fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Sumienie z Second-Handu

Na termometrze ponad 20 stopni, ale w jednym z warszawskich second-handów Weronika, Agnieszka i Marcelina już kupują zawadiackie czapki na zimę. Do nowego domu jedzie też pluszowy pies
materiały prasowe, Marzena Tarkowska
Sklepy z używaną odzieżą nie uratują planety, ale możliwe, że choć trochę spowolnią jej degradację. Już samo to w świecie zdominowanym przez globalną machinę tekstylną byłoby sporym osiągnięciem.

W Warszawie tych sklepów jest co najmniej kilkadziesiąt. Second-handów, ciucholandów, szmateksów, lumpeksów, butików z używaną odzieżą – określeń jest wiele. Są zróżnicowane pod względem wielkości, asortymentu, wystroju, charakteru obsługi i relacji z klientem. Obracają ogromną ilością ubrań, a to i tak tylko niewielka część tekstyliów z drugiej ręki, które trafiają do second-handów z hurtowni oraz wielkich firm trudniących się sortowaniem towaru. Przykładowo przedsiębiorstwo Wtórpol, które zajmuje się segregacją tekstyliów, rocznie pozyskuje 65 tys. ton surowca. Tylko część sprzeda detalicznie w swoich 120 second-handach na terenie całego kraju.

Wzdłuż przecinającej Mokotów ulicy Puławskiej sklepów z używaną odzieżą jest kilkanaście. Dla obsługi najtrudniejszym okresem jest dzień dostawy, kiedy trzeba opanować tłumy polujące na rzeczy najlepszej jakości.

Do jednego z tych punktów towar trafia ze Skandynawii. Pracująca w nim sprzedawczyni opowiada, że w dniu dostawy w kolejce przed otwarciem sklepu ustawiają się nie tylko zwykli klienci, ale też handlarze. Podkreśla, że rzadko widać osoby biedniejsze, choć czasem zdarzają się też i takie.

Nie tylko dla ubogich

Pani Jola, jedna z klientek, ma 74 lata, choć wygląda co najmniej o dziesięć lat młodziej. Ubrana jest na sportowo, nosi lekki makijaż. W tym sklepie jest z mężem drugi raz, mieszkają w pobliżu. Właśnie trwa wyprzedaż – kilogram ubrań (w second-handach z reguły kupuje się na wagę) kosztuje 33 zł. – Nie, nie jestem babuleńką, chociaż widać siwe włosy – mówi z uśmiechem i podkreśla, że kupuje też w sklepach z nową markową odzieżą, np. w Tatuum.

Żaden z moich rozmówców nie powie wprost, że do zakupu zmuszają go oszczędności. Na Mokotowie przeważają argumenty, że chodzi o nietuzinkowość stroju. W czwartek około godz. 16 w Tanim ubraniu przy Puławskiej 34 jest dość tłoczno, choć i tak spokojniej niż w poniedziałek, gdy można przebierać w nowym towarze. Trafiam na przecenę: 35 zł/kg. W kolejce do kasy czeka dziesięć osób.

Pan Jacek, lat 55, zanim zacznie ze mną rozmawiać, zważy wpierw sportową bawełnianą bluzę z kapturem. Cena: 21 zł.

– Szukam tylko nietypowych rzeczy. Zawsze coś ciekawego tutaj znajdę, jak ten T-shirt z kotkiem, który mam na sobie – mówi.

Kwestia ceny pojawia się między słowami.

– Większość osób zaczyna oszczędzać. Po co płacić 100 zł, jak można 10, a resztę wydać na coś innego – mówi 55-letnia pani Joanna. Do normalnych sklepów wybiera się tylko przy okazji wyprzedaży.

W prawobrzeżnej części Warszawy rozmówcy są bardziej otwarci, jeśli chodzi o pieniądze. Pani Teresa (47 lat) odzież używaną kupuje ze względów finansowych. – Poza tym znajduję tu rzeczy lepsze gatunkowo niż na bazarku. I wybór jest lepszy niż w innych second-handach – wyjaśnia, przeglądając ubrania w Humanie przy ul. Targowej 41. Tu ubrania mają metki i są podzielone według grup cenowych (5, 10, 20 zł). To jeden z pięciu tanich sklepów pod tym szyldem w Polsce – cztery są w Warszawie, jeden w Łodzi. Międzynarodowa sieć „finansuje i realizuje projekty w krajach Trzeciego Świata oraz wnosi wkład w ochronę środowiska poprzez zbieranie i sprzedaż odzieży używanej" – można przeczytać na jej stronie internetowej. Przed wejściem dostaję ulotkę reklamową sklepu od pani w firmowej zielonej bluzie. Sprzedawczyni mówi donośnym głosem: przez następnych 15 minut wszystko w sklepie w cenie 10 zł! W ciągu kwadransa sprzedawczynie jeszcze kilka razy powtarzają ten komunikat.

Po tej stronie Wisły okazje kuszą jeszcze bardziej. Nieopodal Urzędu Dzielnicy Wawer znajduje się niewielki butik z odzieżą używaną o nazwie Finka z ubraniami z Danii i Finlandii. Tutaj również każda sztuka jest wyceniona, ubrania nie leżą w koszach. Promocje są cykliczne, a raz w miesiącu – jak w dniu, w którym do niego trafiam – jest wyprzedaż totalna. Poza jednym wieszakiem z ubraniami znajdującym się po lewej stronie od wejścia (rzeczy wycenione na 10–20 zł) wszystko w sklepie kosztuje złotówkę. Sprzedawczyni mówi, że to już ostatnia szansa na kupienie tych ubrań, nim trafią do utylizacji. Wiele z nich jest w doskonałym stanie, np. koszula, za którą jeszcze dzień wcześniej trzeba było zapłacić 16 zł (cena z metki).

Taki nałóg

Nasuwa się myśl, czy tych ubrań, które niesprzedane trafią do utylizacji, nie potrzebują organizacje charytatywne, domy dziecka i samotnej matki? Okazuje się jednak, że w tej złotówce najlepiej wyraża się nadprodukcja światowej mody.

– Proszę mi uwierzyć, organizacje charytatywne nie chcą tych rzeczy – twierdzi w rozmowie z „Plusem Minusem" Ewa Metelska-Świat, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Tekstylnych Surowców Wtórnych. – Kilka lat temu zgłaszały się do mnie małe rodzinne firmy, które mają jeden, dwa sklepy z odzieżą używaną, a nie mają hurtowni, magazynu ani możliwości produkcji np. czyściwa (materiału używanego w zakładach przemysłowych). Rzeczy niesprzedane trzeba przecież zutylizować, a to kosztuje. Wydzwaniałam do różnych miejsc, googlowałam różne organizacje. Żadna nie była zainteresowana. Jeśli one czegoś potrzebują, to mają konkretne życzenia: np. koce, leki, żywność, która się nie psuje. Także pieniądze, które można spożytkować na ich cele. Rozumiem, że nie mogą utonąć w używanej odzieży – opowiada Ewa Metelska-Świat.

Na ostatecznej wyprzedaży w butiku buszują stałe klientki, panie Teresa i Urszula, zadbane kobiety około sześćdziesiątki, ubrane na kolorowo.

– To miejsce spadło mi z nieba! Przecież w innych sklepach jest cena 72 zł za kg, można się złapać za głowę – podkreśla pani Teresa. Mówi, że nowych ubrań raczej nie kupuje, bo „fundusze nie pozwalają", a tu jest w czym wybierać. Przytakuje jej pani Urszula. – Właściwie ubieram się tylko tu. Ostatnio znalazłam świetną sukienkę na wyjście. W sklepach z nową odzieżą kupuję tylko bieliznę – dodaje.

Po godz. 12 jedynym klientem płci męskiej jest 80-letni pan Arkadiusz. Wysoki, szczupły, ubrany w koszulę w paski z elegancką broszką, nosi jasne sztruksowe spodnie i dopasowaną kolorystycznie letnią marynarkę. Przegląda wspomniany wieszak z nowościami wycenionymi wyżej. Decyduje nie tylko cena. – Kiedy byłem w pani wieku, to żeby wyglądać oryginalnie, ubierałem się na ciuchach. Wtedy takie sklepy były przy placu Szembeka i przy Stalowej. Do dziś uważam, że w takim sklepie można kupić rzeczy lepsze, ładniejsze, niecodzienne, no i tańsze – zaznacza.

Dodaje, że kupowanie to nałóg. – Czasem coś nowego przyniosę i chowam głęboko w domu. Po miesiącu wyciągam, a żona pyta: „Nowe portki kupiłeś"? Mówię: „A nie, to stare, odnalazłem w szafie". Ale żona nie chodzi ze mną po tanich sklepach. Ja jestem chłop z ludu, a ona to dama. Dlatego szuka ubrań za granicą. Ale nie w sieciówce. Wie pani, to obciach – dodaje.

Dwa kroki od Finki jest Tania odzież, sklep również niewielki. Najniżej wycenione rzeczy kosztują od 1 do 3 zł. W środku jest kilka pań, za moment przychodzi też stała klientka. – Odłożyłaś coś dla mnie? – pyta sprzedawczynię. – Taką Pradę mam, 100 zł – pokazuje torbę klientce. Ta bierze ją w ręce i pyta: – A jaka w środku? Jeszcze zastanowię się – mówi i zaczyna przeglądać ubrania.

Bo małe second-handy to też dużo bardziej nieformalna atmosfera. Nieporównywalna z wielkimi, gdzie sprzedawczynie uwijają się w pracy jak w sieciówce – poprawiają źle odwieszony towar i uważnie przyglądają, czy ktoś czegoś nie zabiera bez płacenia. Sprzedawczynie rozpoznają stałych klientów, czasem rozmowa rozpoczyna się naturalnie. W sklepie przy Puławskiej słyszę, że niektóre panie są z obsługą na „ty".

Żaden obciach

Wbrew temu, co deklarują celebryci i blogerki modowe, w odwiedzanych przeze mnie sklepach z odzieżą na wagę nie widać osób ubranych bardzo drogo. Status finansowy czasem zdradzają buty, eleganckie torebki czy fryzura. Najbardziej zamożne osoby można zauważyć w dniu dostawy, gdy przykładowa cena za kg to 87 zł. Chociaż jest dopiero dziesięć minut po otwarciu, w jednym z second-handów przy Puławskiej nie da się już swobodnie podejść do wieszaka znajdującego się na końcu sklepu.

Wśród klientów są hipsterzy, studentki, młode kobiety, czasem ekstrawagancko ubrane nastolatki, a także młodzi chłopcy. Widzę też dwie dziewczyny z modnymi plecakami z logo z wizerunkiem liska marki Fjallraven Kanken. Dla nich second-handy zdecydowanie nie są obciachem.

Wśród nich wyglądem wyróżnia się Gosia. Ubrana w top z odkrytym brzuchem, spodnie i koszulę z wzorkiem. Dla niej decydujące jest kreowanie swojego stylu. – Mogłabym sobie pozwolić na kupowanie rzeczy w sieciówkach, ale nie chcę. Szukam jakości. Potrafię spędzić w second-handzie dwie, trzy godziny. Przeglądam rzeczy na spokojnie i nie przychodzę w dniu dostawy. Bo i tak szukam rzeczy, które nie są rozchwytywane. Takich, które trzeba umieć kreatywnie dopasować do innych. Albo przerobić, tak robię z męskimi koszulami – tłumaczy 25-latka i dodaje, że pierwszy raz do tego typu sklepu weszła z rodzicami. – Zaczęłam kupować dawno, jeszcze wtedy, gdy ludzie nie afiszowali się z chodzeniem do takich miejsc. Teraz to bardzo na czasie – mówi. Wspomina też najbardziej nietypową rzecz, jaką znalazła, suknię ślubną za 10 zł. – Nie kupiłam jej na mój ślub, tylko na bal przebierańców. Była piękna, w takim stanie, że mogłaby być założona jeszcze raz zgodnie z przeznaczeniem. Później wrzuciłam ją do kosza dla potrzebujących – kończy opowieść.

Pod kątem oryginalności szukają ubrań także Weronika (20), Agnieszka (21) i Marcelina (25). Spotykam je w Agrafce – piętrowym second-handzie przy ulicy Kępnej na Pradze-Północ, bardzo blisko Humany. Na termometrze jest ponad 20 stopni, ale dziewczyny już kupują zawadiackie czapki na zimę. Do nowego domu jedzie też pluszowy pies.

Agnieszka mówi, że na zakupach szukają rzeczy wyróżniających się, odlotowych. I dobrych gatunkowo. Niedawno „upolowała" świetne buty za 4 zł.

Krem de la krem

Właścicielka dużej hurtowni odzieży używanej w województwie opolskim mówi „Plusowi Minusowi", że większość handlarzy wybierających towar do second-handów jest zainteresowana odzieżą „cream" albo „kremem". Tak określa się ubrania bez śladów użytkowania, znanych marek (w tym sieciówek), często nowe i z metką.

Kto je kupuje? – Wszyscy – śmieje się. Mamy nadmiar ubrań na świecie. Już mało który sprzedawca chce kupować pierwszy gatunek, czyli towar gorszy od „kremu". Ludzie już nie otwierają second-handów, tylko butiki, tak je nazywają. Teraz pierwszy gatunek nadaje się bardziej na Ukrainę, gdzie klient jest mniej zamożny. Ale nasza firma obecnie nie sprzedaje do tych krajów, jesteśmy skupieni na „creamach". Wysyłamy towar do sklepów w całej Polsce.

Dodaje, że właściciele mają różne podejście do towaru. – Są tacy, którzy chcą zróżnicować cenę w sklepie. Wybierają zarówno „krem", jak i pierwszy gatunek, żeby mieć też tańszy asortyment. A inni nawet nie chcą patrzeć na pierwszy gatunek, mimo że czasem znajdują się w nim fajne ciuchy – dodaje.

Jej hurtownia nie importuje drugiego gatunku. – To towar już tylko do Afryki. Przerabiają go wielkie sortownie, które mogą sobie na to pozwolić. Później wysyłają go na południe w kontenerach. A my nie sortujemy towaru, tylko kupujemy gotowy asortyment – wyjaśnia.

Dla ocalenia planety

Kupowanie w second-handach to nie tylko oszczędność. Młode osoby rozmawiające z „Plusem Minusem" podkreślają, że chcą ograniczyć zakup nowych rzeczy ze względu na środowisko. Agnieszka mówi, że nie chce przykładać ręki do wyzysku pracowników w krajach Trzeciego Świata. Natalia (18) dodaje, że dużo czyta o przemyśle modowym, dlatego kupuje w sieciówce tylko wtedy, gdy bardzo potrzebuje nowej rzeczy i chce znaleźć coś w swoim rozmiarze. Do taniej odzieży przychodzi z koleżanką. Kiedy ma potrzebę iść na zakupy, żeby pooglądać ubrania, ale niekoniecznie coś kupić, to wtedy znajdują się perełki. Młoda mama Weronika (23) także deklaruje, że ochrona środowiska ma dla niej znaczenie.

– Słyszałam, że mamy 12 lat, żeby ocalić Ziemię, więc nabrałam więcej chęci, żeby kupować tylko używane rzeczy – mówi, cytując z pamięci główny wniosek z raportu Międzyrządowego Zespołu ONZ ds. Zmian Klimatu. Obok w wózku ma kilkumiesięcznego synka. Przeważnie szuka ubranek dla niego, bo sama ma już dużo rzeczy. Dodaje, że dziecięce ubranka kupuje „w pace" przez portal z ogłoszeniami OLX. „Paka" to zestaw 20 ubrań w danym rozmiarze, które ktoś sprzedaje albo oddaje za darmo, gdy dziecko z nich wyrośnie.

Second-hand nie zawsze jest ekologicznym zbawieniem dla Ziemi. Raczej kroplą w morzu odzieżowej machiny, w której kupienie czegoś z drugiej ręki jest mniejszym złem. Na wieszakach wiszą często ubrania z sieciówek, różnej jakości, a nie rzeczy od projektantów, którzy szyją z naturalnych materiałów i z jak najmniejszym obciążeniem dla natury. W raporcie firmy PMR Research z 2016 roku 60 proc. klientów zadeklarowało kupowanie markowej odzieży w galeriach handlowych. Wśród tych najczęściej wymienianych przez klientów były H&M, Reserved, House, Zara i Cropp. Klienci kupują wciąż produkty „szybkiej mody", przeważnie szyte w Azji, a więc z długim łańcuchem dostawy.

A jakie zwyczaje wypracowali ci, którzy radykalnie ograniczyli wchodzenie do tych sklepów? Monika (studiuje i dorabia okazjonalnie) mówi, że przez rok nie kupowała ubrań. W tym czasie uporządkowała szafę i zrobiła listę brakujących rzeczy. Po tamtym czasie zakup nowych nie przerastał jej możliwości. – Wrażenie, że droższe ubranie jest dla nas niedostępne, jest tylko pozorne – mówi po tamtym doświadczeniu. Podobnie swoją garderobę skompletowała Anna Pięta, organizatorka targów niezależnych projektantów Hush Warsaw. Zaczęła nagłaśniać problem „szybkiej mody" po pięciu latach pracy nad targami. – Uświadomiłam sobie, że nie stworzyłam alternatywy, ludzie kupowali jeszcze więcej. Na targach i w sieciówkach – wspomina.

Chodzenie nago jest najbardziej eko

Jednak najprawdopodobniej to ci, którzy rzadko uzupełniali szafę przez lata, w największym stopniu przyłożyli rękę do ochrony środowiska, zanim tę potrzebę nagłośniły organizacje proekologiczne i media. Ostatecznie każda wyprodukowana rzecz ma swój środowiskowy koszt. I nawet wytworzenie lnianych ubrań wymaga zużycia dużych ilości wody. „Chodzenie nago jest najbardziej ekologiczną opcją, drugą jesteśmy my" – takim hasłem reklamuje się amerykańska marka Reformation, która szyje ubrania z resztek materiałów. Ma własną szwalnię w Los Angeles i deklaruje, że jej opakowania są biodegradowalne.

Zmiany w modzie postępują też od dołu, ze strony konsumentów. Po wpisaniu hasła „lumpeksy" portal YouTube proponuje długą listę filmów na temat polowania na znane marki czy perełki – także za granicą.

27-letnia Pamela mówi, że od roku nie kupiła w sieciówce nic, choć jest „z bardzo konsumpcyjnej rodziny". Chodzi na zakupy do „lumpa" co dwa tygodnie w sobotę z grupą koleżanek, które zaangażowała we wspólną zmianę nawyków. Przyznaje, że raz miała ogromną pokusę kupić sukienkę polskiej marki, ale na metce nie było napisane, gdzie została uszyta. – Dlatego wysłałam maila z pytaniem do producenta. Po otrzymaniu odpowiedzi, że jest z Chin, zrezygnowałam. Przełomem w moim życiu było przeczytanie reportażu o azjatyckiej fabryce ubrań. Nie chcę być częścią tej machiny – wyjaśnia 27-latka. Podobne maile od klientów z czasów pracy w sklepie internetowym pamięta Ela, lat 36. – Bardzo nielubiane przez szefostwo. Odpowiedzi formułował dział PR, żeby firma nie straciła dobrej opinii. A powinna – mówi. Z chodzenia do sieciówek na dobre zrezygnowała dwa lata temu po urodzeniu dziecka. Mówi, że chce je wychować w lepszym świecie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA