fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

#RZECZoBIZNESIE: Marcin Piątkowski: Polska gospodarka jak Bayern Monachium

tv.rp.pl
Mamy mocne ekonomiczne mięśnie, superkonkurencyjną gospodarkę. Nie przypadkiem przez kolejny kryzys przechodzimy lepiej niż inni – mówi dr hab. Marcin Piątkowski, ekonomista, profesor Akademii Leona Koźmińskiego, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Koronawirus pustoszy światową gospodarkę, ale nam się dostało relatywnie mniej. Przyniesie to nam awans gospodarczy?

Polska cały czas dogania Zachód w szybkim tempie. Nie bez powodu od 30 lat jesteśmy europejskim liderem wzrostu. W tym czasie potroiliśmy nasz dochód narodowy na mieszkańca. Na szczęście, w czasie epidemii nasze PKB według prognoz skurczy się najmniej wśród wszystkich dużych gospodarek w UE. Cały czas pozostaniemy europejskim liderem wzrostu. Szkoda jednak, że będziemy nadganiać Zachód ze złych powodów. Wszystkim PKB się kurczy a nie rośnie.

Czytaj także: Głębokie załamanie konsumpcji powaliło polską gospodarkę

Trochę korzystamy z nieszczęścia innych.

W ekonomii jest trochę jak w sporcie. Bayern Monachium wygrał ostatni finał ligi mistrzów z PSG nie tylko dlatego, że był lepszą drużyną, ale też dlatego, że PSG zmarnowało wiele okazji na zdobycie gola. Podobnie jest tutaj. Nadgonimy innych, bo u nich PKB spadnie nawet o 10 proc., a może i więcej. U nas spadnie 4 proc. albo mniej. Nadganiać będziemy szczególnie kraje południa Europy, dużo szybciej niż nam się wydawało.

Kiedy wyprzedzimy Hiszpanię czy Włochy?

Trzeba wziąć pod uwagę różnicę cen. W Polsce męski fryzjer kosztuje 25 zł, a we Włoszech 25 euro. Różnica jest ogromna. Biorąc pod uwagę różnicę w kosztach życia, w Polsce nasze dochody są już tylko o 20 proc. niższe niż we Włoszech. 30 lat temu przeciętny Włoch był 3 razy bogatszy od Polaka. To fundamentalna zmiana. Przed 2030 rokiem mamy szansę dogonić Hiszpanię i Włochy jeśli chodzi o poziom dochodu liczony z uwzględnieniem niższych kosztów życia. Jestem przekonany, że 30 lat, na początku transformacji, nie było nikogo, który by to przewidział. Nominalnie dalej jednak będziemy od nich biedniejsi. Zostanie też ogromna różnica w zakumulowanym majątku.

My się upajamy wskaźnikiem uznającym parytet siły nabywczej. Który jest najbardziej wiarygodny? Ten który wybraliśmy?

Najbardziej wiarygodny jest właśnie poziom dochodu narodowego na mieszkańca z uwzględnieniem różnicy cen. Koniec końców chodzi o porównanie jakości życia, tzn. ile towarów i usług można w danym kraju za swoją pensję kupić. Oczywiście, przeliczając dochód na ilość iPhoneów, samochodów czy zagranicznych wycieczek, to Włosi są cały czas daleko przed nami. Ważny jest też majątek. Włosi przez stulecia, a nawet millenia, akumulowali wyższe dochody, z których budowali swój kraj. Polska w tym czasie zawsze była daleko za innymi i zakumulowała o wiele mniej. Większą część tego stulecia zajmie nam, żeby Włochów dogonić pod względem wielkości majątku, publicznego i prywatnego.

Ale pod względem PKB na mieszkańca jesteśmy najbliżej Zachodu w historii.

