Przez lata Berlin, podobnie jak większość zachodnich stolic, lekceważył jednak zagrożenie ze strony Rosji. Uważał, że w ramach NATO liczy się zdolność do przeprowadzania dalekich operacji zamorskich, jak ta w Afganistanie. I wyzbywał się za bezcen sprzętu do odparcia frontalnego ataku ze Wschodu, przede wszystkim czołgów.

Polska w stosunku do Rosji tak naiwna nigdy jednak nie była. I systematycznie przejmowała od zachodniego sąsiada znakomite leopardy. Jeszcze w listopadzie 2013 r., gdy Wiktor Janukowycz zerwał rozmowy z Brukselą, tworząc grunt pod rewolucję na Majdanie, Niemcy oddali Polsce kolejną partię 128 takich maszyn za 180 mln euro, czyli tyle co nic.

Dziś, jak podaje specjalistyczny portal Globalfirepower.com, Polska ze swoimi 1009 czołgami ma ich więcej niż Francja i Niemcy razem wzięte. Republika Federalna zostawiła sobie zaledwie 408 czołgów. Hiszpania, z którą lubimy się porównywać, ma 327 czołgów, trzykrotnie mniej od nas. A Holandia, której dochód narodowy jest porównywalny z polskim, ostatniego czołgu pozbyła się uroczystym wystrzałem na poligonie Bergen-Hohne 19 maja 2011 r.

Wiele zrozumiemy z uległości zachodniej Europy wobec Moskwy, jeśli sobie uświadomimy, że w całej Unii jedynym krajem, który jest większą potęgą pancerną niż Polska, jest Grecja (1913 sztuk). Kraj, który mimo zapaści gospodarczej nigdy nie zapomniał o potencjalnym tureckim wrogu.

Tych zaległości krajom Europy Zachodniej nadrobić jednak łatwo nie będzie. Niemcy wydają zaledwie 1,2 proc. dochodu narodowego na obronę, proporcjonalnie zdecydowanie mniej niż Polska. Angela Merkel do tej pory nie mogła przekonać swoich rodaków, że zagrożenie ze strony Rosji wymaga poświęcenia. I wątpliwe, aby teraz udało jej się przekonać Niemców do produkcji nowych czołgów, skoro poprzednie zostały przekazane w prezencie Polakom.