fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Dejan Sudjic: Język miast czyli w poszukiwaniu miejskiej tożsamości

Mumbaj – z wioski rybackiej urosło 18-milionowe miasto
shutterstock
Miasta o niejednoznacznych tożsamościach miewają więcej niż jedną nazwę. Poprzez użycie jednej, a nie drugiej manifestujemy określoną interpretację historii.

Nowemu miastu najpierw potrzebna jest nazwa. Może być dowolna, ale niektóre wróżą lepszą przyszłość niż inne. Stolica Czeczenii nazywa się Grozny, co tłumaczy się z rosyjskiego jako „groźny". Sięga czasów przyczółka kolonialnego, założonego przez cara na początku XIX wieku, wokół którego wyrosło miasto liczące obecnie 271 tysięcy mieszkańców. Jest to nazwa, która poniekąd odzwierciedla jego historię, poczynając od ludobójczych masowych deportacji Stalina i toczonej przez Putina morderczej wojny mającej wciągnąć je z powrotem w orbitę Rosji, aż po osunięcie się w bandytyzm wojenny. Nie jest to jednak tożsamość, która przyciągałaby nowych obywateli czy pełnych entuzjazmu inwestorów.

Ramzan Kadyrow, obecny przywódca Czeczenii, doszedł do władzy po tym, jak jego ojciec zginął w zamachu bombowym zorganizowanym przez separatystów w 2004 roku. To człowiek lubujący się w dresach, złotych łańcuchach, sztukach walki oraz budowaniu sponsorowanych przez Moskwę wieżowców. Chodzi z oswojonym tygrysiątkiem na smyczy i przyjmuje z honorami Gérarda Depardieu i Mike'a Tysona.

Miejsce nazwane

Obóz dla uchodźców wykwitający beznadziejnie w wirze wojny albo z powodu kataklizmu nie ma nazwy. Determinacja, która może ostatecznie zmienić osadę powstałą nawet w najtrudniejszych warunkach w miasto, rodzi się wówczas, gdy miejsce zostaje nazwane. W 1630 roku grupa angielskich purytanów uciekających przed prześladowaniami religijnymi znalazła się w Ameryce Północnej i nazwała miasto, którego populacja w przyszłości sięgnie trzech milionów, Bostonem – na cześć miasta w Anglii, które opuścili. Tel Awiw został założony w 1909 roku przez garstkę wysiedleńców uciekających przed pogromami w Europie. Ludzie ci zgromadzili się na plaży pod Jaffą, rozrysowali działki, pobudowali domy i nadali ziemi hebrajską nazwę.

Inaczej slumsy: te najczęściej mają nazwy, niekiedy nadane przypadkowo i na wyrost, co w ich przypadku nie zachęca jednak do inwestycji ani nie daje poczucia stabilności. Przeszkodą jest brak infrastruktury. Jedną z nazw, które przylgnęły do miasta w ten sposób, jest Complexo do Alemao. To pełna przemocy fawela Rio de Janeiro, której coraz szybszy rozwój rozpoczął się na początku lat 50. XX wieku. Na każdym metrze ziemi należącej niegdyś do imigranta nazywanego przez pierwszych squaterów Alemao, z portugalskiego: „Niemiec", powyrastały, w zasadzie nielegalnie, domostwa z pustaków, kryte eternitem. Alemao to w Brazylii także nieco pogardliwe określenie każdego obcokrajowca o jasnej karnacji, a imigrancki właściciel Complexo do Alemao był z pochodzenia nie Niemcem, ale Polakiem.

Inna przykładowa nazwa, Soweto – ponurego miasta na obrzeżach Johannesburga – zaczęła swój żywot równie ponuro, jako angielski skrótowiec od nazwy South Western Townships. Soweto powstało w zupełnie odmiennym procesie osadniczym niż ten, który zrodził slumsy Brazylii. Jest wynikiem prób wypchnięcia czarnych z części miasta przydzielonych przez miniony reżim apartheidu białym. W Complexo do Alemao, podobnie jak w Soweto, życie również jest niechronione prawem, krótkie i brutalne, ale miejsce to zostało zapoczątkowane przez ludzi, którzy w nim żyją, a nie przez narzucone im osadnictwo. Tamtejsze zabudowania mają formę narośli bezładnie uczepionych skały niczym kolonie małżów, a nie równych szeregów jednopiętrowych domów z pustaków z dwuspadowymi dachami, w Soweto odgórnie narzuconych przepisami ogólnego planu zabudowy, od którego odstępstwo grozi karą. Gdyby użyć rozróżnienia Christophera Alexandra, jedno z tych miejsc można by opisać jako naturalne, a drugie jako sztuczne. Tak czy inaczej, zbrojne jednostki pacyfikacyjne, które najechały fawele w przededniu igrzysk olimpijskich w Rio, sprawiły, że Complexo do Alemao wyglądało jak okupowane przez wojsko. Jednostki specjalne wykazywały pewną dyscyplinę, w przeciwieństwie do policyjnych szwadronów śmierci, działających w niektórych częściach Brazylii.

Miasto odzwierciedla niekiedy akt woli jednostki, która powołała je do życia. Aleksander Wielki nadał Aleksandrii swoje imię. Niewiele mniej skromny Piotr Wielki dał Petersburgowi nazwę swojego świętego patrona. George Washington wybrał miejsce pod nową stolicę Stanów Zjednoczonych, ale nie jej nazwę. Zrobili to w hołdzie członkowie komisji wyznaczeni przez Kongres do budowy miasta.

Kiedy Juscelino Kubitschek zaskoczył swój elektorat, i chyba samego siebie, wykonując zalecenia brazylijskiej konstytucji i budując nową stolicę w ciągu swojej pięcioletniej kadencji, nazwał ją tak samo jak swój kraj.

W roku 1967 brytyjski rząd postanowił nazwać nowe 250-tysięczne miasto, które planował wybudować wzdłuż autostrady M1, w połowie drogi między Londynem a Birmingham, Milton Keynes. Nie była to próba pożenienia Johna Miltona, autora „Raju utraconego", z XX-wiecznym ekonomistą, Johnem Maynardem Keynesem, w szczerej nadziei na zatarcie granicy między kulturą i nauką. Nie była to też odpowiedź kapitalizmu na Karl-Marx-Stadt, jak w latach 1953–1990 nazywano wschodnioniemieckie Chemnitz. Milton Keynes było po prostu nazwą wsi w Buckinghamshire, którą wkrótce miało wchłonąć nowe miasto. Wieś zniknęła, ale jej nazwa żyje dalej w bycie, który ją połknął. Dawne zaułki i georgiańskie ceglane domy istnieją w Milton Keynes do dziś, uwięzione między szeregowcami z prefabrykowanych betonowych płyt, biznesparkami i tunelami z segregacją ruchu.

300 tysięcy ulicznych sprzedawców

Miasta o niejednoznacznych tożsamościach miewają więcej niż jedną nazwę. Poprzez użycie jednej, a nie drugiej – na przykład Derry zamiast Londonderry – manifestujemy określoną interpretację historii miasta. Gdy nazwy zmienia się z powodów politycznych, rezultaty są trudne do przewidzenia. Anglojęzyczni obywatele Mumbaju – w większości należący do intelektualnej elity tego miasta – używają starej nazwy Bombaj chętniej niż ich brytyjscy odpowiednicy, którzy nieużywaniem jej mogą próbować kompensować swoje dawne przewinienia.

Korzenie Mumbaju sięgają kolejnych fal europejskiej kolonizacji Indii. W XVII wieku, kiedy Portugalczycy przekazali go Brytyjczykom, był zaledwie skupiskiem wysp i wiosek rybackich. Od tamtej pory z 20 tysięcy mieszkańców miasto urosło do 18 milionów, w miarę jak z portowego miasteczka stawało się kompleksem fabryk, węzłem kolejowym, ośrodkiem finansjery oraz centrum indyjskiego przemysłu filmowego. Jego architektoniczna ekspresja oscyluje między halucynacyjną próbą przeszczepienia angielskiego neogotyku na subkontynent, w postaci dworca kolejowego Chhatrapati Shivaji, zaprojektowanego przez Fredericka Williama Stevensa z rozmachem godnym londyńskiego St Pancras, aż po apartamentowce Charlesa Correi łączące modernizm z klimatem Indii. Zbudowany nieco później przez amerykańską pracownię Perkins + Will pałacowy drapacz chmur wzniesiony dla Mukesha Ambaniego, syna niewiarygodnie bogatego przedsiębiorcy, i jego rodziny bezwstydnie zakreśla ogrom jego majątku na horyzoncie miasta. Dostawy wody i prądu są nieregularne, a podmiejska sieć kolejowa tak zatłoczona, że codziennie w drodze do pracy giną ludzie uczepieni otwartych drzwi pociągu. W Mumbaju jest 300 tysięcy ulicznych sprzedawców i tylko kilka tysięcy z nich posiada pozwolenie na pracę. Reszta jest skazana na ciągłą niepewność, zresztą nawet ci, którzy pozwolenie mają, mogą w każdej chwili zostać zatrzymani przez policję.

Taka sytuacja sprzyja korupcji. W Mumbaju istnieją dwa rodzaje slumsów: legalne, którym władze miasta mają obowiązek dostarczać podstawowe usługi, i nielegalne, które się wyburza i którym miasto nie musi tych usług gwarantować. W obu zagęszczenie ludności jest niewyobrażalne. W Dharavi, największym z miejskich slumsów, na każdym kilometrze kwadratowym gnieździ się prawie 450 osób. Dla porównania, w ścisłym centrum Londynu na takiej samej powierzchni mieszka mniej niż 300 osób. Legalne slumsy, takie jak Dharavi, stanowią tylko 40 procent wszystkich, pozostałe 60 procent to te nielegalne, często bezprawnie pobierające wodę z hydrantów lub zupełnie pozbawione wody. Przed wyborami do władz miasta dochodzi do strategicznej legalizacji wybranych slumsów przez lokalnych polityków, którzy tworzą w ten sposób pule wdzięcznych wyborców, ale w oczach władz miejskich tereny te nie są jeszcze postrzegane jako wystarczająco stabilne, żeby rozwinąć się w przedmieścia lub dzielnice miasta.

Im więcej historycznych koneksji handlowych, tym więcej wariantów nazwy miasta. Im potężniejsze miasto, tym bardziej prawdopodobne, że wszyscy jego partnerzy handlowi będą używali nazwy zwyczajowej.

Fragment książki Deyana Sudjica, „Język miast", przeł. Anna Sak, która ukazała się nakładem wydawnictwa Karakter.

Śródtytuły od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA