fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Szumowiny, oprychy, jeden lord i gangsterzy

materiały prasowe
W jednej z pierwszych scen „Dżentelmenów" główny bohater wchodzi do baru i zamawia pintę piwa z marynowanym jajkiem. Kiedy zasiada przy swoim ulubionym stoliku, pada strzał i krew zalewa blat. Widz nie ma już wtedy wątpliwości, co go czeka – spotkanie ze starym, dobrym Guyem Ritchiem, twórcą „Porachunków", „Przekrętu" oraz „Revolveru".

Ritchie sporo w życiu osiągnął. Z gońca pracującego w dużym studiu filmowym przepoczwarzył się w jednego z najbardziej wyrazistych współczesnych twórców kina sensacyjnego. W aktorów zamienił nurka olimpijskiego Jasona Stathama i defensywnego pomocnika Chelsea Londyn Vinniego Jonesa. Przez osiem lat był mężem Madonny, w ramach hobby nauczył się języka hebrajskiego, kręcił nagradzane reklamówki i klipy muzyczne. W swoich pierwszych filmach wypracował też charakterystyczny styl, któremu wierny jest do dziś. Stawiał w nich na dialogi pełne czarnego humoru i brytyjskich przekleństw wypowiadanych z charakterystycznym akcentem oraz na dynamicznie zmontowane zdjęcia czy zabawę z formą. Szedł pod prąd tego, co oferowało współczesne kino, a przy tym nie próbował poddańczo naśladować Tarantino. Owszem, cytował klasykę, ale parafrazując ją, puszczał oko do widza. A właśnie takie zabawy na poziomie metafilmowym miłośnicy X muzy kochają najbardziej.




Po nakręceniu „Rock'n'Rolli" Ritchie porzucił londyński półświatek, o którym lubił opowiadać, i wyruszył na podbój Hollywood. Przez moment wydawało się, że mu się powiedzie. Dwie części „Sherlocka Holmesa" przyniosły ponad miliard dolarów kinowych wpływów i spodobały się krytykom. Potem jednak nie było już tak dobrze. Kolejne projekty – „Kryptonim U.N.C.L.E." i „Król Artur: Legenda miecza" – okazały się finansowymi klapami, zaś na potrzeby disnejowskiego „Aladyna" Ritchie zrezygnował ze swojego stylu. Potraktował tamto wyzwanie jak robotę na zlecenie.

„Dżentelmeni" to dla niego powrót do korzeni – do londyńskich gangsterów uwielbiających paplać bez końca i zaliczających jedną absurdalną wpadkę za drugą. Jeden z nich, Mickey (Matthew McConaughey), przez lata zaopatrywał miasto w dobrej jakości marihuanę. Teraz szykuje się do przejścia na emeryturę i planuje sprzedać swój biznes. Co najmniej kilku oprychów zamierza wykorzystać tę okazję i zająć jego miejsce albo przynajmniej na tym zarobić. Wśród nich wyróżnia się dziennikarz śledczy Fletcher (Hugh Grant w nietypowej dla siebie roli szumowiny), który zgromadził masę kompromitujących go materiałów i zgodzi się je zniszczyć za 20 mln dolarów.

To właśnie z ust Fletchera poznajemy całą tę historię. Mężczyzna pojawia się u prawej ręki gangstera, niejakiego Raya (Charlie Hunnam), i zaczyna opowiadać swoją wersję wydarzeń. Nie wszystko oczywiście wie, niektórych rzeczy się domyśla, inne ubarwia z myślą o przygotowywanym przez siebie scenariuszu filmowym. Pozwala to Ritchiemu zaszaleć – w kilku momentach dosłownie pójść na całość. Stąd właśnie biorą się absurdalne sceny przemocy, przestylizowane dialogi, przeskoki fabularne i zwroty akcji, które wyraźnie zaintrygowany Ray musi niekiedy odkręcać.

Mickey i Ray to jednak za mało. Reżyser komplikuje opowieść, zaludniając ekran wieloma postaciami pobocznymi o rozbudowanych historiach i motywacjach. Pojawiają się tu żydowscy i azjatyccy gangsterzy, autentyczny lord z uzależnioną od heroiny córką, trener bokserski opiekujący się bandą uliczników czy też pechowy syn rosyjskiego mafiosa. Ich losy przeplatają się wzajemnie i zgrabnie łączą w całość ku satysfakcji widza.

Cóż, są takie zespoły rockowe jak AC/DC czy ZZ Top, które przez całą swoją karierę grają tak samo. Guy Ritchie jest ich odpowiednikiem w świecie filmowym. Dlatego „Dżentelmeni" nikogo nie zaskoczą. A już na pewno nie fanów „Porachunków" czy „Przekrętu". Czy to źle? Nie. Mam wrażenie, że właśnie takiego filmu oczekiwali. 

—Michał Zacharzewski, Zdalaodpolityki.pl

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA