fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Śląsk: Separatyści razem z Niemcami

Ruch Autonomii Śląska utrzymuje, że powstania ślaskie to była „wojna domowa”
Fotorzepa
Spór o istnienie narodu śląskiego jest sprawą wyjątkowo wrażliwą. Mieszanie się w ten spór działaczy mniejszości niemieckiej nie pozostanie bez wpływu na postrzeganie politycznej aktywności Niemców na Śląsku – zauważa publicysta.

Państwowa Komisja Wyborcza, rejestrując 13 sierpnia komitet Zjednoczeni dla Śląska, zaakceptowała sposób na ominięcie 5-procentowego progu. Dotąd przywilej ten był zarezerwowany w wyborach do Sejmu tylko dla list mniejszości narodowych. Tymczasem zarejestrowany komitet od samego początku wyraźnie deklarował, że będzie gromadzić polityków regionalnych, a nie mniejszości. Jednocześnie organizacje mniejszości niemieckiej w województwie śląskim, ułatwiając wejście do Sejmu działaczom żądającym uznania osobnego narodu śląskiego, włączyły się w spór o istnienie tegoż narodu. Wszystkie te zjawiska muszą niepokoić?

Sojusz cichych rywali

„Chcę oznajmić, że mniejszość niemiecka na Śląsku utworzy swój własny komitet wyborczy. (...) Tworzymy pewną platformę dla powstania na Śląsku grupy posłów, która nie poprzez partie, a poprzez bycie ze Śląska będzie realizowała swoją obecność w parlamencie" – taką deklarację złożył 10 sierpnia w Katowicach Dietmar Brehmer z Niemieckiej Wspólnoty Pojednanie i Przyszłość. Wraz z działaczami Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców Województwa Śląskiego i Rady Górnośląskiej, w której najsilniejszym podmiotem jest Ruch Autonomii Śląska, Brehmer ogłosił powstanie komitetu Zjednoczeni dla Śląska. Od samego początku wyraźnie podkreślano, że inicjatywa ma mieć charakter regionalny. Ponadnarodowy charakter projektu symbolizowały trzy flagi: polska, niemiecka i używana przez Ruch Autonomii Śląska. Jednocześnie Brehmer podkreślił, że lista chce skorzystać ze zwolnienia z wymogu osiągnięcia progu 5 proc. jako lista mniejszości narodowej.

O tym, że separatyści śląscy są w tej koalicji silniejszym partnerem niż Niemcy, świadczyła deklaracja Dietmara Brehmera, że na listach w pięciu okręgach pierwsze miejsca zostały zarezerwowane dla ślązakowców, a dopiero dwójki dla Niemców. Skąd tak daleko posunięta ustępliwość górnośląskiej mniejszości niemieckiej wobec zwolenników RAŚ?

Otóż w porównaniu z politycznym stanem posiadania Niemców na Opolszczyźnie na Górnym Śląsku organizacje niemieckie od ponad dwóch dekad systematycznie słabną. Własnych posłów z list mniejszości udało się im wprowadzić do Sejmu w wyborach 1991 r. i 1993 r., ale potem ta sztuka już się nie powiodła. Inaczej Niemcy opolscy, którzy wprowadzają swoich ludzi do każdego kolejnego Sejmu.

Zabójczym konkurentem okazał się separatystyczny Ruch Autonomii Śląska. Trzy lata temu Dietmar Brehmer, lider katowickich Niemców, żalił się „Dziennikowi Zachodniemu": „Wraz z rozrostem narodowości śląskiej drastycznie ubywa nam Niemców. Nadchodzą czasy, gdy na zebrania mniejszości niemieckiej przyjdzie organizować łapanki – i nie jest to wynik działania praw biologii, ile raczej socjologii oraz... fizyki. Wedle zasady naczyń połączonych, skoro w jednym miejscu ubywa, to w drugim musi przybywać, bo w przyrodzie nic nie ginie".

Brehmer miał rację. To RAŚ Jerzego Gorzelika przejął tych Ślązaków, którzy przechowali rozmaite rodzinne urazy do państwa polskiego i którym bliskie było – często na zasadzie przekory – niemieckie spojrzenie na dzieje regionu. Z idealizacją pruskiej industrializacji epoki Bismarcka i kajzerowskiego ładu państwowego. Z niechęcią do powstań z lat 1919–1921 jako „wojny domowej" i z pielęgnowaniem pamięci o martyrologii rdzennych Ślązaków po 1945 roku jako ofiar „polskich obozów koncentracyjnych". Towarzyszyła temu ideologia mówiąca o odrębności Ślązaków jako osobnego narodu. Osobnego od narodu polskiego.

Zwolennicy RAŚ współpracowali więc z Niemcami przy pisaniu dziejów regionu na nowo, ale jednocześnie politycznie ostro rywalizowali. Dlatego na Opolszczyźnie, gdzie mniejszość niemiecka jest silna i dobrze zorganizowana, tamtejsi Niemcy lekceważą słaby RAŚ. Lider opolskich Niemców Rafał Bartek na forum nadzorowanej przez polskie MSW Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych przeciwstawił się nawet pomysłom uznania Ślązaków za nową mniejszość narodową lub etniczną.

Ale w aglomeracji górnośląskiej słabe organizacje niemieckie stanęły wobec dylematu – nadal przegrywać wybory czy schować honor do kieszeni i wyciągnąć rękę do znacznie silniejszego na tym terenie RAŚ.

Ugrupowanie Jerzego Gorzelika wciąż liczy na spełnienie wcześniejszych luźnych obietnic wprowadzenia rasiowców na listy PO do Sejmu. Nie mając jednak pewności, czy platformersi pójdą na taki układ, zaczęli rozmowy z Niemcami. Z powodów taktycznych RAŚ wystąpił za parawanem kontrolowanej przez siebie Rady Górnośląskiej, fasadowej rady organizacji autonomistów. Separatyści śląscy szybko zorientowali się, że oferta Brehmera to dobra okazja, by łatwiej się dostać do Sejmu dzięki ominięciu poprzeczki 5 proc. Lider katowickich Niemców kusił autonomistów wyliczeniem, że pod sztandarem komitetu mniejszości narodowej do zdobycia mandatu wystarczy 25 tys. głosów, czyli znacznie mniej niż w wypadku listy partyjnej. Dodatkowo dla RAŚ, który wbrew werdyktom polskich sądów z uporem podaje się za mniejszość narodową, wejście tylnymi drzwiami na listę mniejszości było propagandową demonstracją.

Czy jednak nasycenie listy Niemców działaczami ślązakowskimi, którzy powinni startować według normalnych reguł, jest zgodne z intencjami twórców kodeksu wyborczego?

Dobre intencje i luki w prawie

Gdy w 1991 roku tworzono ordynację wyborczą, komitety mniejszości narodowych zwolniono z wymogu przekroczenia progu 5 proc. Miało to być swoiste zadośćuczynienie za ponad cztery dekady polityki twardej ręki, jaką PRL prowadziła wobec Ukraińców, Białorusinów i Niemców. Zakładano przy tym, że grupy mniejszościowe są tak rozsiane po kraju, że jeśli będzie je obowiązywał próg, to nigdzie nie będą w stanie wybrać własnego posła. Zainteresowanie tym przepisem spadało jednak wraz ze spadkiem liczby posłów mniejszościowych. Szybko okazało się bowiem, że ani Ukraińcy, ani Białorusini – mimo ulgi i początkowych sukcesów – nie byli w stanie wprowadzić do Sejmu nikogo. Tylko sprawni i świetnie zorganizowani Niemcy opolscy w każdej kolejnej kadencji mają przynajmniej jednego reprezentanta. Kontrowersji nie budziło ścisłe trzymanie się przez Niemców opolskich ducha kodeksu wyborczego. Na swoje listy wstawiali w większości działaczy niemieckich organizacji, a ci nieliczni Polacy na listach niemieckich związani byli z samorządami gmin, w których dominowali Niemcy.

Kodeks wyborczy w art. 197 zastrzega, że komitet wyborczy korzystający ze zwolnienia z progu 5 proc. musi być złożony z działaczy organizacji mniejszości narodowych uznanych przez polski ład prawny. Milczy jednak, czy kandydaci na listach powinni także wywodzić się z organizacji mniejszości. Pewnie uznano to za coś oczywistego.

Lukę wykorzystał Dietmar Brehmer i działacze ślązakowscy. Komitet zgłaszający listę utworzono z działaczy mniejszości niemieckiej, ale już na listy wpisano zarówno Niemców, jak i autonomistów śląskich, którzy w świetle polskiego prawa nie są mniejszością narodową ani etniczną. PKW, trzymając się litery kodeksu, zarejestrowała listę.

O tym, że chęć ominięcia prawa była wiedzą powszechną, świadczy choćby wypowiedź Marka Plury, europosła PO, z 9 lipca. „Bardzo wątpliwe pod względem prawnym jest (...) korzystanie z praw wyborczych przyznanych mniejszościom narodowym przez osoby, które do tej mniejszości nie należą. To po prostu oszustwo. Lepszym rozwiązaniem dla Ślązaków i wszystkich miłujących nasz heimat byłoby tworzenie wspólnych komitetów w jednomandatowych okręgach wyborczych do Senatu".

Plura jest sympatykiem RAŚ, ale sprzeciwił się tworzeniu wspólnej listy tej organizacji z Niemcami. Użycie przez niego słowa „oszustwo" winno dać do myślenia urzędnikom PKW.

O tym, że Ruch Autonomii Śląska szukał sposobu na obejście prawa, świadczy też dość pyszałkowaty w tonie oficjalny komentarz na stronie facebookowej ruchu: „W czasach PRL, żeby mieć jakikolwiek wpływ na politykę, trzeba było należeć do PZPR lub organizacji akceptującej jej przewodnią rolę. Podobnie jest dzisiaj. Żeby dostać się do Sejmu, trzeba znaleźć się na listach największych partii ogólnopolskich. Komitet Zjednoczeni dla Śląska burzy ten porządek".

Świadomość wykorzystywania luk w prawie wyziera wreszcie z wypowiedzi dla „Dziennika Zachodniego" Mirelli Dąbek z organizacji Śl?nsko Ferajna, blisko związanej z RAŚ:

„Działamy zgodnie z prawem i korzystamy z możliwości ustawy, by ominąć 5-procentowy próg wyborczy. Nie widzę w tym nic złego".

Ryzykowny spór

Na koniec pozostaje pytanie, czy pójście z mniejszością niemiecką wyjdzie ślązakowcom na zdrowie. Działacze autonomistów długo oburzali się na sugestie, że stanowią „ukrytą opcję niemiecką". Teraz wspólny start na liście mniejszości niemieckiej pokazuje, że drogi obu środowisk się schodzą.

Czy może się to odbić na liczbie głosów, które otrzymają listy komitetu? Nawet wielu zwolenników RAŚ uważa, że – jak mawia Plura – „Śl?nzoki to nie Niemce".

I jeszcze jedna refleksja. Przez ostatnie 24 lata działacze mniejszości niemieckiej unikali angażowania się w spory polskiego życia politycznego. Współudział działaczy organizacji niemieckich w województwie śląskim w naginaniu prawa dla ułatwienia wyboru do Sejmu autonomistom to odejście od tej zasady. Spór o istnienie osobnego narodu śląskiego jest jedną z wyjątkowo wrażliwych kwestii w polskiej debacie politycznej. Mieszanie się w ten spór nie pozostanie bez wpływu na postrzeganie politycznej aktywności Niemców na Śląsku. Zwolnienie list mniejszości z progu 5 proc. bywało już krytykowane nawet bez casusu listy Zjednoczeni dla Śląska. Teraz ta krytyka może się nasilić. Przywilejów mądrze jest nie nadużywać.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA