fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Płużański: Czas na system, który zwiększy bezpieczeństwo pacjenta

Adobe Stock
Od piłkarzy nikt nie oczekuje, że na 10 bramek strzelą 10 goli, a od personelu medycznego już tak. A przecież nie jest nieomylny. Dziś, zwłaszcza po zaostrzeniu kodeksu karnego, medycy będą bali się zgłaszać błędów, a tylko ich analiza pozwala zwiększyć bezpieczeństwo pacjenta – mówi Filip Płużański, przewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rezydent ortopedii.

8 sierpnia medycy zaprotestują pod gmachem Ministerstwa Zdrowia m.in. przeciwko zaostrzeniu kodeksu karnego.

Filip Płużański, przewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy: Manifestacja jest wyrazem naszej niezgody na obecny system kar i zwiększenie odpowiedzialności medyka za pacjenta i zrównywaniu nas z pospolitymi przestępcami. Oczywiście nowelizacja art. 37a kodeksu karnego, która wprowadza priorytet kary pozbawienia wolności, dotyczy wszystkich przestępstw, nie tylko nieumyślnego spowodowania śmierci czy nieumyślnego spowodowania uszczerbku na zdrowiu, ale przedstawiciele zawodów medycznych obrywają rykoszetem. A przecież to nie my robimy pacjentom krzywdę, staramy się za wszelką cenę ją odwrócić, a niekiedy wyrywamy chorego śmierci. Gdy to się nie udaje, staje się dramatem nie tylko rodzin, ale także naszym własnym. A teraz mamy za niezawiniony błąd być pociągani do odpowiedzialności.

Związki zawodowe i samorządy medyków protestowali przeciwko tym zmianom już na etapie prac parlamentarnych. Mimo to nie zmieniono zapisów.

Wierzę Ministerstwu Zdrowia, że zmiana w kodeksie karnym, którą uchwalono przy okazji tej „tarczy 4.0" miała ułatwić orzekanie surowszych w przypadku pospolitych przestępstw, że nie chodziło o przykręcanie śruby medykom. Ta nowelizacja miała dotyczyć kwestii proceduralnych, coś upraszczać, ale pogorszyła sytuację medyków i spowodowała, że mogą oni zacząć się bać leczyć, gdy ich interwencja jest obarczona ryzykiem. Ale z drugiej może dzięki temu możemy rozmawiać, jaka ta odpowiedzialność powinna być, nie tylko karna, ale cywilna. Dlatego 71 towarzystw naukowych opowiedziało się przeciwko zaostrzaniu kar.

Projekty nowelizacji przedstawione nie tylko przez samorząd lekarski i związki zawodowe, ale też ten zaproponowany przez Ministerstwo Zdrowia, zakładają wyłączenie medyków z art. 37a.

Nie wiem, czy powinniśmy iść tak daleko. Raczej zastanowić się, stworzyć system, by pacjent zyskiwał najbardziej. Na tym etapie rozwoju społecznego rozumiemy, że nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Od piłkarzy nikt nie oczekuje, że na 10 bramek strzelą 10 goli, a od personelu medycznego już tak. Być może to wina samych lekarzy albo medycyny internetowej, dającej przekonanie, że życie i zdrowie zależy tylko od ilości pieniędzy, jakie zapłaci się za leczenie. Lekarze czasem popełniają błędy, a czasami po prostu brakuje im siły. Moim zdaniem powinniśmy iść w kierunku systemu, w którym w razie wątpliwości, że doszło do błędu, pacjent jak najszybciej dostanie odszkodowanie, a my będziemy mogli starać się go odwrócić, a potem uczyć się, jak nie dopuścić do niego w przyszłości. Zmiany powinny zostać wprowadzone tak sprawnie i szybko jak te związane z telemedycyną. Po środowej rozmowie z ministrem Cieszyńskim po raz kolejny odniosłem wrażenie, że Ministerstwo Zdrowia rozumie nasz niepokój i popiera nasze postulaty.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski na początku swojej kadencji sam mówił o konieczności wprowadzenia systemu no fault.

Nie lubię tego określenia. „No fault" czy „no blame' („brak winy") kojarzy się z wyłączeniem odpowiedzialności medyków. A to tylko środek do celu, którym jest poprawa bezpieczeństwa pacjenta. Wolę mówić o systemie „patient safety", czyli „bezpieczeństwo pacjenta", w którym chodzi o kontrolę jakości. W każdej większej firmie, która produkuje sprzęt elektroniczny czy ma produkcję taśmową, kontrola jakości odbywa się na każdy etapie produkcji, bo nawet maszyny się mylą i mogą wyprodukować buble. Skoro zakładamy, że coś, co w założeniu powinno być doskonałe, takie nie jest, to dlaczego przyjmujemy, że szpitale lub inne formy organizacji pracy personelu medycznego, będą nieomylne? U nas nie ma miejsca na błąd nawet na etapie rejestrowania pacjenta.

W amerykańskich serialach personel przed operacją upewnia się, którą nogę ma operować. Czy w Polsce jest podobnie?

Teoretycznie przed zabiegiem musimy wypełnić okołooperacyjną kartę kontroli (OKK), w której określa się szereg procedur bezpieczeństwa, m.in. zaznaczenie operowanego miejsca i zabezpieczenie leków, ale w praktyce to kolejny kwit do wypełnienia. Ja uważam, że procedury, które każą nie tylko upewnić się co do tego, czy na pewno chodzi o prawą rękę, ale wymaga od personelu przedstawienia się, są niezwykle potrzebne. Ktoś by się zastanawiał – po co członkowie zespołu mają się sobie przedstawiać. Zrozumiałem to po lekturze książki o błędach w lotnictwie. Podczas analizy wypadków lotniczych okazało się, że gdy załoga nie może się dogadać – bo mówią w różnych językach albo boją się hierarchii – częściej dochodzi do błędów. A w tak zhierarchizowanym środowisku jak medycyna ta komunikacja jest jeszcze bardziej zakłócona. Bo gdy profesor popełni błąd, trudno zwrócić mu uwagę lekarzowi, a co dopiero instrumentariuszce czy sanitariuszowi. A jego błąd może zauważyć pielęgniarka, sanitariusz, a nawet salowa, która przyjdzie i zobaczy, ze wtyczka wetknięta jest nie tam, gdzie trzeba. I powinna nie bać się zwrócić mu na to uwagę.

Jak taki system wprowadzić w Polsce?

Świetny pomysł ma Rzecznik Praw Pacjenta. To odpowiednia instytucja, która mogłaby się zajmować błędami medycznymi, dlatego że skupia się na pacjencie. Mogłaby rejestrować i analizować błędy medyczne, a przede wszystkim tworzyć system, który będzie je szybko rozpoznawał i umożliwiał ich nam naprawę. Musimy stworzyć warunki, które sprawią, że jeśli popełniłem błąd, to będę chciał posypać głowę popiołem i powiedzieć: „Zobaczcie, popełniłem błąd, zastanówmy się, dlaczego i rozpoznajmy jego przyczyny". Nie chodzi o szukanie kozła ofiarnego, a zastanowienie się, co w tej procedurze zawiodło – zmęczenie, niedouczenie, a może słaby podręcznik. Sprowadzenie no fault do odpowiedzialności karnej to droga na skróty, która nic nie rozwiąże.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA