fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Przemysł Obronny

Rosja coraz większym problemem dla państw Europy Środkowej

Kreml odzyskał śmiałość na arenie międzynarodowej, czego dowodem było słynne przemówienie Władimira Putina w Monachium
Bloomberg
Gruzja, Ukraina, Syria... Kreml wykorzystuje konflikty do testowania cierpliwości Zachodu. I liczy, że kiedyś będzie mógł poszerzyć swoją strefę wpływów.

Od słynnego przemówienia Władimira Putina w Monachium w 2007 roku Rosja staje się coraz większym problemem dla swych sąsiadów. Państwa Europy Środkowej żyją po prostu w jej cieniu.

W dodatku nikt nie wie, jak daleko się sięgają ambicje Kremla. Pytanie brzmi: czy obecny konflikt z Zachodem, rozciągający się od Ukrainy po Syrię, to początek globalnych problemów z Rosją?

Pretensje do Zachodu

Odpowiedź jest ukryta za murami Kremla, i to dosłownie. Ukształtowany za rządów Putina system sprawowania władzy w Rosji charakteryzuje się niejawnością procesu decyzyjnego. Wszelkie formy demokratyczne (w rodzaju wyborów czy wyłonionego z nich parlamentu) stanowią jedynie ozdobniki. Nie ma mowy o parlamentarnej kontroli władzy wykonawczej, a publiczne dyskusje o najważniejszych problemach państwa są ograniczone do sfery ekonomicznej – władza wykonawcza w ten sposób przyznaje, że nie jest tu za bardzo kompetentna. Ale z takiej debaty wyjęte są problemy polityki zagranicznej – te są w całości zarezerwowane dla Kremla. To zaś powoduje, że o planach i intencjach przywódców Rosji w odniesieniu do zagranicy można jedynie wnioskować na podstawie pośrednich przesłanek, co, rzecz jasna, jest obarczone znacznym ryzykiem błędu.

Bez wątpienia jednak wraz z napływem strumienia petrorubli (dzięki wysokim cenom ropy i gazu w pierwszej dekadzie XXI wieku) Kreml odzyskał śmiałość na arenie międzynarodowej, czego dowodem było właśnie słynne przemówienie Putina w Monachium sprzed dziewięciu laty. Określił on wtedy punkty zapalne w stosunkach z Zachodem. To przede wszystkim „ekspansja NATO na wschód" (czyli przyjęcie do sojuszu państw Europy Środkowej), ale też problemy Afganistanu, Iraku i Iranu. W ten sposób Putin zakreślił tzw. sferę interesów Rosji daleko poza granicami swego kraju.

Do tego katalogu doszły w następnej dekadzie intensywne działania rosyjskiej dyplomacji, zmierzające do sformalizowania współpracy państw grupy BRICS, które uważano wtedy za „tygrysy światowej gospodarki". Wszystkich członków grupy łączyła m.in. silna niechęć do Zachodu (przede wszystkim do USA) i plany ograniczenia jego gospodarczej dominacji.

Różne inicjatywy nie wyszły jednak nigdy poza ramy zwykłej walki na konkurencyjnym rynku (np. pomysł utworzenia banku, który byłby alternatywą dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Żadne z państw należących do BRICS – nawet potężne Chiny – nie zamierzało prowadzić zbrojnej konfrontacji z Zachodem, choćby w postaci tzw. proxy war (czyli wojny zastępczej prowadzonej np. na terenie państwa trzeciego), a jedynie dostać większy kawałek z tortu pod nazwą światowa gospodarka.

Armia w służbie dyplomacji

W tej rozgrywce wykorzystywana jest gospodarka lub dyplomacja. Z jednym wyjątkiem – Rosji. W rok po monachijskim przemówieniu wybuchła wojna rosyjsko-gruzińska. W ten sposób Kreml rozpoczął nowy etap polityki zagranicznej.

Szok wywołała przede wszystkim łatwość, z jaką rosyjscy przywódcy użyli argumentów militarnych w sporze politycznym, po czym równie łatwo przeszli nad tym do porządku dziennego.

Należy więc przypomnieć, że ścisłe kierownictwo Kremla to ludzie ukształtowani w czasach Związku Radzieckiego, a w dodatku w większości w specyficznej instytucji, jaką było KGB (socjolog Olga Krysztanowska szacowała, że w już w 2020 roku ponad 58 proc. ludzi z wyższych władz wcześniej służyło w resortach mundurowych, przede wszystkim w KGB).

We wszystkich szkołach, uczelniach i kursach uczono ich podstaw prowadzenia polityki, opierając się na słynnej definicji Włodzimierza Lenina (którą ten zapożyczył od Carla Clausewitza): „wojna to kontynuacja polityki, tylko innymi środkami". Co oznacza, że w konflikcie zbrojnym nie ma niczego nadzwyczajnego – to po prostu osiąganie tych samych celów, tylko za pomocą środków innych niż na przykład dyplomacja. A to stoi w całkowitej sprzeczności z zasadami przyjętymi na Zachodzie po drugiej wojnie światowej, czyli rezygnacji z użycia sił zbrojnych – przynajmniej w Europie.

Siedem lat później Kreml przekroczył kolejną granicę i atakując Ukrainę, złamał zimnowojenne jeszcze tabu, zabraniające mocarstwom atomowym prowadzenia działań zbrojnych na kontynencie europejskim.

W ten sposób obecni przywódcy Rosji określili ostatecznie zestaw środków, które gotowi są użyć do realizacji swoich planów politycznych. Nadal jednak nie wiadomo, co chcą osiągnąć i gdzie.

Groźba użycia siły jest jednym z ważniejszych czynników utrzymujących posłuszeństwo wśród rosyjskich sojuszników wywodzących się z byłych państw radzieckich. Przy czym Kreml nie demonstruje wobec nich swoich możliwości militarnych. Za wyjątkiem, rzecz jasna, Gruzji i Ukrainy – jako karę za dążenie do samodzielności. Pozostałych traktuje tak, jakby były rosyjską własnością, całkowicie odmawiając im podmiotowości. Dotyczy to zarówno krajów Azji Środkowej, jak i Białorusi oraz Armenii.

Tęsknota za Kubą

Rosja umacnia też swoją polityczną pozycję w krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu. Zastosowała tam pełną gamę środków: od interwencji militarnej w Syrii po działania dyplomatyczne, na przemian z naciskiem ekonomicznym przede wszystkim wobec Turcji i Iranu.

W obu przypadkach (na obszarze postradzieckim i Bliskim Wschodzie) Rosja posuwa się szlakiem przetartym przez Związek Radziecki. Czy zatem zasięg terytorialny radzieckiej ekspansji wyznacza granice ambicji obecnych przywódców na Kremlu? Ostatnie posunięcia (a właściwie dyplomatyczne „próbne balony") mogłyby wskazywać na to, że tak. Chodzi o propozycje odbudowy dawnych, radzieckich baz wojskowych w Wietnamie i na Kubie (zresztą odrzucone przez oba te państwa). Gdyby rosyjscy żołnierze tam się usadowili, sytuacja geopolityczna mogłaby zostać uznana za powtórkę z lat 70. i 80. ubiegłego wieku, czyli czasów, w których dzisiejsi rosyjscy przywódcy przeżywali swą młodość w służbie radzieckiego imperium.

Ale próba powrotu do Ameryki Łacińskiej i Azji Południowo-Wschodniej wydaje się dzisiaj być tylko funkcją konfliktu w Europie, a nie celem samym w sobie (jakim był dla ZSRR eksport „rewolucji proletariackiej" na cały świat). To próba pokazania adwersarzom na Zachodzie (przede wszystkim USA), że Rosja ma w zanadrzu jeszcze wiele sposobów, by ich zdenerwować. Jeśli takie są rosyjskie cele, potwierdzałoby to tezę, że Kreml ma znaczne możliwości szkodzenia, ale niewielkie budowania.

Ponieważ jednak może szkodzić od Morza Karaibskiego po Morze Południowochińskie, staje się globalnym problemem, wykraczając daleko poza granicę sfer wytyczonych przez Putina w 2007 roku. Gdyby Kremlowi starczyło zasobów na prowadzenie konfliktu z Zachodem według własnych reguł, możliwe, że doczekalibyśmy się otwarcia kolejnych frontów, na przykład w Afryce. Ale jego chęci są ograniczone przez znacznie mniejsze możliwości niż ZSRR. W czasach zimnej wojny obydwa największe mocarstwa miały prawie równą liczbę ludności. Teraz USA ma ich prawie dwa razy więcej niż Rosja. A poza tym pojawili się też inni.

Nadzieja na kryzys

Odrzucenie rosyjskiej propozycji przez Kubę i Wietnam, także niechętna reakcja Chin wskazują, że czasy się bardzo zmieniły, a możliwości Moskwy zmniejszyły. Kreml nie jest już tak atrakcyjny partnerem jak pół wieku temu. A w dodatku w wielobiegunowym świecie, którego był orędownikiem przez półtorej dekady, przede wszystkim on sam zmuszony jest liczyć się z innymi „biegunami siły". Tym razem głównie ze zdaniem Pekinu, który też najwyraźniej rysuje na mapie własną strefę wpływów i nie ma zamiaru nikogo do niej wpuszczać.

O kurczeniu się możliwości, również coraz mniejszej atrakcyjności dobitnie przypomniały Kremlowi zarówno zachodnie sankcje, jak i gwałtowny spadek cen surowców energetycznych. Oba te czynniki odebrały mu pewność siebie na arenie międzynarodowej i ograniczyły jego ambicje.

Dziś konflikty, w jakie zaangażowała się Moskwa (zarówno w Syrii, jak i na Ukrainie) oraz przede wszystkim rywalizacja z Zachodem, weszły w fazę trwania. Nie widać możliwości ich sensownego zakończenia – przynajmniej przy obecnym przywództwie Kremla.

Uporczywa antyzachodniość rosyjskiego establishmentu politycznego uniemożliwia porozumienie się Europą i USA. W dodatku jest to czynnik, który sprawia, że Rosja na stałe będzie znajdowała się wśród przeciwników, jeśli nie wprost otwartych wrogów Zachodu. Jedyne, co na razie mityguje kremlowskich przywódców, to kłopoty gospodarcze, które częściowo zawdzięczają swojej konfliktowości, a częściowo – złemu zarządzaniu.

Istnieje rzecz jasna inna możliwość zakończenia konfliktów Rosji z Europą i USA – gwałtowne osłabienie samego Zachodu, na przykład poprzez kolejny kryzys gospodarczy. W takim wypadku jednak moglibyśmy mieć do czynienia z kolejny przerysowaniem granic rosyjskiej strefy wpływów, w której znalazłyby się co najmniej państwa bałtyckie, jeśli nie sama Polska.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA