Publicystyka

Pawło Klimkin o eskalacji sporów między Polską i Ukrainą

Adobe Stock
Na eskalacji historycznych sporów między Polską i Ukrainą zyskuje jedynie Rosja – pisze minister spraw zagranicznych Ukrainy.

Polska i Ukraina mają za sobą setki lat niełatwej, często wręcz tragicznej historii. Ale czy istnieją w Europie sąsiadujące ze sobą kraje, które nie miałyby w dziejach swoich relacji krwawych kart? Co stałoby się z Unią Europejską, gdyby teraz każdy kraj powyciągał z przeszłości swoje żale i roszczenia?

Uważam, że punktem wyjścia polsko-ukraińskiej historii były nie wojny i konflikty, lecz pokojowe współistnienie na przestrzeni wieków, wspólna praca, miliony polsko-ukraińskich małżeństw i narodzonych z nich dzieci. Świadectwem tego stanu rzeczy jest obecna sytuacja. Polacy i Ukraińcy to dziś dwie niezwykle bliskie sobie nacje o podobnych językach, kulturach, mentalności i wartościach cywilizacyjnych. Życie obu narodów powinno toczyć się w nastroju pokoju i przyjaźni. Mam głęboką nadzieję, że obecne nieporozumienia między naszymi krajami nie zrujnują tego dorobku. Jestem też absolutnie przekonany, że nie istnieją obiektywne przyczyny dla pogorszenia polsko-ukraińskich relacji.

Jednakże zupełnie niespodziewanie relacje te zostały przykryte przez niepotrzebną i szkodliwą dla obu narodów falę historycznych rozliczeń, która została wywołana przez polityków i media. Historię należy traktować z wielkim szacunkiem i ostrożnością. Nie można wyciągać poszczególnych wydarzeń z kontekstu, zniekształcać faktów zgodnie z aktualnym zapotrzebowaniem.

Niedopuszczalne jest także zawłaszczanie historii, przypisywanie sobie wyłącznego prawa do prawdy. Oczywiście istnieją obiektywne fakty historyczne, lecz każdy naród, każde państwo patrzy na przeszłość przez własne okulary, z pewną dozą subiektywizmu. Prawidłowość ta jest w sposób szczególny widoczna w ocenie poszczególnych postaci historycznych. Ta sama osoba dla jednego narodu jest wybitnym dowódcą i bohaterem, a dla drugiego – buntownikiem, okrutnym najeźdźcą.

Delikatność i tolerancja

Hetman Bohdan Chmielnicki, walcząc o niepodległość Ukrainy, nawiązał współpracę z Moskwą, co sprowadziło na Ukrainę wiele nieszczęść i katastrof. W mojej ocenie miało to także negatywne konsekwencje dla samej Rosji, ponieważ zrodziło w niej świadomość imperialną i na całe stulecia zablokowało jej drogę ku normalnemu rozwojowi.

Mimo to Chmielnicki zapisał się w pamięci historycznej Ukraińców właśnie jako bohater, który wyzwolił Ukrainę z polskiego zniewolenia. A ponieważ nigdy nie dążył on do podboju Polski i przyłączenia jej do Ukrainy, trudno nam zgodzić się z negatywnym stosunkiem do niego, jaki panuje w Polsce.

Jednakże cywilizowana Europa opracowała niepisane zasady koegzystencji narodów. Podstawą jest wzajemny szacunek, tolerancja i dążenie do jeśli nie zaakceptowania, to przynajmniej zrozumienia punktu widzenia innych państw. Za nieprzyzwoite należy natomiast uznać próby zmuszenia drugiego narodu do przyjęcia własnej wizji historii. Z przykrością należy stwierdzić, że właśnie tym zajmują się dzisiaj polscy politycy.

Szczególnie wiele delikatności i tolerancji wymaga obchodzenie się z najnowszą historią, w przypadku naszych narodów – z wojnami ukraińsko-polskimi i tragicznymi w skutkach konfliktami etnicznymi w XX wieku. Również i w tym obszarze działa zasada „okularów narodowych". Stepan Bandera, OUN i UPA walczyli o niepodległe państwo ukraińskie nie tylko z Polską, lecz także z Niemcami i Sowietami. Prowadzili walkę nie tylko na etnicznych ziemiach ukraińskich, lecz również na terytorium Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, która powstała na ruinach Cesarstwa Austro-Węgierskiego równocześnie z Rzecząpospolitą Polską i została wkrótce przez Polskę zajęta. To właśnie walka o niepodległą Ukrainę jest głównym czynnikiem, według którego my, współcześni Ukraińcy, oceniamy działania OUN-UPA. Nikt nie może zabronić nam uważania ich za naszych bohaterów.

Na początku bieżącego roku odwiedziłem w pobliżu wioski Rungury w Karpatach odnowioną kryjówkę banderowską. 9 lutego 1951 roku poniosło w tym miejscu bohaterską śmierć pięciu żołnierzy UPA. Zostali w bestialski sposób zamordowani przez NKWD. Kilkaset metrów dalej ukrywało się sześciu innych partyzantów. Wszyscy oni popełnili samobójstwo, aby nie dostać się do niewoli. Mielibyśmy się ich wyrzec? Czy może powinniśmy uważać ich za przestępców? W żadnym razie, nigdy do tego nie dojdzie.

Jednocześnie chcę wyraźnie podkreślić, że zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości, dokonane podczas ukraińsko-polskich konfliktów w trakcie II wojny światowej i po jej zakończeniu nie mają usprawiedliwienia. Jednoznacznie potępiam każde przestępstwo niezależnie od tego, czy było wymierzone w Ukraińców czy w Polaków. Jednak po polskiej stronie wyraźna jest tendencja do stawiania znaku równości pomiędzy walką narodowowyzwoleńczą Ukraińców a zbrodniami przeciwko polskiej ludności cywilnej. W ten sposób można zdyskredytować każdy ruch wyzwoleńcy. Ale cywilizowana Europa już dawno temu znalazła rozwiązanie takich problemów: każda zbrodnia jest odrębna i ma swoich sprawców, którzy muszą ponosić za to odpowiedzialność. Natomiast narzucanie przestępstwa całemu narodowi lub całemu ruchowi wyzwoleńczemu jest niedopuszczalną manipulacją.

Czarno-biała wizja

Jeżeli któryś z polskich polityków będzie nadal nalegał na wprowadzenie zakazu upamiętniania Stepana Bandery i UPA na Ukrainie, to nasza odpowiedź będzie brzmieć: zacznijcie od samych siebie. Przestańcie kultywować pamięć o Józefie Piłsudskim, który przeprowadził brutalną pacyfikację Ukraińców w Galicji, czy Armii Krajowej, której oddziały dokonywały krwawych akcji przeciwko mieszkańcom ukraińskich wsi.

3 marca przypadła kolejna rocznica tragedii, jaka dokonała się w ukraińskiej wsi Pawłokoma. W 1945 r. miejscowa polska samoobrona i członkowie Armii Krajowej pod dowództwem porucznika Józefa Bissy rozstrzelali 366 Ukraińców, wśród nich 157 kobiet i 59 dzieci w wieku poniżej 14 lat. Podobnych wsi były dziesiątki.

Jesteśmy gotowi uznać i potępić zbrodnie popełnione na Polakach, ale Polska musi zrobić to samo w stosunku do zbrodni na Ukraińcach. Na razie Polacy przedstawiają Ukraińców wyłącznie w czarnych barwach, wybielając jednocześnie swoich przodków.

O tym, że historia nie jest czarno-biała, świadczą fakty, które dziś dla wielu ludzi w Polsce mogą wydawać się niewiarygodne. Po dojściu komunistów do władzy oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii i polskiego ruchu Wolność i Niepodległość, prowadzone przez byłych oficerów Armii Krajowej, niejednokrotnie podejmowały wspólne akcje zbrojne przeciwko NKWD. Najbardziej znaną była operacja w Hrubieszowie w województwie lubelskim w maju 1946 r. Z kolei komunistyczna machina terroru równie bezlitośnie niszczyła polskie, jak i ukraińskie podziemie. Wielu Ukraińców i Polaków, którzy podejmowali z nią walkę, znalazło wieczny spoczynek we wspólnych braterskich grobach, jeden z nich został niedawno odkryty na warszawskich Powązkach. Nawiasem mówiąc, większość pomników żołnierzy UPA w Polsce znajduje się na grobach tych żołnierzy, którzy polegli w walce przeciwko NKWD, przeciwko któremu walczyła także Armia Krajowa.

Retusz przeszłości

Niestety, niedawno przyjęta w Warszawie nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej to przykład jednostronnego, czarno-białego podejścia do historii. Powszechnie wiadomo, że ustawy mają zarówno swą literę, jak i ducha. Choć polscy prawnicy dołożyli starań, aby zapis ustawy był precyzyjny, to jednak jej istota pozostała chwiejna i niepewna.

Według tej nowelizacji zaprzeczenie zbrodni „ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji – kolaborantów Trzeciej Rzeszy" podlega karze pozbawienia wolności. Nacjonaliści i kolaboranci są tu traktowani jako wyrażenia synonimiczne, mimo że w rzeczywistości były to sformułowania całkowicie sobie przeciwstawne. Kim są więc ukraińscy nacjonaliści i co uważa się za ich zbrodnię? Ustawa precyzuje, iż za taką zbrodnię uważane są „czyny popełnione przez nacjonalistów ukraińskich w latach 1925–1950, polegające na zastosowaniu siły, terroru lub innych form naruszania praw człowieka czy poszczególnych osób lub grup społecznych".

To przecież właśnie w tym okresie ukraińscy patrioci walczyli o wyzwolenie Ukrainy Zachodniej spod obcej okupacji. Zapis ten dotyczy więc nie tylko Ukraińców, którzy popełnili zbrodnie wojenne, lecz także wszystkich patriotów, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy. Wynika z tego, że każdy Ukrainiec może za pozytywną ocenę naszej walki wyzwoleńczej otrzymać w Polsce wyrok trzech lat więzienia. Jest to prawdziwe zagrożenie dla ukraińskiej mniejszości oraz prawie miliona naszych rodaków mieszkających i pracujących w Polsce.

Nie rozumiem też, dlaczego w nowelizacji ustawy o IPN nie wspomniano o kolaborujących z Trzecią Rzeszą Polakach, którzy popełnili przecież zbrodnie przeciwko swojej ojczyźnie. Dlaczego znalazła się tam wzmianka o polskich nacjonalistach, wśród których byli i tacy, którzy uczestniczyli w dokonywaniu masowych mordów na Ukraińcach.

Jako odrębną zbrodnię ukraińskich nacjonalistów i kolaborantów Trzeciej Rzeszy ustawa określa „udział w eksterminacji ludności żydowskiej lub ludobójstwie obywateli Rzeczypospolitej na terenie Wołynia i Wschodniej Małopolski". Na Wołyniu doszło również do mordów na Ukraińcach, więc jeśli mówimy już o ludobójstwie, to należy stwierdzić, że było ono obustronne.

Moje oburzenie wywołuje również użycie we wspomnianej ustawie określenia „Wschodnia Małopolska". Tak w czasach Piłsudskiego nazywano ukraińskie ziemie obwodów lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego. Czy my, Ukraińcy, mamy odbierać ten zapis jako przejęzyczenie, czy może raczej nieudany żart?

Tyle co do litery. Z duchem jest jeszcze gorzej. Autorzy ustawy przyznają sobie prawo do dyktowania innym narodom własnej wizji historii. Wizji, w ramach której Polacy są narodem bezgrzesznym, a wszystkie winy przypisywane są innym, zwłaszcza Ukraińcom.

