fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Polak-Pałkiewicz: W aksamitnej niewoli mody

Ubranie jest dopełnieniem człowieka – pisała Kazimiera Iłłakowiczówna (na zdjęciu z lewej odbiera nagrodę z rąk ministra Wacława Jędrzejewicza, 1935 r.).
NAC
Przy wkładaniu modnego stroju, zwłaszcza takiego, który łamie kobiecą wstydliwość, jego właścicielki wyłączają krytyczną refleksję. To co „noszą wszyscy" staje się obowiązujące zwłaszcza dla młodej osoby, gdy jest ona wewnętrznie usposobiona do uległości wobec wymogów zewnętrznej instancji. Zapomina wtedy o tym, co mówią jej wiara, sumienie, wrażliwość, poczucie piękna, zmysł elegancji czy wreszcie szacunek dla otoczenia.

Chwyt jest prosty: zrzucanie z siebie kolejnych elementów stroju mniej kosztuje niż wkładanie ich na siebie – tak, by całość stanowiła przemyślaną, dostosowaną do okoliczności kompozycję, a zarazem była estetyczna. A na tym wszak, umiejętnym dopasowaniu stroju do okazji, polega prawdziwa elegancja, według definicji niezmiennej od kilku przynajmniej stuleci.

A skoro zrzucanie jest łatwiejsze – a jeszcze w dodatku moda, czyli szantaż ze strony tych, którzy osiągnęli w tej dziedzinie pozycję autorytetu, przekonuje nas, że to „obowiązek" – kobiety w różnym wieku, gdy przychodzi ciepła pora, zrzucają z siebie przed wyjściem na ulicę, bez wstydu (to staroświeckie słowo zostało dawno już wykreślone ze słownika), bez wahania, kolejne sztuki garderoby (dziś już naprawdę niewiele do zrzucenia zostało) i mają poczucie, że wyglądają jak trzeba – modnie, kobieco i elegancko.

Chłopiec z bajki Andersena „Nowe szaty cesarza" był jedynym człowiekiem z całego miasta, który miał odwagę zakrzyknąć na widok nieubranego monarchy: „Król jest nagi!". A sam król uległ narzuconemu mu przeświadczeniu, że właśnie jest ubrany, i to bardzo wytwornie. Można już zacząć liczyć dni do czasu, gdy ktoś wewnętrznie wolny jak ów mały chłopiec wyda podobny okrzyk, widząc na ulicy kobietę przyodzianą (według swego mniemania) według „najnowszego krzyku mody".

Poszłam kupić perkalu na suknię

Kazimiera Iłłakowiczówna – znakomita poetka, z wykształcenia anglistka i polonistka, (studiowała w Oxfordzie, Fryburgu, Genewie oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim) – opisuje w swoich wspomnieniach („Ścieżka obok drogi", Warszawa 1939) dzień, gdy otrzymała posadę osobistego Sekretarza (nie „sekretarki") marszałka Józefa Piłsudskiego. Jako osoba dobrze wychowana znała reguły i potrafiła pozbyć się nuty kobiecej próżności na rzecz wymogów kultury w nowym miejscu pracy (Ministerstwie Spraw Wojskowych). Zresztą z kulturą bycia łączył się zawsze u tej niezwykłej kobiety – w twórczości niewyrzekającej się odrobiny szaleństwa – patriotyzm wysokiej próby.

Oto więc Iłła, smukła trzydziestolatka obdarzona wyrazistą kresową urodą, burzą czarnych włosów, ogromnymi błękitnymi oczami, szykuje się do objęcia nowej posady: [...] poszłam kupić perkalu na suknię z długimi rękawami i pod szyję – granatowego, w białe groszki. Nie wyobrażałam sobie, abym mogła w ówczesnym rodzaju sukni bez rękawów, wyciętej i nie sięgającej kolan, figurować „przy wojsku"!... Perkal śmierdział okropnie perkalem, tak że go trzeba było wyprać przed uszyciem, za to był tani, ale krawcowa nie zgodziła się zrobić sukni dłuższej niż o jeden centymetr za kolana.

– Nie mogę sobie dla pani psuć reputacji – powiedziała.

Postanowiłam więc, dla przykrycia kolan przy pracy, zażądać prawdziwego dużego biurka szafkowego. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych zawsze miałam tylko stolik, nie biurko. Rozumowałam, że bez tego biurka przyjmowanie interesantów nie byłoby dla mnie możliwe. Miałam tylko wątpliwość, czy dostanę to biurko na nowym miejscu. A cienkie cztery nogi zwykłego stolika nie odpowiadałyby celowi, nie przykrywałyby nóg.

Tymczasem postanowiłam chodzić stale w płaszczu od kurzu, który w całym tego słowa znaczeniu był okryciem, bo mnie aż do kolan okrywał".

A przecież przy innych okazjach, związanych z funkcją reprezentacyjną, jaką wymuszał na niej Marszałek, choć trzeba przyznać, rzadko, Iłłakowiczówna potrafiła się stroić tak wytwornie, że zasłużyła sobie na miano „najelegantszej Polki". Na przykład wtedy, gdy do Ministerstwa Spraw Wojskowych przyjechał prezydent Mościcki i ekipa kroniki filmowej, a poetka miała przyjąć przed kamerą Marszałka, Prezydenta i dygnitarzy wojskowych, herbatą. „Miałam na sobie suknię z granatowego krepdeszynu, prezent od kogoś sprzed lat przynajmniej czterech; była przerobiona, dziurawe miejsca podklejono małymi łatkami, które nieraz odklejały się nie w porę. Myśl, że się odkleją przy tej herbacie, albo w obliczu aparatu, zatruwała całą moją podświadomość", wspominała potem. Gdy już z wielką wprawą i wdziękiem – była przecież wychowanicą arystokratycznej ciotki w starym kresowym dworze – podała herbatę, Marszałek wdał się z nią w żartobliwa pogawędkę na temat jej sekretarzowania, czego w głębi ducha nie znosiła i zawsze miała Piłsudskiemu za złe, że ją ośmiesza.

[...] Wesoła twarz płk. Wieniawy, skrzywiona nerwowym grymasem – chorego majora Korzeniowskiego, badawcza – majora Ulrycha, nieprzenikniona – podpułkownika Becka – wisiały w powietrzu, jedna obok drugiej, po mojej lewicy; po prawej stronie pstrykał obrzydliwy aparat. Czułam, że wszystkie łatki za chwilę odkleją się od sukni i opuszczą mnie, jak listki drzewo...".

Katastrofa jednak nie nastąpiła. „Film był okropny", narzekała potem. „Dobrze wyszła tylko kanapa; stłoczeni na niej oficerowie źle wypadli... Ja miałam podbródek od ramienia do ust i wyglądałam jak Katarzyna II w ostatnich latach swych rządów".

Cały rok na marne

Elegancja kosztuje. Dosłownie i w przenośni. Jeden z autorów rozprawek o modzie i sztuce savoir vivre'u, Stanisław Krajski, dodaje, że: „[...] wymaga wysiłku, dyscypliny, wyrzeczenia, a gdy nadchodzą upały, zazwyczaj brak już na to siły i ochoty".

Istotnie, dziś kobietom – tak jak i mężczyznom – narzuca się przekonanie, że wszędzie, gdzie tylko można, należy iść po linii najmniejszego oporu. Żadnego wysiłku! „Wiele kobiet niejako automatycznie rezygnuje z elegancji, zrzucając z siebie, co się da, i wybierając nagość jako receptę na przegrzanie organizmu". (Tak naprawdę stajemy tutaj wobec sprytnie spreparowanego mitu, nic bowiem nie chroni przed upałem lepiej, niż obfite fałdy tkaniny, niekoniecznie bardzo cienkiej, w kolorze możliwie jak najjaśniejszym. Potwierdza to historia stroju wszystkich cywilizacji). Podobny jest werdykt Mary Spillane, cytowanej przez Krajskiego, uchodzącej na Zachodzie za znawczynię dobrego obyczaju w tej dziedzinie (dziś mówi się po prostu o „wizerunku"). W jednym z poradników pani Spillane zauważa: „Coś dziwnego dzieje się w biurach, kiedy zaczyna przygrzewać wiosenne słońce". Definiuje tę anomalię w języku paranaukowym i brzmi to humorystycznie: niektóre kobiety najwyraźniej „tracą profesjonalną ostrożność", która trzymała je dotąd! I „wpadają w szaleństwa lata, rezygnując z wizerunku, na który pracowały przez cały rok" (Stanisław Krajski). Nie będziemy przytaczać tu znanych powszechnie z naszych ulic skutków owej „utraty profesjonalnej ostrożności", które to zjawisko kojarzy się coraz częściej z obrazami zamieszczonymi w atlasach historycznych, gdzie przedstawia się „ludzi prehistorycznych". Mary Spillane eufemistycznie charakteryzuje miłośniczki tego rodzaju garderoby jako osoby, które w biurze i na ulicy „przyjmują letni, nieprofesjonalny i nieoficjalny wygląd odpowiedni raczej na weekend na działce".

Moda ingeruje głęboko w życie człowieka. Okazy znane z atlasów pokazujących obrazki z prehistorii sugerują istnienie ciągłości między światem zwierzęcym a człowiekiem.

Taki właśnie obraz kobiety narzuca coraz częściej moda. „Ideał" kobiety jaskiniowej wyrażają swoim wyglądem – bezwiednie zapewne – osoby, które prezentują publicznie długie włosy w nieładzie, nagość skąpo przyobleczoną w luźne zarzutki (z daleka przypominające skóry dzikich zwierząt), na nogach zaś mają grube podeszwy przymocowane do kostek rzemykami. Dodatkowo ozdabiają ciało tatuażem, co podkreśla związki z kulturą plemienną. Kobieta jaskiniowa to jeden z typów wizerunku kobiety lansowanych przez kombinaty mody pod dyktando słynnych projektantów, dalekich o całe lata świetlne od wyobraźni ukształtowanej przez kulturę i sztukę Europy. To wystudiowany w każdym szczególe produkt wyobraźni artystycznej, która z góry odrzuca skojarzenia stroju kobiecego z cywilizacją uformowaną przez chrześcijaństwo. Stroju zgodnego z naturą kobiecą.

Podstawowym wymogiem naszej cywilizacji w tej dziedzinie było zawsze okrycie ciała – tak by nieobrażona była skromność kobiety, ale też i jej otoczenia – połączone z estetycznym pięknem. Współcześni projektanci robią, co mogą, by zakwestionować zasadę, że strój kobiety w kulturze europejskiej odzwierciedla duchową głębię i unikalne posłannictwo kobiety. Wynikający z natury, którą została obdarzona, a rozwinięty dzięki wierze w ideał dziewicy, oblubienicy i matki.

Nie zostać marionetką

Najczęściej nie uświadamiamy sobie istnienia wszechobecnej w naszym życiu presji mody – w efekcie, przy wkładaniu modnego stroju, zwłaszcza takiego, który łamie kobiecą wstydliwość, jego właścicielki wyłączają krytyczną refleksję, zasłaniając się argumentem, że są zobowiązane, by „być takie same jak inne". Muszą naśladować określony styl i wzorzec rozpowszechniony przez reklamę, telewizję, film, czasopisma, ulicę. Muszą być posłuszne dyktatowi mody. To co „noszą wszyscy" staje się obowiązujące zwłaszcza dla młodej osoby, gdy jest ona wewnętrznie usposobiona do uległości wobec wymogów zewnętrznej instancji. Zapomina wtedy o tym, co mówią jej wiara, sumienie, wrażliwość, poczucie piękna, zmysł elegancji, wreszcie szacunek dla otoczenia. Na to właśnie liczy centrum zarządzające wielkim teatrem mody (ideolodzy, kreatorzy mody, bardzo często ludzie o skłonnościach homoseksualnych), które unika deklarowania swoich celów.

Trzeba przestać udawać, że nie zauważamy, iż współczesna moda – w tak wielu jej przejawach – nie jest dziedziną sztuki, ale wykwitem spotkania psychologów i postmodernistycznych ideologów. Nierzadko oszustów i wydrwigroszów, jak owi fałszywi krawcy z bajki Andersena. Zadaniem, jakie przed sobą stawiają, poprzez kreowanie stylistycznych form posiadających głębszą, ukrytą, symboliczną treść, jest zmiana obrazu kobiety. Obrazu złożonego z jej cech naturalnych, ale także duchowego życia (o ile jest katoliczką). Chcą, by kobieta sama, osobiście zrezygnowała z tego, by obraz kobiecości, który prezentuje, nawiązywał do ideału dziewicy, oblubienicy i matki. By został on w niej zastąpiony obrazem kobiety wampa, uwodzicielki, niewolnicy z haremu, kobiety spod latarni, istoty płci żeńskiej pozbawionej odniesień do własnego kręgu kulturowego (kobieta jaskiniowa) lub kobiety – trybiku maszynerii (tu kłaniają się wszelakiego rodzaju mundury dla kobiet oraz ciężkie podkute buciory).

W ślad za modą postępuje nierzadko wymuszenie na nas sprzecznych z naszą kulturową tożsamością zachowań. Ludzie wierzący, dobrze wychowani wiedzieli zawsze: pewnych słów się nie wypowiada, pewnych gestów się nie wykonuje. Również pewnych rzeczy na siebie się nie wkłada. Choćby nas do tego na różne sposoby nakłaniano, a wręcz zmuszano. O ile nie chce się zostać marionetką w cudzych rękach, obiektem zabawy tych, którzy chcą nas widzieć poniżonych i ośmieszonych. Chcą się zabawić naszym kosztem, porechotać na nasz widok.

Godzenie w ten zewnętrzny wizerunek kobiety to zawsze godzenie w chrześcijaństwo. Ze względu na wyjątkową rolę kobiecą w naszej kulturze i wierze. Ze względu na postać Niepokalanej.

Zauważmy, ludzie ze sfer wielkiego biznesu, kobiety i mężczyźni – podobnie jak międzynarodowa arystokracja – niezależnie od zmieniającej się mody noszą klasyczne stroje, uszyte według niezmiennych zasad elegancji, osadzonej w kulturze europejskiej. Proste, estetyczne, z materiałów w dobrym gatunku i zakrywające ciało. Gdy dajemy się manipulować temu, co nosi nazwę mody, co nazywane jest też estetyczną zabawą, a dziś stanowi często jedną z psychotechnik, doprowadzoną do perfekcji przez sztaby naukowców, stajemy się mimowolnymi uczestnikami destrukcji naszej kultury. Celem mody stało się wywołanie w nas zmiany, niezauważalnej przez nas samych. Zmiany eliminującej krok po kroku nasze zasady i „spłaszczającej" naszą osobowość – z sezonu na sezon, z kreacji na kreację. Moda kusi i zniewala w sposób „aksamitny".

Zaczęło się od Chaplina?

Umiarkowanie zabawna, poruszającą się niczym mechaniczna lalka, czarno-biała figurka w zbyt obszernym garniturze i meloniku, udawała mężczyznę, ale była pozbawiona jego cech. Miała symbolizować „biednych tego świata", słabych, „innych", „dziwnych", „wyrzuconych za burtę". Po raz pierwszy w historii kultury masowej przynosiła wyraziście zarysowany estetycznie wzorzec zniewieściałego mężczyzny. W dodatku, w wielu sekwencjach, brutalnie traktowanego przez „męską", pozbawioną wszelkiej delikatności kobietę (żonę? narzeczoną? towarzyszkę życia?). Apogeum pierwszego etapu porzucania przez kobiety swoich ról – roli strażniczki ogniska domowego, matki, żony, opiekunki – przypadało właśnie na czas, gdy na srebrnym ekranie „wzruszał i rozbawiał do łez" mniej wybredną publiczność nieporadny, w istocie prostacki „człowieczek" Charliego Chaplina.

Przejmowanie przez kobiety rynków pracy, do tej pory dostępnych tylko dla mężczyzn, było w tamtym czasie wydarzeniem. Dziś „samo przez się" rozumie się, że kobieta, także ta, która jest żoną i matką, może i powinna pracować. Czy rzeczywiście żony i matki, gdy nie muszą – przymus jest dziś, niestety, sytuacją najczęstszą – powinny opuszczać ognisko domowe, którego są strażniczkami, i „realizować" się w pracy zawodowej? Czy swoją misję kobiecą – duchową, kulturową, wychowawczą, opiekuńczą – muszą  wypełniać w przypadkowym środowisku zawodowym (a to jest casus 99 proc. kobiet)? Czy nie byłoby lepiej, gdyby sprawowały ją tam, gdzie chcą ją pełnić, bo czują się do tego wezwane? I by czyniły to w czasie, w którym na pewno nie potrzebuje ich obecności rodzina?

„Przebóg! Naróżowana!" – jęknął ze zgrozą Tadeusz, gdy dostrzegł podczas uczty, że lica Telimeny pałają rumieńcem, bynajmniej jednak nie panieńskim. Im dłużej kobieta, żona i matka przebywa poza domem, tym bardziej – bywa – uderza jej do głowy to, co wmawia jej przemysł reklamy i mediów. Że nie może być niepowtarzalna, musi być „produktem seryjnym", „jedną z wielu", wyposażoną we wszystkie akcesoria wyglądu, wymyślone naukowo w kombinatach mody, nawet gdyby wygląd ten miał być – z założenia – czymś na przykład typowym dla mężczyzny (spodnie, garnitury, krawaty...). Czy wybrał dla niej to przebranie ktoś, kto na pewno ją osobiście zna, rozumie, szanuje i pragnie docenić jej wyjątkowość? Z całym szacunkiem, „dyktator" mody, przemysł, rynek, ulica, to nie są instancje, które rozumieją duchowość jakiejkolwiek kobiety. A przecież każda kobieta z natury jest artystką. Pan Bóg wyposażył ją w zmysł piękna.

Na ulicach i w urzędach spotkać dziś można żony i matki ucharakteryzowane na afrykańskie czy arabskie księżniczki – niczym Telimena, próbująca ukryć „wielką, straszną tajemnicę" upływającego czasu – przesadnie obwieszone biżuterią, wyzywająco ubrane czy ozdobione mało estetycznym makijażem. Opuściły szarzyznę gniazda rodzinnego. Spieszą do pracy, gdzie czeka je porcja ekscytujących przeżyć.

Niegdyś kobiety stroiły się przed okazjonalnym „wielkim wyjściem", gdy pojawiały się w towarzystwie męża, dziś tym „wielkim wyjściem" okazuje się niejednokrotnie codzienne wyjście do pracy. Niepostrzeżenie przymus zatrudnienia matek i żon, wysterowany przez świat, który pragnie na każdym z nas dobrze zarobić, tak często łączy się z dramatami rodzinnymi, dramatami porzuconych dzieci, odepchniętych psychicznie, lekceważonych mężów. Choć nikt o tym głośno nie mówi, z obawy przed ośmieszeniem się, byciem uznanym za staroświeckiego nudziarza.

