Jak policzyli dwaj kanadyjscy eksperci, liczba obiektów satelitarnych w ostatnich dwóch latach zwiększyła się o 50 proc. i jest ich teraz 5 tys. SpaceX Elona Muska buduje kolejne 11 tys. nowych obiektów satelitarnych i planuje trzy razy więcej. Podobne plany mają Amazon, OneWeb i Telsat. Chińska firma GW jest niedaleko z tyłu.

Elon Musk zapewnia, że jego kosmiczna cywilizacja ma nam zapewnić lepszą przyszłość, lecz odnoszę wrażenie, że będzie to powtórka ziemskiej historii w wersji kosmicznej. Choć media mówią głównie o planach turystycznych, to większość inwestycji ma charakter wojskowy. Jak czytam dokument amerykańskiej misji kosmicznej, to mam mieszane uczucia: „Kosmos umożliwia amerykańskiej sile militarnej osiągać zamierzone cele": ochronę „naszego" sposobu życia, obronę narodowego terytorium, prowadzenie wojen wspólnie z naszymi sojusznikami i partnerami. Dokument też wspomina „humanitarną pomoc", lecz całość brzmi tak jak podobne pisma dotyczące naszej ziemskiej planety. Dokumenty czterdziestu innych państw posiadających rządowe agencje kosmiczne używają podobnej narracji. Są wśród nich Chiny i Rosja, oczywiście.

Prawo międzynarodowe zabrania przywłaszczania sobie przez państwa przestrzeni kosmicznej, która ma z zasady być własnością całej ludzkości. Ten szczytny ideał będzie trudny do realizacji, gdy wrogie sobie obiekty kosmiczne będą broniły „swoich" praw w określonej przez nich przestrzeni. Sytuację komplikuje wzmożona działalność bogatych aktorów prywatnych, których cele nie zawsze są romantyczne. Specjaliści już mówią o kolonizacji przestrzeni kosmicznej pełnej cennych minerałów. Ci, którym uda się położyć łapę na tych minerałach, będą budować mury i granice, choć w innej formie niż te na Ziemi. Będą też żądać od swoich państw ochrony militarnej i prawnej. Ten scenariusz przerabialiśmy na naszej ziemskiej planecie z opłakanymi często skutkami. Czy jest szansa, by uniknąć historycznych błędów?

Chris Hadfield, który jako jedyny nagrał album piosenek w kosmosie („Space Sessions: Songs From a Tin Can"), uważa, że powrót mody na piosenki o innym świecie wynika z nowej fali walki o podbój kosmosu.

W kosmosie nie jest łatwo śpiewać, przyznaje Hadfield, lecz kultura musi odzwierciedlać społeczne trendy. Piosenki o astronautach, planetach i wojnach gwiezdnych ponownie się sprzedają. Dla mnie współcześni Demi Lovato czy Doja Cat to nie ta klasa co Elton John („Rocket Man") czy ELO („Ticket to the Moon") parę dekad wcześniej. Wygląda jednak na to, że przyszłość należy do innych planet niż Matka Ziemia. Jednak zamiast ciułać pieniądze na tanie loty kosmiczne Virgin Galactic obiecane przez Rycharda Bransona, zastanówmy się, jak można zapobiec gospodarczej kolonizacji kosmosu i wojnom gwiezdnym – realnym wojnom, nie tym z ekranów Hollywood.

Autor jest profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie