Jestem, podobnie jak Władysław Frasyniuk, uwrażliwiony, a nawet przewrażliwiony w kwestii użycia wojska. Uczynił nas takimi stan wojenny. Solidarność była wielkim ruchem reform. Użycie wojska do zdławienia tego milenijnego ruchu powinno być ostrzeżeniem dla wszystkich rządów odrodzonej dzięki Solidarności Polski. Każde użycie wojska przeciw cywilom może i powinno być potępiane i ścigane przez organy demokratycznego państwa.

Dla nas, liderów i przywódców Solidarności, jest to dogmat wsparty osobistym doświadczeniem i pamięcią ofiar grudnia 1970 roku. Wojsko jest na wypadek wojny. Żołnierzom wręcza się uroczyście broń i szkoli do walki na śmierć i życie z tak samo uzbrojonym przeciwnikiem. Używanie żołnierzy do rozprawy z cywilami to deprawacja ich roli w systemie bezpieczeństwa państwa.

Słuchając wypowiedzi Władysława Frasyniuka, nie miałem żadnych wątpliwości, że jest wzburzony decyzją o posłaniu żołnierzy przeciw grupie cywilów koczujących na naszej wschodniej granicy. Straż Graniczna, Urząd do Spraw Cudzoziemców, wszelkie policje tajne i jawne są wystarczająco liczne, aby rozwiązać problem imigrantów. Co więcej, straże graniczne mają do pomocy także psy. Wysłanie żołnierzy do pomocy pogranicznikom budzi od razu najgorsze skojarzenia. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, że wypowiedź Władka Frasyniuka dotyczyła tych, którzy tym żołnierzom wydali rozkaz. To decydenci zepchnęli tych żołnierzy do roli, która nie jest im przypisana.

Trauma Grudnia '70, 13 grudnia 1981 r. mocno ciąży nad naszym życiem społecznym i politycznym. Minister obrony narodowej, premier rządu, a nade wszystko prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych powinni być świadomi, jak głęboki ślad w pamięci narodu, każdego człowieka i obywatela pozostawia obraz żołnierza, który swą broń kieruje przeciw cywilom. To zawsze i wszędzie sprowadza na wojsko niesławę. Wiedzieć to i chronić żołnierza przed tą niesławą, to nakaz dla organów władzy każdego cywilizowanego państwa. Dla zwierzchnika sił zbrojnych to imperatyw moralny i obowiązek konstytucyjny.

Niechlubną pamięć z naszej przeszłości przesłoniły chwalebne misje naszych żołnierzy w Iraku i Afganistanie. Afgańskie doświadczenie dowodzi zarazem, jak trudnym i złożonym procesem jest budowanie żołnierskiego etosu. Bez niego po prostu nie ma żołnierza, nie ma wojska, nie ma armii. Bez armii nie ma państwa. Żywa jest wciąż pamięć polskich żołnierzy z ich bitewnych starć o bezpieczne życie afgańskich cywilów. Poświęcali temu swoje zdrowie i życie. Przykre i niedopuszczalne jest, że ich ofiarę przesłania dziś obraz naszych żołnierzy skierowanych przeciw afgańskim uchodźcom, którzy bezbronni siedzą na granicy. Oni przecież od paru miesięcy wiedzieli już, co ich czeka ze strony talibów. Nasi żołnierze też to wiedzą. Wysłanie tych żołnierzy przeciw nim to więcej niż błąd.

Autor jest politykiem i politologiem, w okresie PRL był działaczem podziemia antykomunistycznego, uczestnik obrad Okrągłego Stołu w roku 1989, poseł na Sejm I i II kadencji