Kiedyś przynieśli do stajenki w Betlejem złoto, kadzidło i mirrę, teraz roznoszą hiszpańskim dzieciom świąteczne podarunki.
Najpierw najmłodsi piszą listy i wrzucają je do skrzynek pocztowych z wizerunkiem Trzech Króli. Piątego stycznia po południu całą Hiszpanię przemierzają królewskie orszaki. Zbierają ostatnie zamówienia i rozdzielają między dzieci tony cukierków.
Do Barcelony Mędrcy ze Wschodu dopływają statkiem. W porcie uroczyście wita ich burmistrz. Do Walencji zwykle dolatują helikopterem, a po Madrycie ostatnio podróżują metrem.
Wieczorem, przed pójściem spać, dzieci zostawiają na parapecie okna wodę i biszkopty dla wielbłąda oraz lampkę koniaku dla króla. O świcie trwa przeszukiwanie domu i rozpakowywanie prezentów. Żeby można się było nimi nacieszyć, siódmy stycznia jest jeszcze wolny od nauki. Szkoła zaczyna się dzień później.
To nie jedyne różnice pomiędzy obchodzeniem świąt w Polsce, a w Hiszpanii. W Hiszpanii choinka bardziej kojarzy się ze świątecznymi wystawami sklepowymi niż z wystrojem domu. W domach ustawia się więc szopki zwane belem, czyli Betlejem.