W ten sposób historia zostaje zastąpiona przez propagandę. To naiwna próba retuszu przeszłości za pomocą dekretu politycznego, wyraz arogancji wobec innych krajów i narodów, ograniczenie wolności słowa i dyskusji, a także próba zastraszenia myślących inaczej. To droga donikąd.

Przebaczmy i prośmy o przebaczenie

Jak wyjść z tej trudnej sytuacji? Przykładem niech będzie dla nas pokojowa koegzystencja Niemiec i Francji – dawnych wrogów, a obecnie najbliższych przyjaciół i partnerów. Przywódcy tych państw zawiłości historii zostawili naukowcom, dzięki czemu przeszłość nie przeszkadza im patrzeć w przyszłość. Wzajemny szacunek, tolerancja, potępianie zbrodni i upamiętnienie niewinnych ofiar, a także pragmatyzm i zdrowy rozsądek – to sprawdzony europejski przepis na przezwyciężenie obecnego kryzysu w stosunkach ukraińsko-polskich.

Jan Paweł II, wielki Polak, w którego żyłach płynęła także ukraińska krew, pozostawił nam w testamencie słowa „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Jeszcze nie tak dawno Ukraina i Polska postępowały zgodnie z tym przesłaniem. Słusznie uznawano nas za wzorzec międzynarodowego pojednania na rzecz wspólnej przyszłości. Prezydenci obu krajów wielokrotnie oddawali hołd na grobach ukraińskich i polskich ofiar. Prosili o przebaczenie i przebaczali. Pawłokoma w Polsce i Pawliwka (Poryck) na Ukrainie stały się nie tylko miejscem naszego wspólnego żalu, ale także symbolem nadziei i przywróconego braterstwa.

Na eskalacji sporów historycznych między naszymi narodami nie zyska ani Polska, ani Ukraina, jedynie Rosja. Właśnie to pozwala mi przypuszczać, że pomysł grzebania przy polsko-ukraińskiej historii przez polskich nacjonalistów podsunął im nie kto inny, tylko właśnie rosyjskie służby specjalne. Jeżeli weźmiemy pod uwagę ich wpływ na brexit, ingerencję w wybory w Stanach Zjednoczonych czy referenda w Holandii i Katalonii, te podejrzenia wydają się wielce prawdopodobne.

Nasza historia uczy, że brak solidarności między Polską a Ukrainą prędzej czy później kończył się tym, że obydwa te kraje trafiały pod jarzmo moskiewskie. Jeżeli komuś wydaje się, że Polsce to już nie grozi, to chciałbym ostrzec wszystkich naiwnych: program maksimum Kremla to dezintegracja Unii Europejskiej i przywrócenie strefy wpływów byłego ZSRR, upadek którego prezydent Putin uważa za „największą katastrofę geopolityczną w XX wieku". Zresztą cztery rozbiory państwa polskiego z udziałem Rosji i całkowite uzależnienie Polski od ZSRR w okresie powojennym powinno czegoś nauczyć nawet najbardziej beztroskich polityków.

Przed nami przyszłość

Mamy za sobą trudną przeszłość. Ale mamy też wspólną teraźniejszość. Wierzę, że przed nami również wspólna europejska przyszłość. Nie mamy prawa ot tak zrujnować naszej przyjaźni i strategicznego partnerstwa, od którego dzisiaj zależy los obu naszych narodów.

Jestem gotów na szczery dialog z polskimi kolegami, aby wspólnie z nimi uczcić pamięć naszych ofiar każdej narodowości, prosić o przebaczenie i przebaczać. Jestem gotów wziąć odpowiedzialność za przywrócenie naszych relacji do normalności i standardów cywilizowanego europejskiego dialogu. Niestety, jak dotąd nie widzę takiej gotowości po polskiej stronie. Mimo to jestem przekonany, że inne wyjście nie istnieje. Wzywam więc Ukraińców i Polaków, którzy cenią nasze wspólne dziedzictwo, aby nie milczeli i zabrali głos w imię pojednania.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL