Reklama

Eliza Olczyk: Naddarty sztandar Sojuszu

Odejście od szyldu SLD wydaje się racjonalne

Aktualizacja: 19.11.2014 07:02 Publikacja: 19.11.2014 01:00

Eliza Olczyk: Naddarty sztandar Sojuszu

Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek

Piętnaście lat minęło od powołania partii pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. I być może starczy, skoro tu i ówdzie podnoszą się nieśmiałe głosy, że ta formacja nie jest już zdolna nie tylko do wygrywania wyborów, ale nawet do przetrwania na arenie parlamentarnej.

Atut stał się balastem

Co właściwie oznaczają takie głosy? Że szyld SLD nie jest już wartością samą w sobie, a być może nawet stał się balastem. I że czas poważnie się zastanowić nad możliwością rozwiązania partii oraz powołania całkiem nowego ugrupowania lewicowego, z nowymi ludźmi, którym chce się czegoś więcej niż tylko zachowania funkcji partyjnych, i zupełnie nowym szyldem.

Pomysły wyprowadzenia sztandaru SLD i powołania nowej formacji lewicowej pojawiły się już po nieudanych wyborach w 2011 roku, gdy na scenę polityczną przebojem wdarł się Ruch Palikota, spychając SLD na piąte, ostatnie miejsce w szeregu ugrupowań parlamentarnych, a potem na dokładkę wyszarpujący mu posłów i działaczy terenowych. Wówczas jednak członkowie Sojuszu jeszcze się łudzili, że marny wynik wyborczy jest efektem przywództwa Grzegorza Napieralskiego. I że wystarczy zmienić lidera, by poparcie wróciło do poziomu 12–13 procent – też nie najwyższego, ale nieprzynoszącego wstydu, dającego trzecie miejsce w parlamencie i takiego, do którego szeregi partyjne zdążyły się już przyzwyczaić.

O pomysłach typu rozwiązanie SLD mówiły pojedyncze osoby i tylko szeptem. Dlaczego? Bo każdy, kto głosił taką konieczność, był natychmiast uważany za agenta Janusza Palikota. Gdy lider Twojego Ruchu zaczął wyciągać z Sojuszu takie poważne postaci, jak Ryszard Kalisz i Marek Siwiec, oraz uśmiechać się do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a wszystko po to, by założyć konkurencyjną dla SLD Europę Plus, wszystkie siły i emocje działaczy tej pierwszej partii skupiły się na walce z wrogiem.

Po wyborach europejskich natomiast, kiedy wróg pokonał się sam i Sojusz nie musiał już z nikim walczyć, pojawiły się ulga i nadzieja na dobry wynik w kolejnych wyborach. Nadzieja płonna, jak się okazało. Bo mimo zwycięstwa nad Twoim Ruchem Sojusz już nie bardzo wiedział, dla kogo jest na scenie politycznej.

Reklama
Reklama

Zmarnowane szanse

O tym pogubieniu świadczą dwa przykłady z dwóch krańców Polski.

Przed wyborami do samorządów rozpadło się w Gdańsku obiecujące szerokie porozumienie ugrupowań centrolewicowych, które miało promować Jolantę Banach, byłą wiceminister pracy w rządzie Leszka Millera, na prezydenta Gdańska.

Z sondaży wynikało, że miała ona ok. 12 proc. poparcia. Sojusz jednak zablokował to porozumienie. Dlaczego? Banach w rozmowie z „Rzeczpospolitą" mówiła, że działacze Sojuszu uznali, iż ich interesy nie będą należycie reprezentowane. Nie podobało im się też, że w nazwie komitetu Banach nie było słowa „lewica". Banach wycofała się więc ze startu, a Sojusz wystawił własnego kandydata na prezydenta Gdańska, Jarosława Szczukowskiego, szefa gdańskich struktur SLD. Dumne słowo „lewica" oczywiście widniało w nazwie komitetu. Tylko wynik kandydata budzi prawdziwą żałość – według sondażu IPSOS zdobył on zaledwie 4 proc. głosów, co dało mu ostatnie, szóste miejsce w wyścigu do fotela prezydenta Gdańska. Warto dodać, że jedyną radną lewicy w sejmiku będzie właśnie Jolanta Banach. Niestety, jako polityczna singielka niewiele zdziała na rzecz lewicowych wyborców.

Byle blisko stołka

Kwintesencją myślenia przede wszystkim o własnym interesie była też publiczna kłótnia partii z europosłanką Lidią Geringer de Oedenberg. Wrocławska deputowana rozstała się z SLD tuż po zdobyciu mandatu, zarzucając kolegom, że nie dotrzymują umów. Nie chodziło jednak o sprawy programowe czy o coś, co miałoby jakieś znaczenie dla wyborców Sojuszu, tylko o stanowisko kwestora Parlamentu Europejskiego, którego Geringer de Oedenberg nie dostała, bo przypadło ono Bogusławowi Liberadzkiemu. Dla wyborcy nie miało najmniejszego znaczenia, kto z tej dwójki bardziej zasługiwał na wymienione stanowisko, tym bardziej że 99 proc. obywateli zapewne nie ma pojęcia, czym zajmuje się kwestor w Parlamencie Europejskim. Pozostało wrażenie żenującego sporu o stołek.

Dziś działacze Sojuszu powinni zadać sobie pytanie, jaką wartość dla wyborców przedstawia jeszcze szyld SLD. Patrząc z boku, nie widać, aby była to wartość oszałamiająca.

Począwszy od 2004 roku, Sojusz nie jest w stanie wygrać żadnych wyborów, a od 2005 roku nie odgrywa istotnej roli na krajowej scenie politycznej. Ma co prawda struktury terenowe, których większe partie się nie dopracowały, jest członkiem międzynarodówki socjalistycznej, w której dla każdego państwa są przewidziane tylko dwa miejsca i jedno z nich zajmuje Sojusz.

Reklama
Reklama

Głównie kobiety na lewicy szepczą o porzuceniu dotychczasowej nazwy Sojuszu

No i otrzymuje dotacje z budżetu państwa, które są ściśle powiązane z partyjnym szyldem. I to są właściwie wszystkie aktywa SLD. Niestety, struktury są skostniałe i niechętne do współpracy z kimkolwiek, działacze kurczowo trzymają się swoich stołków, przywództwo Leszka Millera jest kwestionowane, bo nie gwarantuje sukcesów, a sam szyld skutecznie odstrasza od współpracy inne środowiska lewicowe – Zielonych, ruchy miejskie, feministki.

Ten ostatni czynnik sprawia, że partia, zamiast się rozwijać, przycupnęła w narożniku z napisem „postkomuniści" i tam postanowiła poczekać na lepsze czasy, czyli na upadek konkurentów albo odgrywanie roli języczka u wagi. Ani na jedno, ani na drugie nie ma w krótszej perspektywie żadnych szans, a dłuższego okresu Sojusz może nie przetrwać.

Wiedzieć, kiedy wyjść

Rozwiązanie całego interesu i postawienie na zjednoczenie lewicy wydaje się więc zabiegiem wartym rozważenia. Tym bardziej że działacze SLD mają doświadczenie w wyprowadzaniu sztandarów. Starsi pamiętają, jak w styczniu 1990 roku wyprowadzano sztandar PZPR z powodu historycznej konieczności.

Trzy lata później pod szyldem SdRP postkomunistyczna lewica objęła władzę. Ci w średnim wieku wyprowadzali w 1999 roku sztandar Socjaldemokracji RP, realizując plan polityczny Leszka Millera, który dwa lata później w 2001 roku, przyniósł lewicy oszałamiający sukces wyborczy. Wydaje się jednak, że teraz nie ma żadnego odważnego, który postawiłby na zdecydowane ruchy, żeby ocalić resztki dorobku i otworzyć zupełnie nowy rozdział w historii lewicy.

Tym bardziej że o pożegnaniu z szyldem w SLD szepczą głównie kobiety, a one w tej partii mają niewiele do powiedzenia.

Publicystyka
Grzegorz Braun idzie po władzę. Kongres KINGS pokazał, dlaczego skrajna prawica rośnie w siłę
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Zapraszamy na europejski rollercoaster
Publicystyka
Estera Flieger: Emmanuel Macron w trybie kocura
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama