I dobrze, nie uda nam się bowiem zrealizować ani jednego ponadnarodowego projektu wzmacniającego nasze bezpieczeństwo bez europejskiego poparcia, choćby zwiększenia obecności wojsk NATO. Wszelkie alternatywy w rodzaju Międzymorza czy sojuszu bałtyckiego są nic niewarte. Tylko Unia, a przede wszystkim NATO, daje nam geopolityczną osłonę, przynajmniej do czasu aż zbudujemy własny potencjał gospodarczy i militarny.
Unię rozrywa kryzys związany z napływem uchodźców, nie wygasły przyczyny kryzysu zadłużeniowego południa Europy, nie wiadomo, czy Wielka Brytania pozostanie częścią Wspólnoty, w dodatku Rosja depcze prawo międzynarodowe tuż za wschodnią granicą UE i NATO.
W takiej sytuacji ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje tak Unia, jak i Polska, jest konflikt. To spór drugorzędny, jak celnie oceniły polskie władze, i należy go wygasić. Spokojem, merytorycznymi argumentami, ale też polityczną układnością (nie mylić z uległością). Konflikt taki służy wyłącznie Kremlowi, który czyha na każde pęknięcie w Unii, na każdą szczelinę pojawiającą się wśród jej członków.
Węgry – antywzór
Pod tym względem podręcznikowym wręcz szkodnikiem w UE są Węgry nieopacznie stawiane w Polsce za wzór. Mogłyby nim być co najwyżej w polityce wewnętrznej, w zagranicznej i bezpieczeństwa w żadnym wypadku. Ten, kto dziś w Polsce szedłby śladami Orbána, jeśli chodzi o stosunek do UE i Rosji, godziłby w polską rację stanu.
Zresztą, Węgry mogą sobie pozwolić na harce, bo ich znaczenie w UE jest znikome. Rozmiar, potencjał gospodarczy i demograficzny czynią z nich coś na kształt politycznego sztubaka, któremu więcej uchodzi.