Quentin Tarantino przygotowuje w Phoenix Theatre na londyńskim West Endzie sztukę „The Popinjay Cavalier” („Kawaler Goguś”). To jego debiut w roli nie tylko reżysera teatralnego, ale również dramatopisarza. Zwariowana historia, którą wymyślił, toczy się w Europie, w latach 30. XX wieku.
Bohater sztuki, znany aktor Rupert Sebastian Thomas, marzy o występie w paryskim teatrze Comédie-Française. Ma jednak niewyparzony język, obgaduje Francuzów i wpada w tarapaty. Sztuka łączy elementy komedii, pastiszu i awanturniczych opowieści okraszonych licznymi pojedynkami.
Plakat do spektaklu
W roli głównej występuje Sacha Baron Cohen, znany m.in. jako prowokujący Borat. To jest również jego debiut na West Endzie. „Kiedy dzwoni najlepszy reżyser na świecie, nie zadajesz pytań. Jestem zachwycony, że razem stracimy nasze dziewictwo na West Endzie” – mówi aktor.
Z kolei producenci – Tom Rothman, prezes i dyrektor generalny grupy Motion Picture Sony Pictures Entertainment oraz Sonia Friedman – stwierdzili: „Mamy szczęście, że jeden z wielkich gawędziarzy naszych czasów zdecydował się na swój teatralny debiut. Widok Quentina w akcji w sali prób jest niezwykły. Jego radość z pracy z aktorami, szermierzami, akrobatami, muzykami i naszym zespołem kreatywnym jest zaraźliwa. Wspaniale jest odkrywać, czym staje się jego świat na scenie”.
Premiera „The Popinjay Cavalier” ma się odbyć w marcu 2027 r.
Dziesiąty film Quentina Tarantino, który wciąż nie powstał
A co z kinem, gdzie stworzył własny, niepowtarzalny styl i wyczarował wielkie przeboje od „Wściekłych psów” i „Pulp Fiction” zaczynając, przez „Kill Billa” i „Bękarty wojny”, a kończąc na „Pewnego razu… w Hollywood”, którego premiera odbyła się w 2019 r.? Od tej pory Quentin Tarantino zapowiada, że chce jeszcze wyreżyserować tylko jeden film. Dziesiąty w swojej karierze. I ostatni.
Miał do jego realizacji przystąpić już w 2024 r. „The Movie Critic” było zapowiadane jako historia krytyka filmowego z lat 70., piszącego recenzje do niszowego magazynu pornograficznego. Do tego Kalifornia. Schyłek dawnej sztuki filmowej, początek fali „nowego Hollywood”, ale też rozwoju kina eksploatacji. Podobno bohater filmu był wzorowany na prawdziwej postaci dziennikarza, mało zresztą znanego, rzeczywiście związanego z pismem „dla dorosłych”. Tarantino zwrócił uwagę na jego teksty, gdy jako młody chłopak dorabiał, roznosząc do skrzynek pocztowych pornograficzne magazyny.
Początkowo „The Movie Critic” miał być ośmioodcinkowym serialem, jednak potem reżyser przerobił scenariusze na fabularny film. O obsadzie krążyły legendy. Miało to przecież być pożegnanie mistrza z kinem. Tytułową rolę miał grać jeden z ulubionych aktorów Tarantina – Brad Pitt.
U jego boku miały też wystąpić inne „tarantinowskie” gwiazdy, jak choćby John Travolta czy Margot Robbie. Kolejne źródła donosiły, że w postać popularnej i szanowanej krytyczki filmowej Pauline Kael ma się wcielić Olivia Wilde. Na giełdzie pojawiało się też nazwisko Toma Cruise’a. Ale to były plotki. Faktem natomiast jest, że reżyser odstąpił od tego projektu.
Fincher reżyseruje, Tarantino pisze powieść
Tarantino napisał też scenariusz drugiej części „Pewnego razu… w Hollywood”. W końcu był to wielki przebój, który przyniósł z kin blisko 380 mln dol., plasując się pod względem wpływów na drugim miejscu w filmografii tego reżysera (na pierwszym jest „Django” z 425 mln dol.).
Jednak tej kontynuacji Tarantino nie chciał reżyserować sam, może szkoda mu było poświęcić swoją ostatnią produkcję na powtarzanie się. „Sprzedał” tekst „The Further Mis-Adventures of Cliff Booth” dobrze, bo Davidowi Fincherowi, twórcy m.in. wielkich przebojów „Siedem” czy „The Social Network”.
Tym razem głównym bohaterem jest nie wybitny aktor grany w pierwszej części przez Leonarda DiCaprio, lecz jego dubler – kaskader Cliff Booth, w którego – podobnie jak wcześniej – wcielił się Brad Pitt. Zdjęcia trwały sześć miesięcy, dziś film jest już gotowy. Do kin IMAX ma wejść 25 listopada, zaś w przeddzień Wigilii pojawi się w ofercie Netfliksa.
Natomiast Quentin Tarantino po raz kolejny zaprezentuje się jako pisarz, jako że scenariusz podarowany Fincherowi przerobił na powieść. Nie jest to jego pierwsza książka. W 2022 r. wydał zbiór esejów i wspomnień „Cinema Speculation” poświęconych amerykańskiemu kinu lat 70. XX wieku. W 2021 r. z kolei wyszła jego powieść oparta na scenariuszu „Pewnego razu… w Hollywood”. Nowa pozycja „The Adventures of Cliff Booth” ukaże się na początku grudnia 2026 r.
Milioner i menedżer gwiazd: role Tarantino u Jamiego Adamsa
Tarantino nie odszedł jednak całkiem od kina. W ostatnim roku na planie filmu „Only What We Carry” Brytyjczyka Jamiego Adamsa zameldował się jako aktor. Zagrał milionera, który wspiera głównych bohaterów. Wcześniej reżyser często pojawiał się na ekranie w epizodach, użyczał też swojego głosu. Jego rola u Adamsa jest jednak największa od trzydziestu lat, gdy wystąpił w „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza. Zdjęcia do „Only What We Carry” trwały zaledwie sześć dni, wiele dialogów było improwizowanych. Premiera odbyła się w czerwcu 2026 r., podczas festiwalu Tribeca w Nowym Jorku.
Film miał kiepski odbiór, ale kreacja Tarantino została dostrzeżona. Choćby w tak specyficzny sposób, jak napisała jedna z recenzentek: „Jego gra jest tak świeża i zabawna, że widz przestaje zauważać miałkość filmu”. Dziś reżyser ma już na swoim koncie kolejną rolę w obrazie Adamsa, tym razem główną. W „Tangle Up With Blue”, partnerując Kylie Minogue, wcielił się w menedżera gwiazd, który w hotelowym barze spotyka swoją dawną miłość. Musi skonfrontować się z własną przeszłością i z uczuciami, które – wciąż zapracowany – często rozmieniał na drobne.
Otwarte pozostaje pytanie, co z dziesiątym filmem reżysera. Robert Richardson, zdobywca trzech Oscarów i stały operator Quentina Tarantino podczas tegorocznego festiwalu w Karlowych Warach przyznał, że czeka na ten ich wspólny, „ostatni” film. I ma nadzieję, że jak Quentin upora się w Londynie ze sztuką, to znajdzie odpowiedni temat, dla którego będzie chciał wyjść na plan.
Z kolei niektórzy krytycy uważają, że Tarantino długo jeszcze będzie się z kolejnych projektów wycofywać. Bo nie jest łatwo żegnać się z czymś, co było pasją całego życia. A z drugiej strony czy mało było artystów, którzy swoje „ostatnie” filmy robili wiele razy?