W Zamku już od rana panował wzmożony ruch.

– To początek wystawy. Chciałem zobaczyć ją jako jeden z pierwszych – mówi Marek Żuk, który rano przyszedł obejrzeć ekspozycję „Leonardo da Vinci – »Dama z gronostajem« i inne arcydzieła ze zbiorów Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie”.

Zniecierpliwiony musiał oczekiwać w kolejce przy wejściu. Przepływ gości spowalniały wymogi bezpieczeństwa.

– Zapewniliśmy najlepsze zabezpieczenia, jakie tylko mogliśmy – mówi Artur Badach, komisarz wystawy. I dodaje, że środki ochrony dopasowywane są indywidualnie.

Bacznie strzeżona jest przede wszystkim „Dama z gronostajem”. Prezentowana w Sali Senatorskiej cieszy się największym powodzeniem.

Sposób ekspozycji portretu Cecylii Gallerani nie pozostawia nic do życzenia. Od widzów oddziela go jedynie barierka. Sprawia to, że w przeciwieństwie chociażby do otoczonej szkłem „Mona Lisy” w Luwrze można bezpośrednio obcować z dziełem.

– W odbiorze pomaga też ciemna scenografia i punktowe oświetlenie – zauważa Czesław Wikiera, który na wystawę przyszedł z rodziną.

– Jestem tu tylko gościnnie. Postanowiłam skorzystać z okazji i zobaczyć da Vinci

– mówi jego córka Wioleta Gotschewski. Oboje są zgodni: – Na reprodukcjach obraz wygląda na większy!

W Warszawie obraz był ostatnio pokazywany ponad 50 lat temu. Teraz, m.in. razem z „Krajobrazem z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, przyjechał w związku z remontem krakowskiego muzeum.

– To jeden z czterech kobiecych portretów Leonarda da Vinci – podkreśla Badach. – Z pewnością najlepiej oddaje kunszt malarski mistrza.

Zoolodzy nadal toczą jednak o niego spory. – Niejeden zjadł sobie już zęby, zastanawiając się, czy dama trzyma gronostaja, łasiczkę czy fretkę – mówi komisarz. – Zwierzę to trzeba traktować symbolicznie, jak stylizację heraldyczną. Jego poza nawiązuje bowiem do herbu księcia Ludovico Sforzy, którego Cecylia była kochanką – tłumaczy.

Wystawę można oglądać do końca września. W związku z rekordowym zainteresowaniem w soboty będzie czynna do godz. 20.