fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Diego”. Gwiazdor szalonego Neapolu

Diego Maradona był dla mediów zarazem bohaterem i diabłem. Film „Diego” od piątku w kinach
M2 Films
Oscarowy dokumentalista Asif Kapadia opowiada, czego dowiedział się o sławie, robiąc film o Diego Maradonie.

Po co robić filmy o ludziach, o których powiedziano już wszystko?

Znane są fakty, a mnie one tak bardzo nie interesują. A ja szukam prawdy o człowieku, który ukrywa się za nagłówkami gazet. Próbuję zrozumieć motywy jego zachowań, dramaty, jakie przeżywa w cieniu własnej sławy, często bolesną samotność. W biografii Maradony, którego portretuję w „Diego", emocje, konflikty, mrok i blask podniesione są do sześcianu.

Dostał pan Oscara za „Amy" o Amy Winehouse i brytyjską nagrodę BAFTA za „Sennę" o kierowcy Formuły 1. Dlaczego tak bardzo potrzebujemy ikon?

Dzięki nim czujemy się lepiej. Kiedy Maradona przyjechał do Neapolu, miasto było pogrążone w biedzie i przemocy, a kibice drużyn z Północy wyśpiewywali pełne nienawiści piosenki pod adresem Południa. I nagle, do klubu, który nigdy niczego nie wygrał, dołączył najlepszy piłkarz świata. Pozwolił neapolitańczykom poznać smak triumfu. Obudził w nich dumę. Tyle że kibice, którzy wynieśli go na ołtarze, szybko potrafili go z nich zrzucić.

Bo odegrał już swoją rolę i stał się niepotrzebny?

Bezpośrednią przyczyną był gol, który w barwach Argentyny Diego strzelił Włochom. Z dnia na dzień media, które przedstawiały go jako bohatera, zrobiły z niego wcielonego diabła. Ale oczywiście to był także efekt zmieniających się społecznych nastrojów. Na sportowych trybunach siedzieli wówczas razem mafiosi z kamorry, gospodynie domowe, sędziowie i policjanci. Ludzie z ulicy i reprezentanci wyższych sfer. A wszystkich łączyły szemrane układy. Piłkarz chciał w tym chaosie znaleźć dla siebie miejsce. Lawirował, uzależnił się od kokainy i podjął kilka kiepskich decyzji. Szalony Neapol lat 80. i Diego pasowali do siebie, a jednocześnie nawzajem się niszczyli. Dlatego skupiłem się w filmie na tym okresie.

Maradona słynął z nieobliczalności, ale panu udało się z nim spotkać.

Pierwszy raz w Dubaju. Producenci, operator, dźwiękowiec – wszyscy członkowie mojej ekipy chcieli zobaczyć Diego. Mieliśmy na niego czekać pod wielką palmą w środku miasta. Pojechaliśmy i na miejscu dostałem wiadomość: „Dzisiaj nie wyjdzie". Kolejnego dnia to samo. I znów. Aż w końcu pojawił się, poinformował nas, że słabo się czuje, ale wierzy, że zrobimy wspólnie wspaniały film. I koniec. Pięć minut. Dziś cieszę się, że nie rozmawiałem z nim na początku pracy. Dzięki temu mocniej wgryzłem się w archiwa. Zostało w nich trochę czarno-białych, porysowanych taśm, na których Diego, jako dziesięciolatek, biega po podwórku z piłką. A czas Neapolu to już bogactwo źródeł: od zapisów meczów po imprezy w klubach.

Jako reżyser musi pan stawać w obronie swoich bohaterów?

Niekoniecznie. Nie mogę polubić typa, który wypiera się ojcostwa swojego dziecka. Albo robi się arogancki i oszukuje bliskich. Nie wspominając już o ekstensywnym wciąganiu kokainy w objęciach gangsterów. Ale pracując długo nad dokumentem, odkrywa się całą konstelację uwarunkowań, w jakich człowiek się znalazł, i zaczyna się go rozumieć. Po „Sennie" i „Amy" zakochałem się w kierowcy Formuły 1 i w ekscentrycznej piosenkarce. Z Maradoną może było trochę trudniej. Ale i on mnie ostatecznie kupił.

Czym?

A widział pan jego uśmiech z młodości? Cholera, facet ma charyzmę. Jego buńczuczna nieprzewidywalność też jest wpisana w dobrodziejstwo inwentarza. Biografowie kończą o nim książkę, a on wywija taki numer, że właściwie trzeba by napisać ją od nowa. To facet, który dostał się na szczyt, ale pozostał chłopakiem z ulicy. Kilka meczów wygrał dzięki oszustwom, udawaniu fauli czy niedostrzeżonej przez sędziego ręce. Każdy piłkarz ściemnia, ale Maradona ściemniał na największych scenach świata. Że w życiu też wiele razy przez trudne sytuacje prześlizgiwał się fartem, na granicy moralności i dobrego smaku? Taki jego urok.

Maradona nie wyznaczył panu granicy? Nie próbował niczego ukryć?

Absolutnie nie. Nie wstydził się żadnej mrocznej historii. Przeciwnie, nie poznałem większego krytyka Maradony niż on sam. Jest przyzwyczajony do wywiadów lubi być w blasku fleszy. Często udziela atrakcyjnych odpowiedzi. W czasie naszych rozmów nagle uzmysławiałem sobie, że nic z tego, co mówił, nie trzymało się kupy. „Diego, przecież to nieprawda" – oponowałem. A on uśmiechał się: „Ale jaka ciekawa". Miałem świadomość: że muszę zrobić film o dwóch osobach: Diego legendzie i tym prawdziwym.

A czego z tych trzech filmów – o Sennie, Winehouse i Maradonie – dowiedział się pan o sławie?

Że trzeba z nią uważać. Jest szczególnie niebezpieczna dla młodych. Moich bohaterów wiele różniło, Senna dostał solidną edukację, otaczali go ludzie, na których mógł się oprzeć. Start Amy nie należał do łatwych, choć wciąż to nic przy losach Diego, który musiał zostawić rodzinę z dzielnicy biedy i samotnie szukać szczęścia. Ale łączyło ich, że byli geniuszami już jako dzieci. Świat wcześnie ich odkrył i równie szybko zniszczył. Kiedy pokazuję dokumenty o nich na festiwalach, czasem fotografowie stawiają mnie na ściance. Słyszę wtedy migawki aparatów i myślę: „Nigdy nie chciałbym, żeby to była moja codzienność".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA