fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Arcydzieła literackie sztucznie nadmuchane

Donna Tartt: z namaszczeniem o niczym. Fot. Ernesto Ruscio
Getty
Do współczesnego czytelnika coraz częściej przemawiają książki, w których drugiego dna po prostu nie ma, te, które udają, że drugie dno jest, i te, które grają jedynie na emocjach. Na dzieła Yanagihary, Groff czy Doerra dali się złapać nie tylko czytelnicy, ale i krytycy.

Żyjemy w czasach arcydzieł. To jasne dla wszystkich, którzy choćby rzucą okiem na okładki nowości wydawniczych albo spojrzą na recenzje prasowe bądź internetowe. Byłaby to znakomita wiadomość, gdyby triumfów – także na literackich szczytach – nie święciła przeciętność. Jeśli czegoś na rynku książki brak, to z pewnością umiaru. Książek wydaje się za dużo, są źle redagowane i nie zawsze dobrze tłumaczone, a w dobie self-publishingu (publikowania własnym sumptem) ukazać się może właściwie wszystko. I w dodatku wszystko może odnieść sukces komercyjny.

Problem pojawia się jednak nie wtedy, gdy na co drugiej okładce czytamy „genialne arcydzieło" bądź „najgłośniejsza powieść roku". Zresztą i nagród literackich czy – szerzej – książkowych jest tyle, że dziś już niemal wstyd którejś z nich nie dostać. Gorzej, jeśli najważniejsze z laurów przyznawane są popliteraturze, która udaje literaturę wysoką.

Niestety, taka sytuacja zdarza się coraz częściej i z pewnością sprzężenie krytyki literackiej z rynkową dynamiką wielkiej literaturze sprzyjać nie będzie. Najlepiej widać to dziś w Stanach Zjednoczonych, które – warto o tym pamiętać – dyktują warunki na światowym rynku książki i lansują najgłośniejsze bestsellery, także te z górnej półki: od Donny Tartt i Anthony'ego Doerra przez parę Europejczyków – w tym zestawieniu zdecydowanie najlepszych – Elenę Ferrante i Karla Ove Knausgaarda po Hanyę Yanagiharę i Lauren Groff.

Banał w antycznych dekoracjach

„Fatum i furia" tej ostatniej to jedna z dwóch najgłośniejszych powieści zeszłego roku w Stanach Zjednoczonych. W Polsce ukazała się niedawno. Książką zachwycał się – i nie świadczy to najlepiej o jego guście – prezydent Barack Obama (dla równowagi wcześniej polecał dobrą „Wolność" Jonathana Franzena), znalazła się ona liście bestsellerów „New York Timesa", zebrała mnóstwo pochlebnych recenzji, była powieścią roku Amazona (do jego roli na rynku książki przyjdzie nam wrócić), a ponadto znalazła się w finale bardzo prestiżowej National Book Award.

Zważywszy na pierwszą scenę „Fatum i furii", powyższa wyliczanka brzmi absolutnie niewiarygodnie. Trudno we frazach Groff nie wyczuć nieznośnego kiczu („Byli tylko ustami i dłońmi", „Pragnął czegoś bezsłownego i potężnego", „W jej wnętrzu zobaczył dobro. Ale szkło jest kruche, musiał zachować ostrożność"). Dalej jest wprawdzie lepiej, Groff rezygnuje z wzniosłego, brudnego sentymentalizmu i opowiada całkiem niezłą historię małżeństwa, które w równej mierze opiera się na miłości co na kłamstwie. Najpierw poznajemy losy związku Lotta i Mathilde Satterwhite'ów z perspektywy męża dramatopisarza, a potem z perspektywy żony, dzięki której Lotto odniósł sukces. Rzeczywistość po obu stronach lustra wygląda oczywiście zupełnie inaczej, ale to dzięki sekretom szczęście małżeńskie jest w ogóle możliwe.

Nie byłoby w tym banale nic złego, gdyby nie literackie koneksje, na które powołuje się Groff. „Fatum i furia" bowiem udaje, zresztą nieudolnie, wielką powieść o ponadczasowych problemach. Problem w tym, że aby osiągnąć prawdziwą wielkość, niezbędna jest choćby znikoma oryginalność, amerykańska pisarka natomiast od początku do końca szyje nićmi pożyczonymi od kilku autorów i nic dziwnego, że wychodzi z tego potworkowaty patchwork.

Co znajdziemy u Groff? Wszystko i nic. Jest Szekspir, jest Antygona, jest wreszcie „oryginalny" narracyjny koncept. Ale wystarczy zajrzeć pod podszewkę, a okazuje się, że cytaty z Szekspira są użyte wyłącznie po to, by można było powiedzieć, że to powieść intertekstualna, przetworzony motyw Antygony śmieszy, konstrukcja książki zaś jest „pożyczona" od Juliana Barnesa i Lawrence'a Durrella, którzy w swych wybitnych dziełach – odpowiednio „Poczuciu kresu" i „Kwartecie aleksandryjskim" – dużo bardziej twórczo wykorzystali zmianę perspektywy, z jakiej opowiadana jest historia. U Groff jedynym celem jest zaskoczenie czytelnika, podczas gdy Durrell obnażał powieściowe mechanizmy, a Barnes konstruował powieść z takim kunsztem, że 160 stron wystarczyło mu na stworzenie jednej z najlepszych – jak do tej pory – książek XXI wieku, w której, inaczej niż u Groff, nie ma żadnego zadęcia ani choćby jednego zbędnego zdania.

Powieść Groff kuleje nie tylko na poziomie językowym, lecz i fabularnym (wydumane rozwiązanie zagadki „skrywającej mroczną tajemnicę z przeszłości" Mathilde) oraz – to bodaj najważniejsze – na poziomie konstrukcji postaci. Jakim cudem człowiek tak banalny jak Lotto – jego największym bodaj atutem jest to, że przespał się ze wszystkimi koleżankami na roku – został wybitnym dramaturgiem? I to nie drogą prób i błędów czy literackich poszukiwań. Nic takiego tu nie znajdziemy.

Lotto, nieudany aktor, którego życie nieuchronnie zmierza ku katastrofie, w chwili olśnienia siada do komputera po jednej z imprez, z których Satterwhite'owie słyną wśród znajomych. Rano jego tekst czyta żona i nagle okazuje się, że przegrany aktor jest nieomal geniuszem. Tym pociesznym trickiem, który doskonale tu zresztą pasuje, Groff wydobywa się z mielizny narracyjnej i może zacząć snuć opowieść o wielkim artyście.

„Małe życie" Hanyi Yanagihary w przeciwieństwie do „Fatum i furii" zaczyna się świetnie. Może nie jak arcydzieło, bo Yanagihara operuje słowem po prostu sprawnie, zdarzają jej się nieliczne, za to mocne wpadki („za twoimi źrenicami embrionalnie polatywały miriady możliwości"), ale pierwsze 250–300 stron (z 800!) zapowiada wariację na temat „Grupy" Mary McCarthy ze schematem narracyjnym wzorowanym w pewnej mierze na „Korektach" Jonathana Franzena.

Poznajemy czwórkę przyjaciół, których połączył college. Każdy z nich wydaje się na tyle interesujący, że gdyby Yanagihara zdecydowała się konsekwentnie rozpisać opowieść na cztery głosy (takie zamierzenie zdawało się jej przyświecać na początku), wyszłaby z tego bardzo ciekawa opowieść o męskiej przyjaźni w początkach XXI wieku i krętych drogach współczesnych artystów. Ciekawa tym bardziej, że każdy z bohaterów ma za sobą inne doświadczenia – JB o haitańskich korzeniach otoczony jest kochającymi kobietami (matką, babcią i ciotkami), „postczarny" Malcolm pochodzi z bogatej rodziny i ma kompleks ojca, Willem, którego z rodziną wiąże tylko zmarły brat, ostatecznie zostaje światowej sławy aktorem, Jude zaś to chłopak z sierocińca z umysłem geniusza.

Amerykańska pisarka koreańskiego pochodzenia około trzechsetnej strony zmienia jednak zupełnie koncepcję książki. Zamiast o przyjaźni postanawia opowiedzieć o miłości między Willemem a Judem. Ten pierwszy nagle odkrywa, że właściwie od zawsze kochał się w przyjacielu. Miewał wprawdzie kobiety, jest przecież aktorem, pragnie jednak tylko Jude'a. Ale tak naprawdę Yanagiharę interesuje już tylko ten ostatni – wybitnie utalentowany prawnik, którego życie skrywa straszne tajemnice. „Straszne" to zresztą słowo klucz.

Yanagihara bowiem zarzuca czytelnika okropnościami. Nie dość, że bohater jest ofiarą homoseksualnej pedofilii, nie dość, że jest niepełnosprawny, to jeszcze – mimo że jego życie to pasmo sukcesów – regularnie się tnie. Przestaje na chwilę, gdy odnajduje spokój w związku z Willemem. Ale Yanagihara nie daje nam odetchnąć. Opisuje nie tylko pedofilię i – nie szczędząc szczegółów – samookaleczanie Jude'a. Dorzuca do tego jeszcze śmierć małego dziecka. Przez większą część „Małego życia" pisarka stosuje szantaż emocjonalny wobec czytelnika i krytyka, zdając się mówić: „Jeśli cię to nie rusza, to jesteś bez serca. Nie można oceniać cierpienia, musisz to przeżyć!".

Otóż, niekoniecznie. Wielką literaturę można tworzyć na wiele sposobów. O ile można sobie wyobrazić coś takiego jak przepis na bestseller, o tyle przepisu na arcydzieło po prostu nie ma. I być nie może, bo przecież to oryginalność warunkuje do pewnego stopnia wybitność. Zapewne jest coś oryginalnego w tym, że Hanya Yanagihara poświęca 500 stron opisowi udręk głównego bohatera „Małego życia". Czytelnik ma prawo poczuć się tak, jakby zstępował do kolejnych kręgów piekielnych. Ale niestety w równym stopniu ma prawo do znużenia.

Nużący horror

To, co w pierwszej chwili robi wrażenie, staje się z czasem zwykłym katalogiem kolejnych okropieństw, a naturalne współczucie zamienia się w równie naturalne zniechęcenie. O ileż większe wrażenie robi na czytelniku jedno zdanie z wybitnej powieści „Wyszłam za komunistę" Philipa Rotha (gdy wychodzi na jaw antysemityzm bohaterki) czy z „Roku 1984" (kiedy Winston wyrzeka się ukochanej) niż wszystkie tragedie, które wydarzają się w „Małym życiu"! I na tym właśnie polega różnica między wielką literaturą a sezonową wydmuszką.

Dla porządku dodajmy, że „Małe życie" nie jest – jak mogłoby się zdawać – opowieścią o trudnej seksualności XXI wieku ani o – co też zdaje się udawać – Nowym Jorku. Jej akcja mogłaby dziać się wszędzie i – trochę jak w przypadku „Szczygła" Donny Tartt – właściwie zawsze, a konfiguracje seksualne i płeć nie mają tu większego znaczenia. Krytycy cierpienia Jude'a wycenili wysoko. W grudniu 2015 roku właściwie nie było listy najlepszych książek anglojęzycznych, na której Yanagihara by się nie pojawiła. „Małe życie" nominowano także do dwóch ważnych nagród: amerykańskiej National Book Award i brytyjskiej Man Booker Prize.

Groff i Yanagihara ukazały się u nas przed momentem, a ledwie rok temu wyszły równie głośne powieści Donny Tartt i Anthony'ego Doerra, które tezę o triumfach przeciętności potwierdzają. W przypadku czytadła Doerra, podobnie jak w przypadku Yanagihary, nie zabrakło laurów. „Światło, którego nie widać" wyróżniono Pulitzerem, znalazło się ono także w finale National Book Award i w piątce najlepszych powieści 2014 roku „New York Timesa". Przez 82 tygodnie książka utrzymywała się w czołówce listy bestsellerów nowojorskiego dziennika.

Książka Doerra zdaje się wyrastać z dobrej sienkiewiczowsko-dumasowskiej tradycji powieści historycznej w odcinkach. Ale to złudzenie. Tak naprawdę krótkie rozdziały „Światła, którego nie widać" powinny nas kierować ku technice filmowej i 140 znakom tweeta. Ten opasły tom (przynajmniej pozornie, bo przy krótkich rozdziałach dałoby się wyciąć ze 150 stron) można pochłonąć w kilka godzin, ale też można go czytać w metrze między sprawdzeniem skrzynki mailowej a publikacją statusu na Facebooku. Amerykański pisarz zręcznie zawiesza akcję, przerzucając nas w czasie i zmieniając perspektywę z bohaterki na bohatera i z powrotem.

Główne postaci – mały geniusz techniczny z hitlerowskich Niemiec Werner Pfennig i niewidoma Francuzka Marie-Laure – mają czytelnika poruszać i przypominać największe prawdy: o złu historii, totalitarnych reżimach, które młócą wszystko na swojej drodze, pięknie ludzkiej duszy, którą nawet w najgorszych warunkach – choć nie zawsze! – można uchronić. Niewątpliwą zaletą pisania Doerra jest to, że nie sili się on na nadmierną literackość (innymi słowy: pisze prosto, przejrzyście, z użyciem minimum środków stylistycznych) i nie wmawia czytelnikowi, że daje mu coś wyjątkowego. Tym ostatnim postanowili zresztą zająć się krytycy, którym wyszło na to, że to nieomal wybitna powieść wojenna (w której naziści, jak to zwykle bywa, nie są tacy źli).

Proza Tartt nie jest aż tak bezbarwna jak dzieło Doerra, ale trudno nie dojrzeć w niej sterylności, co zdaje się cechą wspólną książek nagrodzonych w ostatnich latach Pulitzerem. Niby „Szczygieł" dzieje się tu i teraz, niby w tle jest jakiś zamach terrorystyczny, ale tak naprawdę nic z tego nie wynika. Niby to traktat filozoficzny, niby kryminał, niby obyczajówka, a tak naprawdę zbiór komunałów. Tartt postępuje podobnie jak Lauren Groff – przywołuje wiele wybitnych postaci, które mają jej powieść nobilitować, choć nie wnoszą kompletnie nic do naiwnej, naszpikowanej bon motami powieści, która liczy sobie – bagatela – 840 stron! W „Szczygle" wszystko rozgrywa się na poziomie fabuły koncentrującej się wokół słynnego obrazu Fabritiusa. Nie ma tu nic więcej, choć sama autorka zapewne uważa inaczej.

Warto przyglądać się amerykańskiemu rynkowi i nagradzanym za wielką wodą książkom, bo – jak wspomniałem – to właśnie on dyktuje tendencje na całym świecie. I u nas arcydziełem niemal powszechnie obwołano przecież przegadane, postmodernizujące „Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk (choć nie na łamach „Plusa Minusa", gdzie książce wnikliwy i krytyczny esej poświęcił Leszek Bugajski). Dlaczego „Małe życie" albo „Światło, którego nie widać" stają się bestsellerami i zdobywają laury? Odpowiedzi można podać kilka: łączą się one ze sobą w spójny obraz dzisiejszego rynku książki.

W ubożejącym świecie literatury zatriumfował kapitał. Zapewne nie mogło być inaczej, ale ma to swoje konsekwencje. Oznacza to z grubsza tyle, że w pewnym momencie książka z dobra kultury przemieniła się w towar. Przejście było płynne, więc trudno wskazać dokładną datę, ale można ten proces powiązać z globalizacją i upadkiem niezależnych księgarni w latach 90. Oczywiście książka nadal jest dobrem kultury, a towarem była niemal od wynalezienia ruchomych czcionek przez Gutenberga, tyle że teraz jest przede wszystkim tym drugim.

Widać to w funkcjonowaniu działów promocji, które zapraszają recenzentów do „współpracy w promocji produktu", widać to w gigantycznych pieniądzach przeznaczanych na reklamę. Inna rzecz, że kryzys prasy sprawił, iż prawie zniknęła z niej krytyka literacka, a to, co po krytyce zostało, przypomina kolejny filar działu promocji. Jessa Crispin, jedna z najlepszych niezależnych krytyczek amerykańskich, niezwiązana z żadnym dużym medium, zauważyła niedawno w wywiadzie dla „Vulture", że triumfy święci „bardzo profesjonalna, powabna i radosna wersja literatury". Według niej – i nie jest to dalekie od prawdy – wiąże się to z tym, że wszystko przejął Amazon, rynkowy gigant i niemalże monopolista, który jest w stanie sprzedać czytelnikowi wszystko, szczególnie jeśli będzie miał swój interes w promocji danego tytułu.

Drugi powód to bezapelacyjne zwycięstwo czytelnika semantycznego, by odwołać się do terminu ukutego przez Umberto Eco w posłowiu do „Imienia róży". Choć rynek słabuje, wcale nie oznacza to, że literatura staje się snobizmem. Literatura stara się raczej – czego przykładem choćby wspomniane powieści Doerra i Tartt – iść z duchem czasu, dostosowując się do czytelnika krótkimi rozdziałami, filmową narracją, zdecydowanym przedkładaniem fabuły nad formę.

Czytelnik semantyczny to wedle Eco ten, który w odróżnieniu od czytelnika semiotycznego odbiera literaturę na najprostszym poziomie, nie szuka odniesień ani kontekstów, nie zastanawia się nad celem czy wymową książki, lecz pożąda wartkiej akcji i emocji. Dlatego właśnie przemawiają do niego książki, w których drugiego dna po prostu nie ma (Doerr), te, które udają, że drugie dno jest (Groff, Tartt), a wreszcie te, które grają na emocjach i niewiele ponadto (Yanagihara). W większości z nich – z tej puli wyjątkiem Yanagihara – znajdziemy komunały podane w formie prawd objawionych.

Kapitał i kapituła

Po trzecie, przyznawane przez szacowne gremia nagrody literackie sankcjonują banał, nadając mu rangę wydarzenia. W przypadku krytyków działa nie tyle sam konformizm, ile próba podtrzymania iluzji, że wciąż mają oni wpływ na gusta i rynek. Dzięki temu wydaje się, że nadal jest miejsce dla krytyki w głównym obiegu, podczas gdy tak naprawdę ważniejsze są portale społecznościowe i agregujące w rodzaju Goodreads i Lubimy Czytać. To one decydują nierzadko o sukcesie komercyjnym, to one w przyszłości mogą decydować o uznaniu krytyków. To właśnie dlatego coraz mniej jest takich autorów, jak wspomniana Crispin (zrezygnowała niedawno z prowadzenia krytycznoliterackiej strony internetowej) czy Daniel Mendelsohn z wciąż prestiżowego „New York Review of Books", do którego wydawca „Małego życia" wystosował nawet list w obronie powieści.

Poprzez współdziałanie kapitału i kapituł powstaje więc mechanizm naczyń połączonych. Wielkie domy wydawnicze wraz z gigantami dystrybucyjnymi lansują lekkostrawną papkę, z której krytycy wybierają – by uniknąć ostatecznej kompromitacji – co bardziej zjadliwe kąski, a efekt jest taki, że czytelnicy Donny Tartt myślą, że obcują co najmniej z Tartuffe'em. Zamiast wnikliwej krytyki i oficyn dbających o literaturę mamy więc prześciganie się w superlatywach i triumfy przeciętności. Oczywiście to dobrze, że czytelnicy sięgają po długie i mające ambicje powieści, ale nie wolno im wmawiać, że obcują z arcydziełami. Demokratyzacja po prostu literaturze nie służy. Szczęśliwie nawet w takich realiach – przynajmniej na razie – udaje się wypłynąć pisarzom tej miary co Richard Flanagan, Elena Ferrante czy Javier Marias.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA