Nie wiem, czy istnieje jakieś „evangelical fiction” oparte na tym koncepcie, ale wiem na pewno, od jakiej sceny powinno się zaczynać. Faryzeusze i uczeni w piśmie przychodzą do Jana Chrzciciela, pytając, czy jest prorokiem. „W pewnym sensie” – odpowiada tajemniczo indagowany. A Eliaszem? „O, już cieplej, zgadujcie dalej”. Czy jesteś więc w takim razie Mesjaszem? „Cóż… umówmy się, że jestem”.
Czy to nie mogło przebiec w ten sposób? Oczywiście, że tak, nawet musiało. Wszystko dookoła, dynamika sytuacji, oczekiwania, emocje sprawiłyby, że na 100 przesłuchiwanych 99 zachowałoby się właśnie w ten sposób. Z jednej prostej przyczyny. Kim stanie się prorok, gdy zostanie opuszczony przez tłum? Kimkolwiek ponad kandydata na lokatora oddziału zamkniętego? Czym jest głos, który krzyczy w pustkę? Wzywa wiatr do pokuty, każe się uniżyć piaskom pustyni. Jeśli ktoś potrzebuje jeszcze dowodu na to, że „wśród narodzonych z niewiasty nie było większego od Jana Chrzciciela”, to niech uświadomi sobie, że on właśnie zrzekł się tłumu. Jak tronu, nagrody, wody na pustyni.