Od ponad 10 lat piszę i mówię, że Polska dopiero teraz przeżywa swój prawdziwy złoty wiek. Nie w XVI w., kiedy dotyczył on tylko 5 proc. najbogatszej części społeczeństwa, a reszta była pańszczyźnianymi niewolnikami. Złoty wiek trwa teraz. Mamy najkrótszy dystans, w jakości życia, w stosunku do Zachodu. Trzeba zrobić wszystko, żeby ten złoty wiek stał się całym wiekiem, nie tylko okresem 30 lat. Żebyśmy kiedyś przegonili nie tylko Hiszpanów i Włochów, ale też dogonili najważniejsze gospodarki, czyli Francję i Niemcy. To będzie wiele trudniejsze.

Kiedy dogonimy Francję i Niemcy?

Nie wiem czy kiedykolwiek ich dogonimy. Żeby to się udało, musielibyśmy zbudować mocne, prywatne firmy, które odnosiłyby sukcesy na globalnym rynki. Musielibyśmy inspirować świat, nie tylko symbolicznie jak obchodzona 40 letnia rocznica powstania Solidarności, ale też pomysłami, produktami i usługami. Do tego jeszcze daleko. Oprócz Wiedźmina niewiele mamy takich pomysłów. Francja i Niemcy od setek lat stoją na czele postępu cywilizacyjnego. Będziemy musieli się bardzo starać, żeby ich kiedykolwiek dogonić. Póki co jednak, jestem przekonamy, że jeszcze co najmniej przez dekadę będziemy ich szybko doganiać. Myślę, że dojdziemy do poziomu ok. 80 proc. dochodów w tamtych krajach. Potem dużo będzie zależało do tego, ile będziemy inwestować w naukę i innowacje, czy uda nam się poradzić z innymi wyzwaniami jak demografia.

Dużo się mówiło o pułapce średniego dochodu. Tutaj Czechy są stawiane za sztandarowy przykład.

Nie wierzę w pułapkę średniego dochodu. Wśród ekonomistów ten termin ma złą opinię. To jest bardziej fakt medialny niż naukowy. Ma jednak tę zaletę, że stymuluje debatę o źródłach wzrostu i o kierunkach polityki gospodarczej, która pozwoliłaby krajom takim jak Polska doganiać bogatszych. Jak patrzymy na historię gospodarczą, to przez ostatnie kilkaset lat jest tylko kilka krajów, które cały czas były na przedzie światowego rozwoju gospodarczego i technologicznego. To Niemcy, Francja, Wielka Brytania, od niedawna Stany Zjednoczone i Japonia. Praktycznie nikt inny właściwie nie może do nich doszlusować. Polska nie jest w pułapce średniego dochodu. Trudno przez 30 lat być europejskim liderem wzrostu i mówić, że jesteśmy w jakiejś pułapce. Ale cały czas nam wiele potrzeba, żeby wymienione kraje dogonić. Na razie róbmy swoje. Inwestujmy w naukę i innowacje, zwiększajmy wydatki na inwestycje publiczne oraz, aby wyeliminować rosnący deficyt demograficzny, zaprośmy na nasze uczelnie 500 tysięcy młodych, inteligentnych i pracowitych ludzi z biedniejszych od nas krajów świata i zachęćmy 100 tysięcy z nich rocznie, aby zostali z nami. Możemy też sięgnąć po prawie 20 milionów cudzoziemców polskiego pochodzenia rozsianych po całym świecie. Będziemy mieli wtedy szansę, że nasza konwergencja z Zachodem i nasz złoty wiek się nie zatrzyma.

Dlaczego udaje nam się mocno nadrabiać w trudnych czasach i przechodzić w miarę suchą stopą kryzysy światowe? W 2009 r. jako jedyni w UE nie zanotowaliśmy recesji.

Choć żadna analogia nigdy nie jest idealna, polska gospodarka jest jak Bayern Monachium. Ma mocnych i zdolnych zawodników, czyli polskich przedsiębiorców, którzy wielokrotnie udowodnili, że potrafią się dostosować do szoków. Mamy polskich konsumentów, którzy nie boją się kryzysu i cały czas wydają pieniądze. Mamy dobrą taktykę, bo wielkość tarcz antykryzysowych i stymulacji fiskalnej jest największa w naszym regionie. Rząd też nie popełnił żadnych katastrofalnych błędów w walce z kryzysem. Przeciwnie, wiele decyzji było pozytywne dla gospodarki. Od 30 lat udowadniamy, że jesteśmy super konkurencyjną gospodarką. Mamy mocne ekonomiczne mięśnie. Nie przypadkiem przez kolejny kryzys przechodzimy lepiej niż inni. Mamy bardziej zdywersyfikowaną gospodarkę, płynny kurs złotego, wysoką jakość kapitału ludzkiego, poprawiająca się infrastrukturę i dużo miejsca na podpatrywanie dobrych pomysłów i technologii u innych: poziom wydajności pracy w Polsce to niewiele ponad połowa tego, co w Niemczech. Cały czas możemy się rozwijać robiąc to samo co inni, tylko taniej.

Z drugiej strony dużo się mówi o biurokracji i przedsiębiorcach, którzy nie mają tak łatwo jak w Estonii. Jak pogodzić te sprzeczności?

Jeszcze nie poznałem przedsiębiorcy, który by nie narzekał na klimat dla biznesu, nawet, gdyby w międzyczasie został milionerem. Rolą przedsiębiorców jest narzekaniem na klimat dla biznesu i warunki do prowadzenia działalności. Rolą rządu jest odpowiadanie na to i sprawianie, żeby przedsiębiorcom żyło się lepiej. Polska przez 30 lat wiele w tej kwestii zrobiła, ale cały czas daleko nam do światowych liderów. Są jednak dobre jaskółki zmiany. Tarcza antykryzysowa PFR pokazuje, że jak trzeba to się da. Przedsiębiorcy dostawali wsparcie online w ciągu 24 godzin. Państwo może być efektywne i efektowne w tym co robi. Chodzi teraz o to, aby cała biurokracja działała tak jak program PFR-u.

Popatrzmy na Czechy, Słowację, Estonię czy Litwę. Wtedy nie wypadamy już tak super. Te kraje są przed nami, jeżeli popatrzeć na dochód na głowę mieszkańca.

Rozwój gospodarczy to maraton a nie sprint. Nie można patrzeć jak jakaś gospodarka rośnie przez dwa kwartały czy dwa lata, tylko jak się rozwija przez 30 lat. Polska pod tym względem pokonuje Estonię, Słowację i wszystkich innych w Europie, a nawet na świecie, bo w ciągu ostatniego ćwierćwiecza pokonaliśmy w tempie wzrostu gospodarczego nawet azjatyckie tygrysy (Korę Południową, Singapur, Tajwan). Trzeba patrzeć na szeroką perspektywę, a nie przejmować się tylko tym, co się dzieje z kwartału na kwartał. Dania jest dobrym przykładem kraju, który jest bogaty nie dlatego, że przez krótki okres rozwijał się w zawrotnym tempie, tylko dlatego, że rósł w żółwim tempie 2 proc. rocznie, ale przez 100 lat. Chciałbym, żeby Polska uniknęła wielkich kryzysów i żeby systematycznie budowała swój dochód. Lepiej wolniej, ale dalej. Do tej pory byliśmy na dobrej drodze.

Ochrona przed kryzysem jest bardzo kosztowna. Długi rosną w sposób przerażający.

Kryzys to nie czas na oszczędzanie. Będąc na wojnie z wirusem trzeba wykorzystać całą amunicję, fiskalną i pieniężną. Dobrze, że przyjęliśmy taką strategię u nas. Widać, że przynosi ona rezultaty, bo nasza gospodarka ma się skurczyć mniej niż inne gospodarki w Unii. Najnowsze dane wskazują na to, że prognozy może trzeba będzie nawet podwyższać. Ale pieniędzy nie można wydawać w nieskończoność. Po kryzysie przyjdzie czas, żeby konsolidować poziom długu i go stabilizować. Najlepiej zrobić to nie tnąc wydatków gdzie popadnie, szczególnie tych wspierających najbiedniejszych Polaków, i podwyższając podatki (chociaż trzeba zwiększyć progresywność systemu podatkowego), tylko stabilizować dług w stosunku do PKB. Fakt, że mamy bardzo niskie koszty finansowania długu publicznego daje szansę, żeby wyrosnąć z długu na ścieżce wzrostu gospodarczego.

Łatwy pieniądz i korzystanie z niego nie wejdzie nam w krew?

Zawsze jest takie ryzyko, ale w czasie kryzysu ważniejsze jest ratowanie firm, ochrona miejsc pracy i walka z biedą, a nie wskaźniki długu. Celem polityki gospodarczej jest bowiem wzrost gospodarczy i dobrostan społeczeństwa, a nie wskaźniki długu czy inflacji. To mylenie celów ze środkami. Wielu mówiło, że jak zwiększymy deficyt powyżej 100 mld zł, a nawet 200 mld zł (gdyby wliczyć wszystko), to skończy się to końcem świata i drugą Grecją. Okazało się to nieprawdą. Rentowności naszego długu spadły, a złoty się wzmocnił. Dokładnie odwrotnie niż niby miało się wydarzyć. Na razie dobrze wykorzystaliśmy naszą politykę fiskalną i pieniężną. Oczywiście, co za dużo, to niezdrowo. Trzeba powoli przechodzić do stabilizowania długu i stopniowego jego zmniejszania, chroniąc jednak wydatki na usługi publiczne i wsparcie dla biednych oraz robiąc miejsce na znacząco wyższe inwestycje publiczne. W przyszłym roku odbicie gospodarcze nabierze tempa, więc łatwiej będzie rozpocząć ten proces.

A jeśli odbicia nie będzie? Jeżeli druga fala pogorszy sytuację, to będziemy mieli jeszcze większe kłopoty.

Jeśli będzie druga fala, to sądzę, że będzie ona zupełnie inna niż ta pierwsza. Wcześniej byliśmy całkowicie zaskoczeni wirusem, nie mieliśmy łóżek w szpitalach, respiratorów, masek i testów. Teraz wirus już nas nie zaskoczy. W najgorszym scenariuszu, który jednak jest moim zdaniem mało prawdopodobny, dużą rolę będzie miała polityka pieniężna. NBP amunicji nigdy nie zabraknie. Ale sama polityka pieniężna nie wystarczy. Fiskalna też będziemy musiała dalej wspomagać gospodarkę. Mamy szczęście, że akurat w tym momencie wspomoże nas Unia dziesiątkami miliardów euro z nowego budżetu.

Czy inflacja jest zagrożeniem?

Tak, ale od ostatniego kryzysu coś się fundamentalnie zmieniło w światowej gospodarce. Globalne banki, FED, EBC wyemitowały wcześniej biliony dolarów i euro, a żadnej inflacji z tego nie było. Teraz wyemitowano jeszcze więcej pieniędzy. Te pieniądze grzęzną na giełdach i rezerwach banków, a nie przekształcają się w popyt. Konsumenci nie chcą więcej kupować, a przedsiębiorcy inwestować. Inflacji nie będzie, dopóki luźna polityka pieniężna nie wpłynie na realny popyt. Na razie tego nie widać.

Ale na giełdach tworzą się bańki spekulacyjne. Może tu dojdzie do eksplozji, co pogrąży gospodarkę?

Giełdy odłączyły się od realnej gospodarki. To, że amerykańskie indeksy biją rekordy, gdy gospodarka spada w otchłań jest dużym zaskoczeniem. Gdyby giełdy spadły, kryzys oczywiście by się pogłębił, bo spadki kursów wpłynęłoby na decyzje przedsiębiorców i konsumentów. Dopóki jednak będzie luźna polityka pieniężna i nie będzie lepszych miejsc na inwestowanie, to nie wiadomo, kiedy bańka pęknie. Być może banki centralne jak wcześniej będą starały się zrobić wszystko, żeby do pęknięcia nie doszło, przynajmniej do czasu, kiedy ruszy realna gospodarka. Jest szansa, żeby ona ruszyła w przyszłym roku.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA