fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prezydent USA

Politolog Adam Traczyk: Nie bójmy się Sandersa

AFP
Wielu komentatorom perspektywa prezydentury Berniego Sandersa spędza sen z powiek w nie mniejszym stopniu niż wizja drugiej kadencji Donalda Trumpa. Niesłusznie.

Wizja przeprowadzki demokratycznego socjalisty, jak Bernie Sanders sam się określa, do Białego Domu to nie political fiction. Po pierwszej serii prawyborów 78-letni senator ze stanu Vermont wyraźnie wysunął się na czoło wyścigu o nominację Partii Demokratycznej. Świetnie poradził sobie nie tylko w małych stanach na zachodnim wybrzeżu, ale także w Nevadzie, stanie o dużym odsetku wyborców pochodzenia latynoskiego. Co więcej, jako jedyny z demokratów jest w stanie narzucić własną opowieść ustawiającą spór polityczny. Dlatego już 3 marca w tzw. superwtorek, gdy poznany wyniki prawyborów w aż 14 stanach, w tym Kalifornii i Teksasie, może się okazać, że nawet miliardy dolarów Michaela Bloomberga nie przeszkodzą Sandersowi w uzyskaniu nominacji.

Sondaże pokazują, że ma też szanse na pokonanie Donalda Trumpa. Dlatego już dziś warto się przyjrzeć, co syn żydowskiego imigranta z małopolskiej wsi planuje w sprawach z perspektywy Warszawy najważniejszych.

Nie tylko militaria

W oczach krytyków Sanders pozostaje niebezpiecznym radykałem i izolacjonistą, który będzie chciał drastycznie ograniczyć zaangażowanie, przede wszystkim militarne, Waszyngtonu na świecie. Gwałtowne wycofanie się Ameryki i miękka postawa wobec wrogich mocarstw ma te ostatnie zachęcać do dalszych agresywnych kroków. W konsekwencji jego polityka miałaby przynieść jeszcze większe szkody dla porządku międzynarodowego niż burzliwe rządy Trumpa, a naszemu regionowi rosnącą niepewność. Problem w tym, że taki portret niewiele ma wspólnego z tym, co głosi kandydat.

Sanders faktycznie konsekwentnie apeluje o większą wstrzemięźliwość w wykorzystaniu siły militarnej i do końca swojej pierwszej kadencji chciałby wycofać wojska USA z Iraku, Syrii i Afganistanu. Dziś jednak żaden kandydat nie może ignorować faktu, że amerykańskie społeczeństwo jest już zmęczone odgrywaniem roli „globalnego policjanta” w odległych regionach świata. Dlatego stanowisko Sandersa wcale nie wyróżnia się znacząco na tle pozostałych kandydatów demokratów oraz prezydenta Trumpa, który domyka właśnie porozumienie z talibami, zgodnie z którym w Afganistanie pozostałyby tylko kilkutysięczne amerykańskie siły antyterrorystyczne.

Trudno więc odczytywać postulat zakończenia „niekończących się wojen” jako postawę izolacjonistyczną. Do tego interwencje ostatnich dekad przyniosły zdecydowanie więcej szkód niż pożytku. Powszechne przywiązanie do amerykańskiej obecności wojskowej na Bliskim Wschodzie wskazuje dziś raczej, jak bardzo establishment zamknął się na inne rozwiązania niż militarne, utożsamiając je z prowadzeniem polityki zagranicznej jako takiej. A przecież Sandersowi daleko do pacyfizmu – jako senator poparł interwencję NATO w Jugosławii w 1999 roku czy wysłanie wojsk do Afganistanu jako reakcję na zamachy 11 września. W logice Sandersa – zgodnie z definicją Clausewitza – siła militarna ma jednak być przedłużeniem polityki, a nie ją zastępować.

Zrobić Rosję na zielono

Sanders, w przeciwieństwie do Trumpa, nie podważa także zobowiązań sojuszniczych. W niedawnym wywiadzie, pytany o stosunek do użycia siły, jasno stwierdził, że gdyby zagrożone było życie Amerykanów lub bezpieczeństwo sojuszników, nie zawahałby sięgnąć po „najlepszą armię świata”. „Wierzę w NATO” – dodał. Wielokrotnie podkreślał też, że swoje decyzje będzie konsultował z sojusznikami, a nie zaskakiwał ich za pomocą mediów społecznościowych, jak czyni to obecny lokator Białego Domu.

A co z Rosją? Niepokój mogły wzbudzić doniesienia, że Kreml może swoimi kanałami – dodajmy: wbrew woli kandydata – wspierać nominację Sandersa w prawyborach. Sugerowałoby to, że właśnie Trump, którego Kreml wspierał cztery lata wcześniej w starciu z Hillary Clinton, i Sanders są dla Rosji wymarzonym duetem ubiegającym się o amerykańską prezydenturę. Podobne opinie słychać wśród waszyngtońskich i europejskich jastrzębi, czyli zwolenników twardej polityki opartej na sile militarnej.

W przypadku Sandersa Putin może jednak stawiać na złego konia. W odróżnieniu od Donalda Trumpa, który w towarzystwie rosyjskiego prezydenta zdaje się czuć dość komfortowo, senator Sanders nazywa go „autorytarnym zbójem”. Proponuje jednak odmienną strategię powstrzymywania niż ta, do której przywykliśmy – taką, która zrywa z logiką siłowej rywalizacji mocarstw i leczyć ma nie tylko skutki, ale też źródła kleptokratycznego systemu władzy Putina.

Dlatego, aby ukrócić wpływy Rosji, Sanders nie chce polegać wyłącznie na sile militarnej, ale zamierza uszczelnić światowy system finansowy i zlikwidować raje podatkowe. W ten sposób kremlowskim oligarchom znacznie trudniej byłoby prowadzić swoje szemrane interesy, omijać sankcje i kupować wpływy za pomocą brudnych pieniędzy, podkopując zachodnie demokracje. Natomiast jednoznaczne postawienie na Nowy Zielony Ład, dekarbonizację energetyki i współpracę na tym tle z amerykańskimi sojusznikami w Europie mogłoby odciąć tlen rosyjskiej gospodarce. Dziś przecież ponad połowę wartości jej eksportu stanowią paliwa naturalne. To właśnie z zysków płynących z eksportu gazu, ropy czy węgla (w tym do Polski) Kreml finansuje swoją agresywną politykę. Dlatego dziś zamiast wyścigu zbrojeń władców Rosji na kolana może raczej rzucić wyścig ku zielonej energii.

Strategia ta zdaje się znajdować uznanie czołowych rosyjskich opozycjonistów. Poparcie dla Sandersa zadeklarowali zarówno Aleksiej Nawalny, jak i członkinie zespołu Pussy Riot.

Szansa transatlantycka

Na przykładzie Rosji widać, że formułując swoją agendę polityki zagranicznej, Sanders idzie o krok dalej, niż zwykło się to tradycyjne robić. W jego wizji granica między polityką wewnętrzną i zagraniczną się zaciera. Nie dziwi więc, że Sanders za jeden z największych sukcesów amerykańskiej polityki zagranicznej uważa plan Marshalla, który odegrał niebagatelną rolę w powstrzymywaniu komunizmu w Europie i zacieśnianiu więzi transatlantyckich.

Dziś, gdy wspólnota transatlantycka jest podzielona jak nigdy po II wojnie światowej, ewentualne zwycięstwo Sandersa daje nadzieję na nawiązanie do tej chwalebnej tradycji. Zamiast poddaństwa (jak w przypadku sankcji na Iran) lub rywalizacji (jak w przypadku wojny celnej), które Europie oferuje Trump, Sanders rysuje perspektywę solidarnego partnerstwa opartego nie tylko na kwestiach bezpieczeństwa, ale także na zielonej transformacji i ograniczeniu wpływów wielkich koncernów.

Oznacza to, że USA i Europa mogłyby wspólnie stanąć na czele walki z największym globalnym wyzwaniem, jakim są zmiany klimatu, oraz stawić czoło rozwarstwieniu społecznemu, które prowadzi do polaryzacji i kryzysów politycznych, osłabiając Zachód. W końcu, jak mówił John F. Kennedy, „żaden naród nie może być silniejszy poza swoimi granicami, niż jest w swoim domu”. W ramach takiego partnerstwa trudno sobie wyobrazić, aby administracja Sandersa zabroniła Polsce wprowadzenia podatku cyfrowego, jak zrobiła to ustami wiceprezydenta Mike’a Pence’a obecna administracja.

Prezydentura Sandersa będzie stanowiła dla Europy wyzwanie. Jego zwycięstwo nie oznacza powrotu do „starych, dobrych czasów”. USA nie są już niekwestionowanym globalnym hegemonem. W wymiarze światowym rozpychają się Chiny, a w regionalnym rewizjonistyczna Rosja. Do tego kryzys Zachodu wynika przynajmniej po części z błędów owych „starych, dobrych czasów”. Oznacza to, że i Europa będzie musiała podjąć zdwojony wysiłek. Jednak szeroka i ambitna agenda oraz gotowość na współpracę otwierają pole do kompromisów. Dlatego nie powinniśmy się bać prezydenta Sandersa, lecz jego ewentualne zwycięstwo potraktować jako szansę na odnowę wspólnoty transatlantyckiej.

Adam Traczyk jest prezesem think tanku Global.Lab, politologiem. W 2019 r. startował w eurowyborach z listy Wiosny, nie zdobywając mandatu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA