fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Rynek pracownika? Nie, rynek robotnika - przegląd prasy Ewy Usowicz

Ewa Usowicz
rp.pl
Dziś w „Rzeczpospolitej” piszemy o tym, że coraz ciężej pracodawcom znaleźć pracownika – do urzędów pracy zgłoszono o ponad jedną piątą ofert zatrudnienia. To ponoć firmy zabiegają o pracowników, a nie odwrotnie.

Agencje pracy tymczasowej dwoją się i troją by znaleźć ludzi do pracy. Do tego niezła sytuacja na rynku pracy powoduje coraz większe wpływy do ZUS ze składek na ubezpieczenia społeczne – w I kwartale tego roku o 7,5 mld zł więcej niż rok wcześniej.

Czytam sobie ostatnio takie dane, nie tylko w „Rz” i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nijak nie przystają do rzeczywistości. Nie żeby nie były prawdziwe, ale dotyczą, niestety, głównie pracowników nisko wykwalifikowanych, często zatrudnianych do prostych prac fizycznych. Bo właśnie takich ludzi szukają najczęściej agencje pracy tymczasowej. Ci lepiej wyspecjalizowani rzadko mogą liczyć na jakieś fory u pracodawców.

Całkiem niedawno spotkałam się ze sporym gronem znajomych – ludzi, co istotne, pracujących w bardzo różnych branżach. Miejsca, w których pracują to znane na rynku firmy, o których można by pewnie powiedzieć „dobre”. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przez chwilę zeszło więc i na pracę.

Widział kto u siebie jakieś podwyżki w firmach? – zapytał jeden z kolegów. Ktoś mu odpowiedział, że podwyżka jest jak yeti, wszyscy o niej kiedyś słyszeli, ale nikt nie widział. Większość towarzystwa od razu przypomniała sobie, że jednak – kiedyś widzieli. I to nie raz. Bo gdy zaczynali pracować w „zamierzchłych” latach 90-tych, to jednak pracodawcy starali się ich doceniać, mimo, że byli wtedy młodymi i jeszcze mało doświadczonymi ludźmi. Teraz na specjalną dbałość o nich nikt się nie napina.

Pomyślałam, że obraz rynku pracy jaki wyłania się z opowieści tych przecież dobrze wykwalifikowanych ludzi, znających się na swojej pracy i – co istotne – przez lata oddanych jej w tych  samych firmach - jest dość smutny.

Pracodawcy dokręcają śrubę - pracy jest więcej, ludzi mniej. Ci którzy pracują z zespołami mówią, że coraz ciężej zarządzać pracownikami, którzy są przeciążeni i niezadowoleni, bo wyciska się ich jak cytrynę. Zresztą tacy, którzy za głośno wyrażają swoje niezadowolenie słyszą, bez owijania w bawełnę, że mogą zmienić pracę – chętni na ich miejsce już czekają. Co gorsza, ciężko o narzędzia do zmotywowania ludzi, bo na wspomniane już podwyżki zwykle nie ma szans, a pracodawcy chętniej też tną inne bonusy. Lepiej zarabiający coraz częściej pracują jako jednoosobowe firmy – albo zaczynają tak od początku, ale pracodawca, w którymś momencie pracy na etacie , „motywuje” ich do samozatrudnienia. Po co pracodawca ma za nich płacić składki ZUS, skoro mogą sobie zapłacić sami… najniższe?

Dzieje się tak nie tylko w firmach, w których oszczędności są rzeczywiście potrzebne. Bo i w tych, które radzą sobie świetnie, bywa, że pracodawcy dość cynicznie wykorzystują sytuację na rynku.

I wyśrubowują wyniki, kosztem pracowników właśnie.

Efekty? Coraz mniejsze przywiązanie ludzi do firm, w których pracują. Bo na jaką lojalność pracownika można liczyć w sytuacji, gdy szef oczekuje by dawał z siebie coraz więcej, podczas gdy on da mu… mniej?

Nie przesadzajmy więc z tym hurraoptymizmem, że oto wreszcie mamy „rynek pracownika”. Bo to raczej rynek robotnika. Z całym szacunkiem dla tych ostatnich.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA