fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Marek Belka. Słaby złoty nas rozleniwia

Marek Belka
materiały prasowe
Po ponad 20 latach polskiej transformacji problemem staje się to, że złoty jest za słaby, co hamuje modernizację - mówi były prezes NBP, Marek Belka.

Rz: Pańskie „nawrócenie na euro" zrobiło duże wrażenie. Dlaczego zmienił pan zdanie w sprawie przyjęcia wspólnej waluty przez Polskę?

Prof. Marek Belka, były prezes NBP: Bo sytuacja w Europie się poprawia, a długoterminowe perspektywy wzrostu w Polsce się pogarszają.

Perspektywy czysto gospodarcze czy polityczne?

Staram się ograniczać się do argumentów gospodarczych, choć te polityczne są istotne i wielu ludziom wystarczają.

Polska gospodarka dałaby sobie radę po przyjęciu euro?

Jasne, że tak. Ciągle mamy jedną z najlepiej zrównoważonych gospodarek w Europie (obok np. czeskiej). Nie widzę tu żadnego problemu, wbrew temu, co niektórzy mówią i radzą, by z przyjęciem euro poczekać, aż będziemy bogaci. To przypomina argumenty, które pojawiały się na Zachodzie przed naszym wejściem do UE. Mówiono, że trzeba poczekać z Polską, bo za biedna. To była bujda na resorach, bo wejście do Unii stało się głównym czynnikiem naszego sukcesu. Podobnie będzie ze strefą euro.

Nie ma ryzyka?

Kiedyś argumentem przeciw przyjęciu euro przez Polskę był efekt Samuelsona-Balassy. Polega on, w skrócie mówiąc, na tym, że jeśli kraj biedniejszy ma wspólną walutę z bogatszym (w naszym przypadku z Niemcami czy Francją), to rosną naciski na wyrównywanie płac, szczególnie w dziedzinach, które się nie poddają konkurencji międzynarodowej, czyli w usługach. To powodowałoby szybszy wzrost cen, co przy posiadaniu tej samej waluty niejako realnie wzmacniałoby ją w biedniejszym kraju i osłabiało konkurencyjność eksporterów. To na wczesnym etapie transformacji mogłoby być niebezpieczne, ale już nie jesteśmy na wstępnym etapie. W krajach bałtyckich i Słowacji, które przyjęły euro, efektu Samuelsona-Balassy praktycznie nie widać. Przyczyny są różne: zmieniła się struktura gospodarki, inaczej przepływają kapitały. Natomiast w Polsce po ponad 20 latach transformacji problem nie polega na tym, że złoty jest za silny i hamuje eksport. Problemem staje się to, że złoty jest za słaby, co hamuje modernizację. Nie przymusza do inwestowania w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli.

Po co inwestować w automatyzację, skoro jesteśmy nadal płacowo konkurencyjni?

Ale w tym przypadku konkurencyjni znaczy rozleniwieni. Wspólna waluta mobilizuje. Oznacza, że nie mamy możliwości osłabienia kursu, co kiedyś nagminnie robili Włosi.

Taki ich „model biznesowy".

U nas wszyscy narzekają na inny model: że jesteśmy warsztatem dla Niemiec. Uważam, że narzekają na wyrost, bo to nie jest prawda, w każdym razie nie w pełni prawda. Ale jest poważne niebezpieczeństwo, że tak się stanie. W związku z tym trzeba coś zrobić, trzeba potrząsnąć wszystkimi. Dlatego przyjęcie euro wydaje mi się rzeczą do poważnego rozważenia.

Zwolennicy utrzymania złotego mówią, że płynny kurs to amortyzator, który uratował nas w czasie kryzysu.

Czy my, ekonomiści, także ja w czasie pracy w NBP, gdzie prezentowałem inny niż dziś pogląd (nie byłem przeciw euro, ale mówiłem: nie spieszmy się), nie przecenialiśmy możliwości defensywnej deprecjacji złotego? Raz się nam ona udała, w latach 2008/2009, kiedy w reakcji na kryzys złoty się osłabił i obronił polskich eksporterów. Tylko że to nastąpiło po okresie silnej aprecjacji złotego. A przecież jak coś idzie za bardzo w górę, to musi spaść...

Czyli wtedy kurs wrócił do poziomu uzasadnionego fundamentami gospodarki?

Tak. Dlatego teraz, gdy złoty jest słaby, nie ma co liczyć na jakieś gwałtowne korzystne dla eksporterów osłabienie, gdyby zapanował wokół nas wielki kryzys.

Przeciwnicy strefy euro straszą jej rozpadem.

Ja wierzę, że do rozpadu nie dojdzie, ale są ludzie, którzy wręcz trzymają za to kciuki. Mam do nich pytanie: jakie byłyby konsekwencje dla Polski takiego czarnego scenariusza? Byłaby jakaś różnica, gdybyśmy byli poza strefą, a nie wewnątrz niej? Uważam, że nie byłoby różnicy. Tak czy inaczej, by to nas mocno walnęło w głowę. Jesteśmy przecież związani ze gospodarkami strefy euro.

Pesymiści wskazują, że unie walutowe się rozpadały.

Ale z drugiej strony są takie, które trwają od dawna: Stany Zjednoczone czy Konfederacja Szwajcarska. A jakie unie walutowe się rozpadały? W Ameryce Południowej czy Afryce.

W strefie euro brakuje dopełnienia w postaci wspólnej polityki fiskalnej.

Moje nawrócenie na euro nie oznacza, że uważam europejską unię walutową za rzecz idealną. Jej problemy nie są proste. Potrzeba silniejszych mechanizmów niwelujących tendencje dywergencyjne. Dywergencja, czyli to, że jedne kraje trwale rozwijałyby się inaczej niż inne, jest śmiertelnym niebezpieczeństwem i dla unii walutowej, i dla UE. Na szczęście ten proces został zahamowany, ale to nie znaczy, że już się nie obudzi.

Dlatego planowane są mechanizmy wyrównawcze, np. budżet strefy euro.

Jest właśnie po to, by tendencje dywergencyjne powstrzymać i odwrócić. W budżecie strefy euro niekoniecznie muszą być pieniądze na granty i budowę tuneli czy autostrad. Powinny być natomiast – na wspomaganie reform strukturalnych. Największy problem w jego budowie to to, że podatnicy z różnych krajów powiedzą: zaraz, zaraz, nie z mojej kieszeni. Tylko że to już się dzieje, choć w inny sposób. Przepływ kapitału między krajami odbija się na kontach Target2 w EBC. I tam widać, że Niemcy są kredytodawcą na 800 mld euro, a Włochy kredytobiorcą na 500 mld euro. Wątpię, by pieniądze te kiedykolwiek zostały zwrócone. Dlatego nie powiem, że w UE wszystko gra, ale też nie przesadzajmy z jej krytyką. Obecność Polski w unii walutowej sprawi, że finanse publiczne będą pod większą kontrolą i będzie większy dostęp do kapitału. To szansa dla nas, ale tak naprawdę pomyślność gospodarcza rodzi się wewnątrz kraju.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA