Budując koncepcję Trójmorza, część obozu rządzącego chciała stworzyć narzędzie do lewarowania pozycji Polski w Unii Europejskiej. Założenie było proste: jeśli Warszawa będzie odgrywać większą rolę w regionie, z większą uwagą będą słuchane jej słowa. Jeśli uda się zbudować taki sojusz, Polska stanie się nie tylko ambasadorem Europy Środkowej, ale będzie właśnie o tyle silniejsza, o ile region ten będzie współpracować.
Jednak polityka regionalna miała być dopełnieniem, a nie alternatywą polityki europejskiej. Polska miała integrować region, a równocześnie walczyć o partnerskie relacje z najważniejszymi stolicami tzw. starej Europy.
Dlatego odwołanie przez Francję szczytu Trójkąta Weimarskiego jest sygnałem, że coś poszło nie tak. Bo to właśnie próba reanimacji tego formatu uprawiania europejskiej polityki miała być dowodem, że Polska nie jest izolowana.
Oczywiście, można powiedzieć, że dobre relacje z Paryżem nie mogą być opłacane wielomiliardowym kontraktem na śmigłowce dla polskiej armii. Tyle tylko, że pojawiają się tu dwa poważne pytania: po pierwsze o to, czy mamy alternatywę, a po drugie, czy rzeczywiście polska dyplomacja zrobiła wszystko, by zapobiec aż takiemu ochłodzeniu relacji z Paryżem.
Odpowiedź na pierwsze pytanie jest raczej negatywna. Szczególnie po Brexicie w UE wytwarza się właśnie nowy układ sił. Polska powinna grać tak, by znaleźć się w grupie państw, które będą decydować o przyszłości UE. Widać dziś zaś, że tzw. francusko-niemiecki silnik europejski może zacząć znów odgrywać kluczową rolę w Europie. Relacje z Francją nie mogą być uzależnione od jednego kontraktu, ale trzeba też sobie uświadomić, że jesteśmy skazani na współpracę z Francją. Tymczasem sprawa zerwania kontraktu na caracale została rozegrana w taki sposób, że od strony dyplomatycznej nie przyniosła żadnych pożytków, za to przyniosła wszelkie możliwe straty i koszty. Trudno sobie wyobrazić gorzej przeprowadzoną akcję dyplomatyczną.