fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kongres Obywatelski

Ku rozwojowi sekwencyjnemu

Rzeczpospolita/Janusz Kapusta
Dobra przyszłość polskiej gospodarki to przejście trzech faz rozwojowych.

Od poddostawców konkurujących niskimi kosztami, przez etap zwiększania produktywności, skali i siły kapitałowej przedsiębiorstw oraz rozpychania się w łańcuchu wartości, do pozycji kreatorów i integratorów, w którym będziemy posiadali własne marki, produkty i usługi, istotnie zaznaczając swą obecność na rynkach międzynarodowych. Jest to droga od rozwoju zależnego i gospodarki obsługującej wyżej rozwinięte centrum do rozwoju podmiotowego opartego na potencjale kreatywnym, talentach i sile polskich firm oraz ekosystemach naukowo-gospodarczych. Nie da się jej jednak pokonać inaczej niż stopniowo, poprzez często niedostrzegany etap pośredni – wzrostu skali i produktywności.

Wypełnianie luk rynkowych

Po zmianie ustrojowej w 1989 r. nasz nowo powstały sektor przedsiębiorstw prywatnych koncentrował się głównie na wypełnianiu wewnętrznych luk rynkowych, jakie zostawiła po sobie gospodarka socjalistyczna. Duży polski rynek dawał komfort łatwego rozwoju, ale jednocześnie oddalał konfrontację ze światem i jego trudniejszymi wymaganiami. W tym czasie firmy zachodnie intensywnie wpisywały się w globalizację i zakorzeniały na rynkach „wschodzących". Nam pociąg z napisem „globalizacja" odjechał. Gdy krajowe zapotrzebowanie zostało już zasadniczo zaspokojone, ekspansja międzynarodowa polskich przedsiębiorstw stała się koniecznością, a jednocześnie dużym wyzwaniem. Również z tego względu, że za sprawą relatywnie niskich kosztów pracy i inwestycji zagranicznych nasza gospodarka wyspecjalizowała się w eksporcie prostych, niskomarżowych produktów i usług, głównie na rynek Unii Europejskiej. Cechą charakterystyczną tego etapu rozwoju była gloryfikacja maszyn i urządzeń, a niedocenianie pracowników, sposobu zarządzania i przede wszystkim rynku. Na park maszynowy pieniądze się zwykle znajdowały, lecz na kompetencje ludzi, analizy, marketing, budowanie relacji – już nie. Był to etap „Zoś Samoś" nieumiejących współpracować z otoczeniem i gromadzących potencjał produkcyjny, którego nie były w stanie wykorzystać.

Nabieranie masy

Dziś wkraczamy w drugi etap rozwoju, którego hasłami przewodnimi są: produktywność, większe marże, większe płace. Jak to osiągnąć?

Po pierwsze, poprzez procesy konsolidacyjne i zwiększanie skali działania i produkcji przedsiębiorstw. Po drugie, w drodze zmian w sferze organizacji i zarządzania. Odejścia od kultury folwarku. Wprowadzania bardziej demokratycznych kultur organizacyjnych i biznesowych, opanowania tzw. miękkich kompetencji, pozyskania nowych, bardziej podmiotowych współpracowników, wykształcenia się też bardziej profesjonalnej i otwartej grupy menedżerów. Po trzecie, poprzez otwarcie się na rynek i powolne zdobywanie na nim własnych przyczółków i przestrzeni. Przez budowanie własnej marki oraz kanałów dystrybucji. Ofensywa rynkowa – i w kraju, w grze z zagranicznymi sieciami, i za granicą – jest kluczowa. Z czempionów produkcji powinniśmy stać się czempionami marketingu i sprzedaży oraz gry rynkowej. Nie będzie to łatwe, bo wymusi na nas przezwyciężenie barier mentalno-kulturowych i wypełnienie luk kompetencyjnych. Pomocni mogą być tu polscy emigranci.

Wejście na tę ścieżkę rozwoju wymaga zmiany filozofii działania biznesu. Od nastawienia na maszyny i produkt do nastawienia na rynek i konsumenta. Trzeba będzie się nauczyć nowych kompetencji – np. rozumienia emocji klienta, konkurenta i pracownika. Potrzebować będziemy więcej otwartości oraz gotowości do zaufania i kolejnej współpracy. Nauczenia się logiki gry wielorazowej, w której nie chcemy kogoś jednorazowo przechytrzyć tylko razem uzyskać długofalowe korzyści. Również i przełykania goryczy wydawania pieniędzy na tak „ulotne" wartości, jak analizy rynkowe, reklamę i marketing czy pośredników rynkowych, bez których za granicą często nie sposób się poruszać. Charakterystyczną cechą tego etapu rozwoju są innowacje adaptacyjne, różne kapitałooszczędne ulepszenia tego, co wymyślili inni, wchodzenie z produktami niszowymi. Nie oznacza to jednak, że w sferze start-upów nie mogą się pojawiać przedsięwzięcia prawdziwie innowacyjne i adresowane od razu do rynku globalnego, czyli niejako przeskakujące ten etap. Nasz rozwój będzie więc w pewnym stopniu wielotorowy.

Kreowanie i integrowanie

Jako naród twórczy, wszechstronny, a jednocześnie przedsiębiorczy, elastyczny i ciągle – miejmy nadzieję – energetyczny, mamy szansę na trzecią fazę: rozwoju proinnowacyjnego i podmiotowego. Są trzy drogi zajęcia tej, jakże pożądanej, pozycji w międzynarodowym podziale pracy i ról, które musimy przejść jednocześnie.

Po pierwsze, jest to wielka zmiana kulturowo-mentalna i kompetencyjna. Nie tylko w sferze gospodarki, ale i całego społeczeństwa. Jeśli chcemy rozwoju podmiotowego, musimy sami stać się podmiotowi i uwierzyć, że centrum jest w nas. Nabrać poczucia własnej wartości i pewności, umocnić swoją tożsamość. Na tej bazie łatwiej będzie rozwinąć takie metakompetencje, jak: komunikacja, zaufanie, otwartość, szacunek, lojalność, dzielenie się, współpraca.

Po drugie, musimy z powodzeniem przejść przez drugą fazę rozwoju, umocnić się na rynkach, wzmocnić siłę kapitałową (długie kieszenie) przedsiębiorstw, stworzyć realne, organicznie działające ekosystemy gospodarki i nauki.

Po trzecie, trudno będzie zbudować innowacyjną i podmiotową gospodarkę bez prorozwojowego, empatycznego państwa, które zasługiwałoby na szacunek i samoidentyfikację swoich obywateli.

Dopiero gdy te warunki będą spełnione, powinniśmy pomyśleć o polityce B+R w większym rozmiarze i o rozwoju opartym na wiedzy i innowacjach. Kierowanie większych środków na ten obszar będzie wówczas stwarzało szanse ich dobrego wykorzystania w sensie efektów ostatecznych – podniesienia konkurencyjności i dynamiki gospodarki. Sekwencyjności rozwoju musi towarzyszyć sekwencyjność polityki publicznej.

Ryzyko pomylenia etapów

Błędem byłaby dziś próba natychmiastowego wskoczenia – np. za pomocą środków unijnych – z etapu poddostawcy do gospodarki innowacyjnej. Nie ma do tego odpowiedniego „podglebia" ani po stronie gospodarki, ani też nauki. Przykładowo, tłoczenie zbyt dużej masy pieniędzy w sektor B+R bez sprawnie funkcjonujących ekosystemów i dostatecznego dostępu do rynku nie może przynieść trwałych rezultatów.

Podobnie zresztą jak sztuczne wywoływanie innowacji za pomocą przesadnych zachęt finansowych czy presji politycznej mody. Nacisk powinien zostać położony nie tyle na selekcję projektów (bo jest ich mało) oraz ostateczne efekty komercjalizacyjne, ile na tworzenie stałych mechanizmów działań i współpracy między samymi firmami oraz między przedsiębiorstwami a sektorem nauki. Inaczej bowiem wygląda wyzwanie innowacyjności w krajach Europy Zachodniej i z perspektywy Brukseli, a inaczej u nas, gdzie główną przestrzenią rozwoju jest wzrost produktywności, wartości dodanej, marż i płac oraz stopniowa zmiana skali działania i pozycji w łańcuchu wartości. Co z tego, że nasze przedsiębiorstwa wyposażylibyśmy w najnowsze technologie, skoro nie byłyby w stanie sprzedać wytworzonych na ich bazie produktów i usług? „Wepchana" im poniekąd na siłę innowacyjność stałaby się wówczas dla nich de facto obciążeniem. W polskiej polityce publicznej pokusa proinnowacyjnej imitacyjności nie powinna wygrać ze zrozumieniem realnych potrzeb i możliwości naszej gospodarki w zakresie zmiany sposobu konkurowania. Wielki skok proinnowacyjny nie jest obecnie ani możliwy, ani potrzebny. Teraz potrzebna jest konsolidacja, profesjonalizacja, budowa „miękkiego" podglebia dla przyszłego skoku.

Autor jest prezesem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, inicjatorem Kongresów Obywatelskich

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA