fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Polityczny splin Platformy Obywatelskiej

reporter
Platforma była najbardziej wiarygodna jako siła, która wie, jak zrobić antypisowski przewrót. Jeśli wyborcy ponownie oddadzą władzę Kaczyńskiemu, to partia Schetyny może stać się bytem nikomu niepotrzebnym.

Na kilka dni przed wyborami mało kto wątpi, że PiS je wygra i utrzyma władzę. Choć również mało kto dałby w ciemno głowę za zdobycie przez PiS sejmowej większości bezwzględnej, przydatnej do stabilnego rządzenia. To jednak, co w finale kampanii wyborczej uderza najbardziej, to znacząca dysproporcja witalności i politycznej krzepy pomiędzy rywalizującymi formacjami Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Schetyny. Prawdę mówiąc, obserwacja przejawów owej dysproporcji zeszła do poziomu banału; wszyscy ją widzą, mówią i piszą o niej.

Aktor Jerzy Stuhr celnie, acz ze smutkiem, używa dla obecnej kampanii metafory „starcia florecisty z miotaczem ognia”. Ostrożny zazwyczaj w słowach Piotr Zaremba pisze na łamach „Plusa Minusa na wybory” o panującym w Platformie „poczuciu nieuchronności porażki, które podsyca proces autodestrukcji”. Nawet tak sfanatyzowany przeciwnik obecnej władzy jak Tomasz Lis już tylko z rozpaczą nawołuje opozycję do nieopuszczania rąk.

Przedwyborcze realia podobnie postrzega większość wyborców. W jakościowych badaniach IBRiS (na bardzo dużej próbie) symbolicznym wyobrażeniem Platformy okazuje się „wyleniały lew”, zaś o PiS mówi się tam, iż „jak go nawet wygnać drzwiami, to i tak wepchnie się oknem”. Co ciekawe, te wyobrażenia są tylko w niewielkim stopniu zależne od partyjnych sympatii.

Autodestrukcja

Podobnego klimatu już dawno nie było w Polsce przed wyborami. W 2011 roku PiS szedł co prawda do wyborów po niemal pewną porażkę, ale był zarazem całkowicie wyzbyty owego znużenia, tak mocno charakteryzującego dzisiejszą kondycję Platformy. Przeciwnie, ze zdwojoną energią przystępował wtedy właśnie do budowy swego „alternatywnego państwa”, które miało być (i było naprawdę) sposobem na odniesienie przyszłego zwycięstwa.

Ostatni raz coś trochę podobnego miało miejsce w 2005 roku, gdy pod ciosami PO–PiS-u rozsypywała się jak domek z kart polityczna budowla SLD, a postkomunistyczni politycy prowadzili depresyjną kampanię, podszytą przeczuciem historycznego końca całej formacji. Jednak dzisiejsza pozycja Platformy w niczym przecież nie przypomina ówczesnej rozsypki SLD.

Nieudana rewolucja

Grzegorzowi Schetynie, choć wielu wcale mu tego nie wróżyło, udało się zlikwidować KOD, wchłonąć Nowoczesną, zmusić opozycyjne media i celebrytów do lojalności wobec jego przywództwa, odsunąć od partii Donalda Tuska oraz – last but not least – zrobić jaki taki porządek w partii i na listach wyborczych. Warto pamiętać, że jeszcze jakiś rok temu prawie żadna z tych rzeczy nie wydawała się realna. Co więcej, po tych wyborach Platforma ma gwarantowaną rolę pierwszej siły opozycyjnej, co w stabilnej partyjnej demokracji oznaczać winno „skazanie” na zdobycie władzy po wypaleniu się PiS. Dlaczego zatem już na pierwszy rzut oka widać, że Platforma nie tylko przegrywa te wybory, ale że przegrywa je podwójnie, gdyż dręczy ją polityczny splin? Czyli taka zbiorowa kondycja, która wraz z wyborczą porażką niesie (by raz jeszcze przywołać Zarembę) „proces autodestrukcji”.

Wiele lat temu Donald Tusk zdefiniował misję partii jako niedopuszczenie PiS do władzy, ze względu na śmiertelną groźbę dla kraju. Kiedy mimo wszystko ta groźba się spełniła, Platforma uznała to za krótkotrwały wybryk historii, którą wszelkimi siłami trzeba przywrócić do normalności. Pod hasłem walki z dyktaturą o demokrację wyprowadziła dziesiątki tysięcy ludzi na ulice, podsycała strajki, bojkotowała parlament, głosiła „obywatelskie nieposłuszeństwo”, wzywała do sabotowania ustaw, apelowała o ratunek dla kraju za granicą i ogłaszała plany aresztowania całego kierownictwa państwa. Tak było przez prawie cztery lata.

Co bardziej roztropni przestrzegali, że ta quasi-rewolucyjna taktyka nie tylko nie wywoła rewolucji, ale także pozbawi Platformę szans na zwykłą wygraną w wyborach. Najwyraźniej Schetyna zbyt późno zorientował się, że „roztropni” jednak mają rację. W kampanii spróbowano dokonać swoistego „tożsamościowego przewrotu”, odkładając na bok „walkę z dyktaturą”, a zarazem przekonując wyborców, że partia (jak mówi Sławomir Nitras) ma tak naprawdę trzy, nierewolucyjne, ba... wyborczo oklepane cele: likwidację kolejek do lekarzy, podwyżki płac oraz budowę dróg. Nikt już nawet nie pyta o patetycznie nazwany „akt odnowy demokracji”, który miałby zostać uchwalony po zmianie władzy; i nikt też nie wie, co miałoby się w nim znajdować. Szczery (bardziej od innych polityków) Nitras mówi: „Tym się wyborów nie wygra”.

To mało. Schetyna bowiem doszedł także do wniosku, iż aby nie stracić szans, trzeba się ścigać z PiS na socjal i redystrybucję. I tak hasłem partii, która konsekwentnie przestrzegała przed kryzysem finansowym, jaki wywoła polityka PiS, stało się wypisywane na plakatach zobowiązanie: „niczego nie zabierzemy”. Najwyraźniej zaprzyjaźnieni ekonomiści (niektórzy włączeni nawet do kierownictwa partii) wyprowadzali przez długi czas Schetynę na manowce, obiecując mu rychły kryzys, jako nieuchronność pisowskiego etatyzmu i rozdawnictwa. I znów Schetyna późno zorientował się, że nie mają racji. Nastąpił więc kolejny „tożsamościowy przewrót”. Partii, która szczyciła się ze swej „finansowej odpowiedzialności”, nakazano obiecywać wszystko to, co daje PiS i jeszcze trochę więcej.

I jakby tego nie było dosyć, tożsamością partii wstrząsnął jeszcze jeden niebłahy kryzys. Oto w maju okazało się, że przeforsowana w wyborach europejskich idea „jednolitego frontu” przeciw PiS-owi sprawiła, iż trzej byli lewicowi premierzy, a przy tym jeszcze dawni aktywiści PZPR, głosami wyborców Platformy stali się europosłami (czwarty eseldowski premier Józef Oleksy nie został europosłem z listy Platformy zapewne tylko dlatego, że już nie żyje). Wobec zrozumiałej frustracji pośród działaczy z takiej wersji „jednolitego frontu” Schetyna zerwał układy i spławił proszącego się o kolejną wspólną listę Włodzimierza Czarzastego. I tu właśnie zdarzyło się coś, co ze Schetyny może uczynić „ucznia czarnoksiężnika”, który nieświadom tego, co czyni, rozpętuje złe moce, także na własną zgubę.

Oddech lewicy na plecach

Tym drobnym z pozoru ruchem Schetyna stał się sprawcą i architektem nowej lewicy, która natychmiast wyrosła na trzecią siłę polityczną kraju.

I choć pojawiła się ona nagle i niemal przypadkiem, to z historii wiadomo, że takie niespodziane akcje lubią miewać długi ciąg dalszy. Odtąd dwie rzeczy są naprawdę ciekawe, gdy idzie o rezultaty 13 października: pierwsza – czy PiS zyska większość bezwzględną; i druga – na ile daleko za Platformą uplasuje się nowa lewica. Jeśli uzyska dobry wynik, to między trzema liderami, którzy za sprawą Schetyny nagle złączyli swe polityczne losy, powstanie silna wspólnota interesów, biorąca się m.in. z parunastu milionów państwowej dotacji. A między ich środowiskami nie ma przy tym żadnych sporów ideowych. To wszystko odmieni panoramę polskiej polityki. Nie dlatego, iżby pojawienie się „trzeciej siły” miało samo w sobie aż tak duże znaczenie (bywały w końcu już takie efemerydy w poprzednich latach). Ale z tej racji, że nowa lewica potencjalnie lepiej wpisuje się od Platformy zarówno w ideologiczny spór PiS-em, jak i przede wszystkim w dominujące trendy współczesnej kultury i polityki, poruszające namiętności mediów, a za nimi milionów ludzi.

Jeśli trzeba się ścigać z PiS-em na socjal i redystrybucję, to Adrian Zandberg jest tu pod każdym względem wiarygodniejszy od Schetyny, gdyż „oburzenie na kapitalizm” jest prawdziwym życiowym wyznaniem wiary Zandberga. Jeśli trzeba zwalczać religię i robić rewolucję obyczajową – to niezdecydowana Platforma ma tu minimalny kredyt zaufania, a Biedroń robił to i robi przez całe życie. A jeśli trzeba wieść spór z antykomunistyczną i romantyczną pisowską wizją historii, to na pewno prawdziwy działacz PZPR Czarzasty bardziej się do tego nadaje niźli „solidaruch” Schetyna. Platforma była najbardziej wiarygodna jako siła, która wie, jak zrobić antypisowski przewrót i odebrać władzę Kaczyńskiemu. Ale jeśli polski lud ponownie 13 października odda Kaczyńskiemu pełnię władzy, to ta wiarygodność na nic nikomu się już nie przyda. Bo antypisowskiego przewrotu po prostu nie będzie.

Chcę postawić hipotezę, że źródłem splinu w partii Schetyny jest narastające przeczucie takiej zmiany modelu polskiej polityki, skutkiem której Platforma może stać się bytem nikomu niepotrzebnym. I że jest to przeczucie znajdujące dość solidne oparcie w politycznych realiach.

Rozogniony po 2005 roku spór o władzę pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim powoli dogasa i druga wyraźna wygrana wyborcza PiS (jeśli za parę dni nastąpi) całkowicie unieważni quasi-rewolucyjną strategię Platformy z ostatnich czterech lat, oddając końcowe zwycięstwo w tym sporze Kaczyńskiemu. To będzie trochę tak, jak niegdyś w świecie był koniec zimnej wojny, skutkujący na jakiś czas, zapewne niezbyt długi, dominacją zwycięskiej strony. Mam nieprzeparte wrażenie, że w takich właśnie kategoriach widzi rzeczywistość Donald Tusk, który odsunął się (został odsunięty?) od Platformy, po swoich niefortunnych próbach udziału w kampanii europejskiej. I mało prawdopodobne, aby z tą partią wiązał jeszcze poważniejsze nadzieje.

Znów zresztą o tym mówi nadmiernie szczerze Nitras: „Jeżeli Tusk chciałby nas mocniej wesprzeć, to by to zapewne zrobił; nie miałem okazji zapytać, jakie są powody, dla których tego nie robi”. Na razie na korzyść Schetyny ciągle działa inercyjna siła społecznego konserwatyzmu, który Platformie jeszcze tym razem gwarantuje w wyborach drugie miejsce. Ale bardzo wiele przesłanek wskazuje na to, że może to być już raz ostatni.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA