Zapytany, czy jego pierwsze miejsce na liście SLD w Gdyni to kara, Miller mówi:

W żadnym razie. Ponieważ słyszałem przed chwilą miniankietę na temat spadochroniarzy, więc wyjaśniam, że ja nie jestem spadochroniarzem, ale marynarzem i nie skaczę, tylko się wynurzam.

Były premier wypowiedział się na temat możliwych koalicji:

Uważam, że SLD ma szanse (współrządzić - red.) i to byłoby dla Polski bardzo potrzebne, bo trzeba dać naszemu krajowi nowy impuls modernizacyjny, bo trwanie nie oznacza dobrego przetrwania. PiS dobrowolnie określił się jako partia pozasystemowa, jako partia, która funkcjonuje w innej Polsce, nie w tej rzeczywistej. To jest partia na emigracji, a z partią na emigracji nie ma sensu podejmować jakichś sojuszy czy w ogóle rozmawiać.

Miller przewiduje:

Ja uważam natomiast, że możemy być świadkami innego manewru. Mianowicie takiego zbliżenia się między PO a PiS-em w kierunku jakiejś formy POPiS-u. Wierzę w to. Jak Pan popatrzy chociażby na ostatnie dwa sygnały. Mam na myśli raport pana ministra Czumy, który rozgrzeszył całkowicie IV Rzeczypospolitą. Teraz drugi sygnał. Brak zgody ze strony PO na rozpoczęcie procedury postawienia Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro przed Trybunałem Stanu, czyli postawieniem IV Rzeczypospolitej przed Trybunałem Stanu. To nie są przypadki. To są sygnały w kierunku PiS-u, panowie może bez Kaczyńskiego, ale pogadajmy o wspólnej władzy po wyborach.

Żaden z polityków SLD nie jest chętny do wyjawienia planów koalicyjnych, bo lepiej zostawić sobie otwarte drzwi w każdym kierunku. A skoro Leszek Miller nazwał sam siebie marynarzem, radzimy uważać na partyjny statek, który dryfuje po wodach niskiego poparcia.