Budowali dom. Trwało to parę lat, bo zbierali pieniądze na kolejne etapy: stan surowy, okna, dach. Wreszcie wykończeniówka, na którą trzeba było wziąć kredyt. Wzięli i skończyli. Zaczęło się życie w nowym miejscu, położonym w peryferyjnej dzielnicy wielkiego miasta. Nowe łączyło się tu ze starym. Rozpadające się domki pod papą, ceglane murki, szopy z poczerniałych desek. Puste działki porośnięte zdziczałymi krzewami jeżyn, pokrzywami i łopianem. A wśród tego nowe domy, takie jak należący do nich. Zamieszkali w nim mama, tata i dwóch synów: siedmio- i czterolatek.