Grupa liczy około 10 osób, w tym byłych i obecnych pracowników związanych z Departamentem Obrony. Część z nich zajmowała się wcześniej przeciwdziałaniem autorytaryzmowi za granicą. Jak podkreślają, ich działania nie wynikają z politycznych uprzedzeń, lecz z obaw o stan amerykańskiej demokracji. Według nich Trump może próbować podważyć wiarygodność wyborów, by utrzymać republikańską większość w Kongresie.

„The Washington Post” podkreśla, że publikowane w artykule informacje opierają się na wywiadach przeprowadzonych na przestrzeni kilku miesięcy z dwoma urzędnikami zaangażowanymi w projekt.

Obawy przed wysłaniem wojska do lokali wyborczych

W ostatnich miesiącach przedstawiciele grupy konsultowali się z urzędnikami z 10 stanów, w tym gubernatorami, osobami odpowiedzialnymi za organizację wyborów oraz członkami Izby Reprezentantów i Senatu z obu partii. Rozmowy dotyczą przede wszystkim miejsc, w których wyrównana rywalizacja może przesądzić o kontroli nad Kongresem przez pozostałą część prezydentury Trumpa.

– Wszyscy mówili: obawiamy się, ale nie wiemy, co robić – relacjonował jeden z uczestników spotkań. Celem konsultacji jest przygotowanie stanów na różne możliwe scenariusze. Wśród analizowanych zagrożeń są zarówno działania legalne, jak i niezgodne z prawem, w tym wysłanie żołnierzy lub funkcjonariuszy służb imigracyjnych do lokali wyborczych oraz próby unieważnienia wyników pod pretekstem rzekomych oszustw.

Czytaj więcej

90 dolarów dla ponad 20 mln Amerykanów. Trump uruchamia wypłaty tuż przed wyborami

Jak zaznaczają rozmówcy „The Washington Post”, ich ostrzeżenia opierają się na analizie działań rządu i publicznych wypowiedzi Trumpa oraz jego sojuszników, a nie na tajnych informacjach wywiadowczych. Spotkania odbywają się poza ich oficjalnymi obowiązkami służbowymi.

Spór o kontrolę nad wyborami

Obawy pojawiają się na kilka tygodni przed wyborami zaplanowanymi na 3 listopada. Notowania Trumpa są na rekordowo niskim poziomie, a wyborcy wyrażają niezadowolenie z kosztów życia i wojny z Iranem. Demokraci mają szanse przejąć Izbę Reprezentantów, a być może również Senat. Zapowiadają, że w razie zwycięstwa zwiększą kontrolę nad działaniami administracji.

Trump od dawna twierdzi, że tak zwane głębokie państwo, czyli urzędnicy aparatu państwowego działający wbrew jego interesom, próbuje osłabić jego prezydenturę. Po powrocie do Białego Domu podjął szeroko zakrojone działania zmierzające do zwalniania zawodowych urzędników i wymagania politycznej lojalności od administracji.

Rzeczniczka Białego Domu Lauren Bis odrzuciła obawy przedstawione przez grupę i zarzuciła Demokratom, że nie popierają zaostrzenia przepisów wyborczych. W oświadczeniu zapewniła, że administracja podejmuje działania na rzecz ochrony wyborów, ściga przestępstwa wyborcze i wzmacnia bezpieczeństwo infrastruktury wyborczej. Dodała, że osoby nielegalnie oddające głosy zostaną pociągnięte do odpowiedzialności.

Czytaj więcej

Sondaż Reuters/Ipsos: Poparcie dla Donalda Trumpa jest rekordowo niskie

Część stanów rządzonych przez Republikanów sprzeciwia się jednak próbom rozszerzenia federalnej kontroli nad wyborami. Utah odmówiło administracji Trumpa dostępu do rejestrów wyborców. – Groźby, które otrzymujemy obecnie, pochodzą głównie od naszego własnego rządu – powiedziała wicegubernator stanu Deidre Henderson w rozmowie z „The Washington Post”.

W styczniu FBI przeszukało biuro wyborcze w hrabstwie Fulton w Georgii i przejęło materiały związane z wyborami. Dochodzenie dotyczyło obalonych zarzutów Trumpa o oszustwa w głosowaniu w 2020 roku. Prezydent powiedział później „The New York Times”, że żałuje, iż nie wysłał wówczas Gwardii Narodowej do przejęcia maszyn do głosowania. W październiku organizacje pozarządowe pozwały administrację, zarzucając jej bezprawne pozyskiwanie danych wyborców z 47 stanów.

Trump nie wyklucza zaangażowania służb

Trump bezskutecznie zabiegał o przyjęcie ustawy SAVE America Act, która zwiększyłaby uprawnienia władz federalnych w zakresie wyborów. Kontrolowany przez Republikanów Senat nie uchwalił projektu, ponieważ jego przyjęcie wymagałoby przełamania obstrukcji parlamentarnej i uzyskania co najmniej 60 głosów.

Niepokój budzą również wypowiedzi przedstawicieli administracji na temat ewentualnego wysłania wojska lub funkcjonariuszy imigracyjnych do lokali wyborczych. Podczas kwietniowego przesłuchania w Senacie minister obrony Pete Hegseth został zapytany, czy odmówiłby wykonania rozkazu wysłania żołnierzy do punktów głosowania lub przejęcia maszyn wyborczych. Początkowo uznał pytanie za hipotetyczne, a następnie oświadczył: „Nigdy nie otrzymałem rozkazu zrobienia czegoś nielegalnego i nie zrobię tego”.

Sam Trump podejmował także działania mające skłonić wyborców do poparcia Republikanów. Obiecał nagrodę w wysokości 5 tys. dolarów, jeśli partia utrzyma większość w Kongresie, a z pieniędzy publicznych finansowano reklamy przypominające przekaz kampanijny.

Czytaj więcej

Sondaż: Donald Trump rekordowo niepopularny. Amerykanie chcą zwycięstwa jego rywali

Urzędnicy ćwiczą reakcję na działania federalne

Według Tammy Patrick z National Association of Election Officials (organizacja non-profit zrzeszająca urzędników państwowych i lokalnych odpowiedzialnych za rejestrację wyborców oraz organizację wyborów w USA – red.) możliwość ingerencji władz federalnych stała się w ostatnim roku głównym źródłem niepokoju urzędników wyborczych. Władze stanowe i lokalne ćwiczą między innymi reakcje na sytuację, w której federalny funkcjonariusz zażąda dostępu do kart do głosowania lub maszyn wyborczych.

Wcześniej głównym przedmiotem obaw były działania obcych państw, takich jak Chiny i Rosja, które nadal próbują wpływać na amerykańskie wybory. Niepokój budzą też naciski Trumpa na Indianę i Teksas, by zmieniły granice okręgów wyborczych na korzyść Republikanów. Administracja zwróciła się ponadto do Sądu Najwyższego o ograniczenie głosowania korespondencyjnego, ale wniosek został odrzucony.

 – Wszystko to dzieje się na oczach opinii publicznej – podsumowała Patrick.