilibyśmy pewnie tak długo jak Ukraina". Obserwując ostatnie miesiące rządów, trudno sobie wyobrazić, by ta ekipa była w stanie dokonać tak wielkiego zadania, jak wprowadzenie Polski do NATO i UE, z uwagi na wspomniany brak zarówno kadry, jak i wizji międzynarodowej.

Dyplomacja pod obecnymi rządami stała się jej zaprzeczeniem, stała się postdyplomacją (tak jak jest postprawda, gdzie fakty nie mają żadnego znaczenia, a liczą się tylko emocje i własne przekonania). Motto postdyplomacji wypowiedział szef MSZ Witold Waszczykowski, mówiąc o poparciu dla Jacka Saryusz-Wolskiego na stanowisko szefa Rady Europejskiej: „Nie kolekcjonujemy tego. Nie interesuje mnie to, kto go popiera. Interesuje mnie to, że to jest nasz kandydat i jest w grze". Najprościej polecić ministrowi pierwszy lepszy podręcznik dyplomacji by dowiedzieć się, jak politykę zagraniczną uprawiać, a w Unii Europejskiej przede wszystkim. Bo Wspólnoty Europejskie – jak uczył mnie przed laty prof. Konstanty Wojtaszczyk na Uniwersytecie Warszawskim – są tak pomyślane, by premiować współpracę krajów. Słowem – jeden kraj w UE nie jest w stanie sam wiele osiągnąć. Postdyplomacja służy li tylko partykularnym interesom partii, a nie racji stanu Polski i nie jest w stanie do swoich planów i idei przekonać żadnych sojuszników. Podejmuje w tej sytuacji samotną walkę przeciw wszystkim, tłumacząc ustami dyżurnych „publicystów", że na tym polega walka o narodowe interesy.

Gospodarka, głupcze

Szkoda, że Kaczyńskiemu, Szymańskiemu i Szydło zabrakło wizji, by wykorzystać wybór przewodniczącego RE do osiągnięcia międzynarodowych celów ważnych dla Polski. Podczas niedawnej wizyty Angeli Merkel w Warszawie była świetna okazja, by rozmawiać z Niemcami np. o energetyce. Może warto było wynegocjować, by za polską zgodę na byłego polskiego premiera (jakkolwiek idiotycznie to brzmi) Niemcy wsparły nas w kluczowych kwestiach dotyczących energetyki czy klimatu. Jakże trudno po ostatniej wolcie będzie Polsce coś osiągnąć na arenie międzynarodowej, mając na uwadze, że to kolejny dyplomatyczny skandal ostatnich miesięcy: Caracale, zaognienie stosunków z Ukrainą, wygaszanie TV Biełsat. Z kim zbudujemy sojusz? Nawet państwa Grupy Wyszehradzkiej odwróciły się ostatnio od nas.

Zmarnowany Wersal

Miniony tydzień zaczął się od spotkania przywódców Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii w podparyskiej miejscowości znanej z podpisania układu pokojowego kończącego I wojnę światową. Wówczas, w 1918 roku, po 123 latach zaborów Polska wracała na mapę świata. Teraz, gdy Wielka Brytania uruchamia procedurę Brexitu, Polska mogłaby zająć stosowne miejsce w Europie i być w pierwszej piątce liderów UE. Ale w głowach naszych decydentów nie jest budowanie pozycji silnej Polski w Europie. Ludzie tacy jak Jerzy Giedroyc, Jan Nowak-Jeziorański czy Lech Kaczyński zrobiliby wszystko, by nasz kraj grał w pierwszej lidze europejskiej. Zamiast tego mamy buńczuczne zapowiedzi Witolda Waszczykowskiego o potrzebie "ostrych zębów" Polski wobec Brukseli czy też "drastycznym obniżeniu poziomu zaufania w kontaktach z UE".

Z przykrością należy stwierdzić, że mając do dyspozycji postdyplomację „wstającą z kolan", ośmiesza ona wieloletni dorobek Polski i Polaków i spycha nasz kraj do roli awanturnika ze Wschodu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA