Rz: Otrzymał pan właśnie odznaczenie od premiera Czech Mirka Topolanka za swoją działalność w 1968 roku w okresie praskiej wiosny. Na czym ona polegała?

Kornel Morawiecki: To była skromna działalność. Wspólnie ze znajomymi rozrzucaliśmy na klatkach schodowych ulotki wyrażające sprzeciw wobec sowieckiej interwencji w Czechosłowacji. Malowaliśmy na ścianach sierpy i młoty zrównane ze swastykami. Czuliśmy, że musimy dać świadectwo naszemu sprzeciwowi wobec sowieckiej okupacji i agresji.

Czy taka postawa jak pańska – solidarności z Czechami i Słowakami – była wśród Polaków powszechna?

W moim środowisku – tak. Z przejawami solidarności spotkałem się również poza nim. Rozmawiałem też z żołnierzami Ludowego Wojska Polskiego. Niektórzy byli sceptyczni wobec inwazji, ale nie mieli wiele do gadania, musieli wykonywać rozkazy.

Czy tamto doświadczenie wpłynęło na pana późniejszą działalność?

Na pewno zahartowało mnie w sprzeciwie wobec systemu komunistycznego. Dało mnie i moim znajomym doświadczenie działalności konspiracyjnej, które później wykorzystaliśmy. Przygotowało też grunt pod oddolną mobilizację lat 80. Jeśli „Solidarność” podchwyciła ideę socjalizmu z ludzką twarzą, powstałą w czasie praskiej wiosny, to „Solidarność Walcząca” poszła dalej – sformułowała program niepodległościowy i antykomunistyczny.

Przyjął pan czeskie odznaczenie, a w ubiegłym roku nie przyjął Orderu Odrodzenia Polski z rąk prezydenta Kaczyńskiego. Dlaczego?

Uznaliśmy, że nie jest to odznaczenie na miarę zasług „Solidarności Walczącej”. Była to największa i najbardziej radykalna organizacja antykomunistyczna i niepodległościowa. W III RP jest jednak niedoceniana.

Węgierski rząd przeprosił za udział Węgrów w tłumieniu praskiej wiosny. Czy polski powinien zrobić to samo?

Trudno obarczać niepodległe państwa Europy Środkowo-Wschodniej winą za zbrodnie satelitów Związku Sowieckiego. Ani Węgry, ani Polska, ani inne demoludy nie były niepodległe i nie realizowały swoich interesów, lecz interesy Moskwy. To ona powinna przepraszać.