Parlamentarzyści zapewniali, że będą dbać o gospodarkę, obniżać deficyt i dług publiczny, a jednocześnie zwiększą wydatki. Niemożliwe? A jednak.
Szef SLD Grzegorz Napieralski jak mantrę powtarza:
SLD zamierza sięgnąć do kieszeni najbogatszych podatników. Nie może być tak, by koszty kryzysu ponosili w Polsce najbiedniejsi, a nie bank. Proponujemy wprowadzenie podatku bankowego i 40-procentowej stawki dla zarabiających ponad 200 tysięcy złotych rocznie. SLD chce też obniżki VAT z 23 do 19 procent.
Paweł Arndt z PO, szef Sejmowej Komisji Finansów, twierdzi, że PO chciałaby obiniżyć podatki, ale... nie może.
My też chcemy obniżać podatki i w końcu wprowadzić podatek liniowy. Ale dziś z uwagi na sytuację zewnętrzną i stan polskiej gospodarki nie ma na to szans.
Paweł Poncyljusz z PJN proponuje:
Zrównamy stawki PIT do 19 procent, wprowadzimy podwójną kwotę wolną od podatku, ale znikną wszelkie ulgi.
Likwidację różnic w emeryturach zapowiada Jan Łopata z PSL:
System waloryzacji w oparciu o wysokość inflacji i 20 procent wzrostu średniej pensji w gospodarce jest błędny. Należy dać wszystkim raz w roku podwyżkę kwotową.
Beata Szydło z PiS mówi o urzędnikach państwowych:
Ma być ich mniej, za to powinni być lepiej wynagradzani.
Sprawę doskonale podsumował Mirosław Gronicki, były minister finansów:
Mówić można wszystko. Rozsądnych deklaracji jest jednak jak na lekarstwo, a spełnionych zostanie jeszcze mniej.