Anna Słojewska z Brukseli
W Brukseli w środę po południu odbyła się Rada NATO–Rosja, czyli spotkanie ambasadorów państw sojuszu z ambasadorem Rosji przy UE.
Odbyło się z inicjatywy NATO i miało być aktem dobrej woli wobec Moskwy. Rosja się zgodziła. – Nie unikamy dialogu – mówił Siergiej Ławrow, rosyjski minister spraw zagranicznych. I wyraził oczekiwanie na wyjaśnienia decyzji podjętych na szczycie NATO w Warszawie. – W NATO przeważa pragnienie zachowania wizerunku sztucznie wykreowanego wroga (Rosji) w celu zwiększenia mobilizacji w jego szeregach – stwierdził Ławrow.
Relacje z Moskwą są zamrożone od czasu aneksji Krymu i inwazji we wschodniej części Ukrainy, ale sojusz mimo wszystko uznał, że dyplomatyczny kanał komunikacji powinien pozostać otwarty.
Po to, żeby ze sobą rozmawiać o sprawach, w których zupełnie zgody nie ma, ale też tych, gdzie NATO z Rosją może współpracować, jak np. w Afganistanie. Do pierwszego spotkania od czasu kryzysu ukraińskiego doszło w kwietniu, teraz odbyło się kolejne.
Okazja szczególna, bo Rosja głośno krytykuje ustalenia warszawskiego szczytu NATO, który odbył się w zeszły piątek i sobotę. Chodzi o decyzję o wzmocnieniu obecności wojskowej sojuszu w Polsce i trzech państwach bałtyckich poprzez ulokowanie tam na zasadzie rotacyjnej czterech batalionów NATO.
Sojusz uważa, że nie łamie ustaleń aktu NATO–Rosja z 1997 roku, gdzie zobowiązał się do nierozmieszczania znaczących i stałych sił w Europie Wschodniej. Obecna ekspansja ma charakter tymczasowy (choć rotacja może trwać w nieskończoność), można też dyskutować, czy siły liczące do 4 tysięcy żołnierzy są znaczące.
Nie mówiąc o tym, że ustalenia aktu z 1997 roku łamie sama Rosja, więc i NATO mogłoby uznać, że nie jest on obowiązujący. Ale na razie, żeby nie zaogniać dodatkowo sytuacji, sojusz przekonuje, że porozumienia nie narusza. Inaczej widzi to Moskwa.
– Oczywiste jest, że te decyzje stoją w sprzeczności z aktem założycielskim. Bo ekspansja militarna znacząco zmienia sytuację wojskowo-polityczną i równowagę sił w Europie Wschodniej – powiedział Aleksander Gruszko, ambasador Rosji przy NATO, w wywiadzie dla telewizji Rossija 24.
Symbolicznie pierwszym tematem spotkania była Ukraina. – Zachowanie Rosji podważyło bezpieczeństwo euroatlantyckie. W tej sprawie jest między nami głęboki podział – powiedział po spotkaniu Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO.
I podkreślił, że NATO nigdy nie uzna aneksji Krymu. – Ale warto i trzeba rozmawiać – dodał.
NATO chciało wykorzystać to spotkanie, żeby po raz kolejny zapewnić Rosję, że decyzje o siłach rotacyjnych nie mają charakteru ofensywnego, lecz defensywny, i są odpowiedzią na agresywne zachowania sąsiada.
– NATO nie stwarza zagrożenia dla Rosji. Nie szukamy konfrontacji. Pragniemy konstruktywnych relacji, wtedy gdy zachowanie Rosji takowe umożliwi – powiedziała przed spotkaniem Carmen Romero, jedna z rzeczniczek NATO. Zapowiedziała, że rosyjski ambasador zostanie poinformowany o ustaleniach szczytu NATO w Warszawie „w duchu przejrzystości".
NATO miało nadzieję, że w trakcie spotkania dowie się, jakie konkretne kroki Rosja podejmie w reakcji na decyzje w Warszawie. Bo że takie nastąpią, jest dla wszystkich jasne.
Już od wielu miesięcy rosyjskie samoloty nielegalnie wlatują w przestrzeń powietrzną nad krajami bałtyckim, a coraz częściej zapuszczają się nawet w stronę Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. To może spowodować katastrofę.
– Zwiększona aktywność wojskowa w Europie stwarza ryzyko incydentów, wypadków i błędnej oceny sytuacji – powiedział przed spotkaniem Stoltenberg. Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zapowiedziała, że rosyjski ambasador poruszy ten temat na spotkaniu w środę.
Szef NATO poinformował po spotkaniu, że Rosja przedstawiła projekt zwiększenia bezpieczeństwa w przestrzeni powietrznej nad Bałtykiem, NATO zamierza go przeanalizować w ciągu najbliższych tygodni.