Gość przyznała, że sądy pracy nie działają dobrze, bo działają wolno.
- W 2017 r. średnia postępowań to niecały rok. W dużych aglomeracjach te postępowania są o wiele dłuższe. W mniejszych miastach trwają nawet pół roku. My jesteśmy przyzwyczajeni do nawet 2-letnich postępowań - mówiła Gładoch.
Podkreśliła, że podstawowy problem to brak wiary w mediatorów i polubowne postępowania.
- Większość pełnomocników zawiera ugodę w trakcie procesu, gdy jest już bardzo zaawansowany, a strony są wyczerpane. A powinno być zupełnie inaczej. Powinniśmy mieć więcej zaufania do mediatorów na początku albo do prób ugody. Wtedy jest mniej konfliktów i nie traci się czasu. Oczywiście pełnomocnicy mogą na tym stracić finansowo, ale o klienta trzeba dbać – tłumaczyła gość.
W sądach pracy poza sędzią zawodowym mamy dwóch ławników. - Wbrew obiegowej opinii są to osoby, które mają już doświadczenie zawodowe inne niż prawo i potrafią podpowiadać np. w sprawach księgowych czy rozliczania czasu pracy - zauważyła Gładoch.
Od zeszłego roku skład sędziowski musi być niezmienialny. - Karkołomne w sądach jest znalezienie jednego terminu dla trzech osób. To niepotrzebnie opóźnia postępowania nawet o kilka miesięcy – przyznała gość.
- Nie mam pojęcia, jaką intencję miał ustawodawca w tym zapisie. Nie wiem czemu miałoby to służyć w sądach pracy – dodała.
Jeżeli pracownik czuje się pokrzywdzony i chce sprawę skierować do sądu, to może to zrobić tylko jeśli był zatrudniony na umowę na czas nieokreślony. W przypadku umów na czas określony nie bardzo ma się od czego odwołać.
- Jest złudne przekonanie, przede wszystkim banków, że ci którzy mają umowę bezterminową, to mają trwałe zatrudnienie. Pracodawca może pracownika zwolnić, nawet z naruszeniem prawa. I się zaczyna proces, nawet kilkuletni, a pracownik czeka. Nawet jak ma rację, to satysfakcja mierna, bo pracy pewnie prędko nie znajdzie. Z wilczym biletem niewielu pracodawców będzie chętnych przyjąć go do pracy – tłumaczyła profesor.
- Trzeba się zastanowić, czy system sądowniczy oparty na orzekaniu przez wykształconych sędziów jest jedynym dobrym rozwiązaniem. Trzeba wrócić do pojednawstwa i sposobów polubownego zakończenia sporów, żeby nie fatygować sądów – dodała.
Przypomniała, że 3 lata temu spraw sądowych z zakresu prawa pracy było nawet 60 tys. Teraz jest ich tylko 37 tys. - To wygląda optymistycznie jednak ciągle czas trwania jest długi - oceniła Gładoch.
Kodeks pracy przewiduje możliwość powołania komisji pojednawczej. - W swoim zawodowym życiu spotkałam się raz z taką komisją – podała gość.
Przypomniała, że komisja kodyfikacyjna przedstawiła ciekawy projekt na mediacje i postępowanie pojednawcze. - Jeśli pracownik i pracodawca spróbuje porozumieć się przed sądem, to koszty postępowania będą niższe nawet o połowę. Warto to rozważyć, zamiast podwyższać koszty opłat w postępowaniach, co już zapowiedział minister sprawiedliwości – apelowała.
Aktywowanie innych form pojednawstwa jest praktykowane na dużą skalę w Europie i Stanach Zjednoczonych. - Tam od mediacji zaczęto. W Stanach mało kto swoje sprawy kieruje do sądu - zaznaczyła Gładoch.
Gość tłumaczyła, że kiedy pracodawca wpisuje przyczynę wypowiedzenia umowy na czas określony jest przekonany, że ona jest prawdziwa. - Sąd w toku procesu dochodzi do wniosku, że jednak tak nie było. To jest zarzewie konfliktu. W Polsce największym problemem jest wskazanie właściwej przyczyny wypowiedzenia umowy o pracę – oceniła.
Gładoch podkreśliła, że tendencja w sądownictwie pracy jest dosyć liberalna, jeśli chodzi o stosowanie prawa pracy przez pracodawców.
- Mówię o wskazywaniu przyczyny. Ona jest szeroka, jeśli chodzi o możliwości pracodawcy. Nawet niższa wydajność czy długotrwała choroba może być powodem zwolnienia. Jest wiele możliwości do zwolnienia. Osoby mające umowy na czas określony nie są chronione, to jest złudne przekonanie – podsumowała.