fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wojna Kremla z Telegramem

AFP
Władze bezskutecznie próbują zapanować w internecie i często strzelają sobie w stopę.

„Szanowni odwiedzający! Z przyczyn od nas niezależnych – w związku z zablokowaniem pracy jednego z serwisów – sprzedaż biletów w internecie zostaje chwilowo wstrzymana” – poinformowało w środę słynne muzeum moskiewskiego Kremla.

Tak, jak i kilkaset innych, Bogu ducha winnych przedsiębiorstw oraz organizacji padło ono ofiarą zaciekłej walki rosyjskich władz z internetowym komunikatorem Telegram. Próbując zablokować go na terenie Rosji, przy okazji odcięto od internetu wielu innych. Rosyjska instytucja Roskomnadzor (odpowiedzialna za kontrolę mediów i internetu, która ściga Telegram) w zapale walki zablokowała nawet swoją własną stronę internetową.

Nie wydajemy

– Liczymy, że nie poniosą żadnych strat ci, którzy z tą sytuacją nie mają nic wspólnego – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. On sam miał konto w Telegramie. Kiedy zaczęto blokowanie, urzędnik otworzył swoje oficjalne konto w jednym z konkurencyjnych komunikatorów, ale cały czas używa też telegramowego. Kilku innych wysokich rangą urzędników założyło swoje konta w Telegramie, gdy tylko zaczęto go blokować. Inni cały czas korzystają z wcześniej założonych.

– Dawno czegoś takiego nie było. W walce z zakazem połączyła się część zinstytucjonalizowanej opozycji, różne grupy społeczne (niekoniecznie opozycyjnie nastawione) z częścią ludzi z aparatu władzy – powiedział „Rzeczpospolitej” moskiewski politolog Aleksandr Makarkin.

– Nikt nie chce przechodzić na inne komunikatory, dlatego że można je łatwo inwigilować. Równie dobrze można by zaprosić jakiegoś majora kontrwywiadu, by siedział na stałe u nas w domu i słuchał, o czym mówimy – tłumaczył „Rzeczpospolitej” ekonomiczny ekspert Michaił Krutichin niechęć nawet urzędników do porzucania Telegramu.

13 kwietnia na wniosek Roskomnadzoru jeden z moskiewskich sądów podjął decyzję o zablokowaniu dostępu do komunikatora. Jego właściciel odmówił bowiem kategorycznie wydania tzw. kluczy szyfrujących, co umożliwiłoby kontrwywiadowi FSB masową kontrolę korespondencji użytkowników.

Pościg w sieci

– W żadnym kraju świata (w którym działa Telegram – red.) nie wydajemy organom państwowym osobistych danych naszych użytkowników – powiedział twórca komunikatora, rosyjski miliarder Paweł Durow.

On sam jest już w Rosji człowiekiem legendą. W 2006 roku stworzył sieć społecznościową VKontaktie – odpowiednik Facebooka. Po ośmiu latach jednak musiał odsprzedać ją pod naciskiem FSB „miliarderowi od brudnej roboty” Aliszerowi Usmanowowi. Ten ostatni specjalizował się w takich przejęciach, najpierw na rzecz Gazpromu, a później i innych chętnych. „VKontaktie” znalazł się na celowniku FSB, gdyż Durow odmówił usuwania stamtąd kont założonych przez opozycjonistów i ich wpisów.

Po utracie sieci biznesmen i programista wyjechał z Rosji. Za granicą dokończył pracę nad komunikatorem Telegram, który obecnie ma około 200 milionów użytkowników na całym świecie. Z powodu odmowy podglądania ich korespondencji komunikator został dotychczas zablokowany m.in. w Chinach, Iranie, Pakistanie i Omanie. Władze Kazachstanu zastanawiają się, czy zrobić to samo. W Indonezji Telegram był przejściowo blokowany, ale po rozmowach z tamtejszymi władzami pracuje już bez przeszkód.

– Rosja jest dla nas ważna z przyczyn osobistych – powiedział Durow o sobie i zespole programistów, którzy wyjechali z nim za granicę. Dlatego znów kategorycznie odmówił dopuszczenia FSB do korespondencji użytkowników, nie stawił się też na proces.

Po wyroku Roskomnadzor określił ok. 9 tys. tzw. adresów IP, których używał Telegram i kazał je zablokować. Wtedy okazało się, że tam już nie ma komunikatora, gdyż zmienił on swoje adresy internetowe. Rozpoczął się wyścig między rozzłoszczonymi urzędnikami i programistami Telegramu. Komunikator zaczął wynajmować adresy IP w Amazon Web Services i Google Clouds, a Roskomandzor zajadle je blokował, dochodząc do ok. 16 milionów zablokowanych (w pewnym momencie było ich nawet 20 mln). – Działając z taką szybkością Roskomnadzor w ciągu 500 dni zablokuje cały internet, który ma ok. 4 mld takich adresów – przestraszył się szef firmy Group-IB Aleksandr Kalinin.

Rewizor padł

Ponieważ nie udało się przyłapać Telegramu na poszczególnych adresach, urzędnicy zaczęli blokować całe ich grupy, nie zważając, że szkodzą innym. Ich ofiarą padły sklepy internetowe, część firm kurierskich, strony internetowe z grami online, szkoły specjalizujące się w e-learningu, inne komunikatory (np. Viber), służby Microsoftu, a nawet sieci zwykłych sklepów i restauracji. A także muzeum na Kremlu.

W końcu z powodu ogromnej ilości danych zatkał się specjalny system używany do blokowania o nazwie Rewizor. Urzędnicy kazali go zresetować, ale danych było tak dużo, że Rewizor zawisł, umożliwiając dostęp również do wcześniej zapisanych w nim i zablokowanych miejsc w internecie. W dodatku okazało się, że albo urzędnicy, albo system oszalał, gdyż wśród blokowanych adresów znalazły się dwa jego własne.

A Telegram cały czas działa, liczba jego użytkowników wzrosła o ok. 17 proc. „Jeśli półśrodki użyte do likwidacji Telegramu nie dają skutku, to może by wyłączyć prąd w całym kraju?” – ironicznie zaproponował słynny piosenkarz Andriej Makarewicz.

– Próby blokowania są oznaką wzrostu wpływów resortów mundurowych, a tego nikt nie chce. Ale też z powodu Telegramu nikt nie wyjdzie na ulice – sądzi Makarkin.

– To jednak silnie uderzyło w młodzież i może ją popchnąć do wyrażenia swego sprzeciwu – uważa z kolei Krutichin.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA