Reklama

Michał Szułdrzyński o polskiej polityce zagranicznej: Izolowani nie odniesiemy sukcesów

W polskiej polityce zagranicznej budowanie sojuszu regionalnego mogło mieć sens pod warunkiem, że miałoby stać się argumentem przetargowym w relacjach z Berlinem czy Paryżem.

Aktualizacja: 02.11.2016 20:34 Publikacja: 01.11.2016 17:44

Michał Szułdrzyński o polskiej polityce zagranicznej: Izolowani nie odniesiemy sukcesów

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Budując koncepcję Trójmorza, część obozu rządzącego chciała stworzyć narzędzie do lewarowania pozycji Polski w Unii Europejskiej. Założenie było proste: jeśli Warszawa będzie odgrywać większą rolę w regionie, z większą uwagą będą słuchane jej słowa. Jeśli uda się zbudować taki sojusz, Polska stanie się nie tylko ambasadorem Europy Środkowej, ale będzie właśnie o tyle silniejsza, o ile region ten będzie współpracować.

Jednak polityka regionalna miała być dopełnieniem, a nie alternatywą polityki europejskiej. Polska miała integrować region, a równocześnie walczyć o partnerskie relacje z najważniejszymi stolicami tzw. starej Europy.

Dlatego odwołanie przez Francję szczytu Trójkąta Weimarskiego jest sygnałem, że coś poszło nie tak. Bo to właśnie próba reanimacji tego formatu uprawiania europejskiej polityki miała być dowodem, że Polska nie jest izolowana.

Oczywiście, można powiedzieć, że dobre relacje z Paryżem nie mogą być opłacane wielomiliardowym kontraktem na śmigłowce dla polskiej armii. Tyle tylko, że pojawiają się tu dwa poważne pytania: po pierwsze o to, czy mamy alternatywę, a po drugie, czy rzeczywiście polska dyplomacja zrobiła wszystko, by zapobiec aż takiemu ochłodzeniu relacji z Paryżem.

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest raczej negatywna. Szczególnie po Brexicie w UE wytwarza się właśnie nowy układ sił. Polska powinna grać tak, by znaleźć się w grupie państw, które będą decydować o przyszłości UE. Widać dziś zaś, że tzw. francusko-niemiecki silnik europejski może zacząć znów odgrywać kluczową rolę w Europie. Relacje z Francją nie mogą być uzależnione od jednego kontraktu, ale trzeba też sobie uświadomić, że jesteśmy skazani na współpracę z Francją. Tymczasem sprawa zerwania kontraktu na caracale została rozegrana w taki sposób, że od strony dyplomatycznej nie przyniosła żadnych pożytków, za to przyniosła wszelkie możliwe straty i koszty. Trudno sobie wyobrazić gorzej przeprowadzoną akcję dyplomatyczną.

Reklama
Reklama

Równocześnie siła przekonywania Polski została osłabiona sporem z Komisjami Europejską i Wenecką o Trybunał Konstytucyjny.

W efekcie bowiem mamy niewiele do powiedzenia w trójkącie Berlin–Paryż–Warszawa, zaś budowa bloku środkowoeuropejskiego wcale nie idzie tak, jak zaplanowali to sobie stratedzy obozu rządzącego. Dość powiedzieć, że Czesi, Słowacy i Węgrzy wcale nie palą się do pomocy Polsce w blokowaniu wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję w Radzie Europejskiej, a państwa bałtyckie są znacznie bardziej skore do tego, by opierać regionalne sojusze o Niemcy, z którymi łączą ich również więzy gospodarcze.

Całkiem realny wydaje się więc scenariusz, w którym Polska będzie nie tylko izolowana, ale w efekcie jej zdolność do realizacji własnej polityki zostanie gwałtownie zredukowana.

Jeśli dodamy do tego sytuację, w której polski rząd opowiada się za zmianą unijnych traktatów, sytuacja robi się niepokojąca. Dlaczego? Bo jeśli przyjrzeć się pomysłom, które pojawiają się właśnie w Paryżu, Włoszech czy Luksemburgu, coraz wyraźniej widać, że Polska na takiej zmianie traktatów może tylko stracić. Z kolei powstają coraz to nowe wizje dalszej integracji europejskiej – jak choćby jeszcze bardziej sfederalizowany projekt Guy Verhofstadta czy pomysły ściślejszej unii obejmującej wyłącznie kraje strefy euro. Paradoksem jest fakt, że największym zwolennikiem pozostania Unii w obecnej postaci, bez zmiany traktatów, jest Angela Merkel.

Oczywiście dla Niemców Europa Środkowa jest ważna politycznie – jako przestrzeń swych wpływów – oraz gospodarczo, jako pole ekspansji. Ale to właśnie wizja UE, jaką dziś promuje Berlin, wydaje się być najbliżej tego, co leży w interesie Polski. I paradoksalnie to Berlin może być największym sojusznikiem Polski, Angela Merkel zaś może uniemożliwić całkowitą marginalizację naszego kraju.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Niemcy w sprawie Grenlandii rozgrywają własne interesy kosztem Polski
Publicystyka
Port Haller, czyli czego Jarosław Kaczyński nie wie o Królewcu, portach i Polsce
Publicystyka
Janusz Lewandowski: Nowy rozdział dziejów polskiej głupoty
Publicystyka
Piotr Madajczyk: Wysiedlenia znów rozpalają emocje. Niemiecko-polski powrót do przeszłości
Publicystyka
Jan Zielonka: Z kim trzyma Donald Trump? Czy jest w cichym sojuszu z Rosją Putina?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama