Dla pokolenia tych mistrzów Irena Szewińska była ikoną polskiego sportu, ale nie mogą jej pamiętać z bieżni i skoczni. Ja widziałem jej zmagania z Wyomią Tyus, Edith McGuire i Willye White podczas meczów ze Stanami Zjednoczonymi na Stadionie Dziesięciolecia. Niewiele od niej młodszy biegałem z notesem, w którym zbierałem autografy. Do Ireny podchodziłem wielokrotnie, bo za jej autograf można się było wymieć na dwa - sprintera Mariana Foika i dyskobola Edmunda Piątkowskiego. Kiedyś jej o tym opowiedziałem.

Wtedy to była Irena, dziewczyna z naszego pokolenia, która biegała szybciej od wszystkich chłopaków. Była kimś takim w lekkiej atletyce jak Włodzimierz Lubański w piłce nożnej: z jednej strony obiektem podziwu, a z drugiej - złości i zazdrości, że im, naszym rówieśnikom się powiodło jeszcze nim skończyli wiek juniora.

Nasze drogi zeszły się ponownie wiele lat później. Wielokrotnie spotykaliśmy się w siedzibie PKOl. gdzie miała swój pokój, na który zapracowała bez żadnego związku z pełnionymi funkcjami. Zawsze odbierała telefon, nigdy nie odmówiła spotkania, ale niezależnie od tego czy rozmawialiśmy oficjalnie, czy prywatnie była taka sama. Trzeba ją było ciągnąć za język, żeby powiedziała coś o innych. Sama czasami atakowana przez zawistników, nigdy nie odpłacała się tym samym.

Przyjaźniła się z Kazimierzem Górskim, Leszkiem Ćmikiewiczem, nie tylko w rodzinnej Warszawie miała setki przyjaciół i znajomych, tworzących prawdziwą „rodzinę olimpijską”. W Polsce była wszędzie u siebie.

Nigdy nie mówiła o swojej chorobie. Walczyła z nią po cichu, nie komentowała doniesień prasy, chociaż wiem, że było jej przykro, kiedy z gazety dowiadywała się o swoim stanie zdrowia. Najwybitniejszemu polskiemu sportowcowi w historii nie poświęcono ani jednej książki. Przed rokiem spytałem panią Irenę czy nie nie napisalibyśmy jej wspólnie. Wcześniej nigdy nie chciała, teraz nie powiedziała „nie”.

Pozostając w oficjalnych stosunkach czuliśmy wzajemną sympatię, a ona chyba także zaufanie. - „Może tak - odpowiedziała, ale niech mi pan da trochę czasu na uporządkowanie swoich spraw”. Nie nazwała choroby po imieniu, przecież wiedziała, że ja wiem. Zapaliła się do pomysłu, aby autorem wszystkich zdjęć w książce był jej mąż, a nasz kolega po fachu, fotoreporter Janusz Szewiński, który przez pół wieku dokumentował jej życie. - „Wrócimy do tego” - powiedziała.

 

Zdarzył się taki moment, w którym czułem się jak Justyna Kowalczyk. Kiedyś pani Irena pofatygowała się na moje autorskie spotkanie do PKOl. i w dodatku przyszła z Ewą Kłobukowską. Na moje radosne zdziwienie odpowiedziała żartem: - „Pamiętałyśmy, że pięćdziesiąt lat temu pan prosił nas o autografy. To teraz my poprosimy o pański”.

Sam tej książki o Irenie Szewińskiej już nie napiszę.

Czytaj także: Dziewczyna, jakich nie było