fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Jan Maciejewski o Tolkienie: Szczęśliwa katastrofa

materiały prasowe
Od paru lat, zawsze o tej samej porze – z regularnością godną pory deszczowej w tropikach – w środku lata zaczyna mi się „chcieć Tolkiena". Jak chce się jeść i pić, śmiać albo płakać; potrzeba, której nie da się wywołać ani jej tym bardziej oprzeć. Dopiero za którymś dopełnieniem tego rocznego cyklu zrozumiałem, dlaczego tak jest. Że to kwestia odległości. Z wakacyjnymi wyjazdami i podróżami jest ten problem, że są zbyt bliskie, choćby nie wiem, ile kilometrów się podczas nich pokonywało. Nie są ucieczką w pełnym (przygody i ryzyka) znaczeniu tego słowa. Mało który pozwala naprawdę się oderwać. Bo to, co najściślej przylega, co tak bardzo chciałoby się wypocić podczas wędrówki albo zmyć z siebie podczas morskiej kąpieli, wżarło się głęboko pod powierzchnię skóry.

Dopiero Tolkien i jego baśń, jedyna prawdziwa baśń naszych czasów, pisana z wyrozumiałością dla tępoty naszych uszu, stwarza możliwość ucieczki. Nie rejterady z linii frontu, tą ucieczką nikogo nie zdradzamy, wręcz przeciwnie. Przeskakujemy przez mur więzienia, wracamy do swoich. A że niektórzy z nich mają włochate stopy i niecały metr wysokości, inni spiczaste uszy i dźwigają na swoich barkach dar nieśmiertelności – to przecież nic nie zmienia. Raczej pokazuje tylko, jak daleko odeszliśmy od samych siebie, że musimy wracać okrężną drogą, przez Śródziemie. Opowieść, uznawaną przez wielu za ciężkostrawną mieszankę Kubusia Puchatka z Wagnerem.

Ostrzem, którym Tolkien uderzył w literackie gusty współczesnej literatury, był kontrast. Tu zawsze niuans będzie błędem, a kompromis – zdradą. Ale czy właśnie nie dlatego ta historia żyje, nie tylko wywołuje przelotną przyjemność lektury, ale po jej zakończeniu pozostawia poczucie zakończonej podróży...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA