Jeśli postkomunizm sprowadzał się do miejsca eksponowania okrągłego stołu i do zerwania z nim wystarczyło przewiezienie go do muzeum, to albo do tej pory istniał wyłącznie w wyobraźni prawicowych polityków, albo był tak bardzo niegroźny, że nawet Lech Kaczyński nie uznał walki z nim za wartą zachodu. Aż przyszedł Karol Nawrocki i wszystkim uświadomił, że postkomunizm jest zjawiskiem realnym i groźnym, ale na szczęście jest na niego sposób magiczny – wystarczy wywieźć jeden mebel. Pokolenia antykomunistów go nienawidzą.