Tym razem o wyższe wynagrodzenia będą walczyć funkcjonariusze służb kontroli bezpieczeństwa. Czyli praktycznie z większości niemieckich lotnisk trudno będzie odlecieć, bo lotniskowe punkty kontrolne nie będą również przepuszczać pracowników, którzy pracują po tzw. Airside, czyli np. sprawdzających dokumenty pasażerów wsiadających do samolotów, obsługujących loty transferowe itd. Ucierpi także cargo.

Udział w proteście potwierdziły już Berlin Brandenburg, Kolonia/Bonn, Hanower, Lipsk, Duesseldorf i Brema. Do niedzielnego południa w gronie protestujących nie było największych niemieckich portów przesiadkowych Frankfurtu i Monachium. Ale związkowcy z centrali Verdi zapowiadali, że cały czas trwają rozmowy.

— Oczekujemy poważnych zakłóceń na lotniskach. Chociaż w tej chwili trudno jest powiedzieć, ile ostatecznie lotów zostanie opóźnionych i odwołanych — mówiła niemieckiej agencji DPA Helge Biering przedstawicielka Verdi.

Czytaj więcej

Bermudy nie chcą rosyjskich samolotów. To potężny cios

Strajk jest efektem patu negocjacyjnego między Verdi i Federalnym Stowarzyszeniem Pracowników Bezpieczeństwa Lotniczego (BDLS), stowarzyszeniem firm obsługujących punkty kontroli na niemieckich lotniskach. Chodzi o podwyżki dla 25 tysięcy funkcjonariuszy i stworzenie nowego układu zbiorowego. Negocjacje mają zostać wznowione w Berlinie 16 i 17 marca. A poniedziałkowy protest ma wywrzeć presję na BDLS.

Nie jest to pierwszy strajk zorganizowany przez Verdi w tym roku. Związkowcy protestowali już w lutym, ale ich akcje dotyczyły pojedynczych lotnisk i nie miały jeszcze charakteru krajowego. Odbyły się już trzy rundy negocjacji, ale Verdi uznał propozycję pracodawcy jako niewystarczającą. Związkowcy domagają się kontraktów, które byłyby obowiązujące przez przynajmniej 12 miesięcy, podniesienia stawki godzinowej przynajmniej o jedno euro oraz zrównania zarobków bagażowych i kontroli bezpieczeństwa i innego personelu naziemnego do tego samego poziomu w całych Niemczech.