Kobiety wiejskie nie miały, niemal do czasów współczesnych, tego problemu. Zajęcia typowo kobiece, wymagające zresztą wiele inteligencji i cierpliwości, przynoszące tak często, a wręcz z reguły, spokój, potrafiły łączyć z obowiązkami rodzinnymi. Co nie znaczy, że ich życie było sielanką. Często były zmuszone pracować ponad siły w polu i przy inwentarzu. Ale nigdy psychicznie nie opuszczały domu. Swoją siłę, by sprostać temu wszystkiemu, czerpały z wiary w Boga. Góralki, noszące do dziś z godnością swoje regionalne stroje, mogą być wzorem ponadczasowej kobiecej elegancji. Bardzo polskiej, w najlepszym stylu.

Kreacja, czyli dostrojenie się

Kwestia ubrania w biurze, czy przy jakiejkolwiek innej pracy, nie jest błaha" – dodaje Kazimiera Iłłakowiczówna, erudytka i artystka, spisująca swoje wspomnienia tuż przed ostatnią wojną. „Ubranie jest dopełnieniem człowieka i w nim wyrażają się tysiące zalet i wad naszego charakteru. Dużą część uprzedzenia, jakie szerokie masy żywią niewątpliwie do kobiet w pracy publicznej i zawodowej, pochodzi moim zdaniem: 1) z ich zaniedbania w uczesaniu; 2) z ich nieumiejętności w dopasowaniu ubrania do otoczenia. Przez dopasowanie nie mam na myśli naśladowania otoczenia, ale dostrojenie się do niego tak, jak dopasowuje się obicie do pokoju, albo pomnik do placu. Tymczasem dziś nawet niektóre pisma katolickie nakłaniają kobietę, by starała się wyglądać możliwie »seksownie« w miejscu pracy".

Kazimiera Iłłakowiczówna była – aż do śmierci Marszałka – tym typem współpracowniczki, ale przede wszystkim kobiety, bez której ten twardy człowiek nie mógł się na co dzień obyć. Dowcipna, delikatna, taktowna. Miał do niej stosunek ojcowski. Ona zaś, mając za sobą okres służby przy rannych na froncie, traktowała go jako swojego dowódcę, a pracę jak rodzaj kobiecej służby wojskowej. Zachowywała tu nieugiętą dyscyplinę; była lojalna, dyskretna, staranna oraz posługiwała się wyobraźnią. Co nie znaczy, że między tym dwojgiem ludzi o mocnych charakterach, spędzających obok siebie długie godziny, nie dochodziło do zgrzytów, a nawet kłótni, bo oboje byli gwałtownego temperamentu. Iłłakowiczówna musiała swój wybuchowy temperament nieustannie poskramiać. Pracowała tu wśród mężczyzn, z których prawie każdy miał za sobą długoletnią służbę w wojsku i udział w walkach frontowych. Oto jedna z jej refleksji i zarazem cennych rad:

„Kobietom jest specjalnie trudno w tych wypadkach, bo, jeśli są bardzo uprzejme, trafia je zarzut, że chcą otoczenie przekupić swoją kobiecością, a jeśli twarde – że się mądrzą, że chcą rządzić i że przecież to, ostatecznie, tylko baby!!

Przede wszystkim nie należy się złościć. Kobieta rozzłoszczona jest zawsze śmieszna. Wiem to – niestety – po sobie.

A jeśli do tego jeszcze – nie całkiem ubrana?".

Ewa Polak-Pałkiewicz jest pisarką i niezależną publicystką, autorką m.in. „Prosto w oczy, wywiad rzeka z premierem Janem Olszewskim", „Kobieta z twarzą; Patrząc na kobiety", „Rycerze wielkiej sprawy. Szkice ziemiańskie", „Powrót pańskiej Polski"

Fragment przygotowywanej do druku książki pt. „Czego chcą od nas biedni Niemcy?", która ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen. Nadtytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA