Reklama

Za śmiechem Mikołajka kryje się wojna, Vichy i milczenie ojców

„Mikołajek” w 2025 r. jest lekturą trudną, przynajmniej dla dorosłych. Widać w nim i historyczne traumy Francuzów, i upadek autorytetu głowy rodziny.

Publikacja: 12.09.2025 15:35

Francuski rysownik Jean-Jacques Sempé, twórca komiksowej postaci „Mikołajka”, podczas wizyty na wyst

Francuski rysownik Jean-Jacques Sempé, twórca komiksowej postaci „Mikołajka”, podczas wizyty na wystawie w paryskim ratuszu upamiętniającej 50. rocznicę powstania „Mikołajka”, 5 marca 2009 r.

Foto: JOEL SAGET/AFP

Szukając literackich, popkulturowych, dość rozpowszechnionych wzorów budującej więzi rodzinnej, zapewne prędzej czy później trafimy na opowieść o Mikołajku. Lektura ta znana zapewne wszystkim szanownym czytelnikom z dzieciństwa, a być może powtarzana wiele lat później, kiedy sami usypialiście do snu swoje pociechy, poza wieloma żartami, niezwykłym obrazem życia francuskiego na przełomie lat 50. i 60., dostarcza też wiele ciepłych historii rodzinnych. Te zwykle przyjmujemy za zupełnie normalne, choć w wielu z nich pobrzmiewa historyczny kontekst powstania opowiadań.

Być może całe codzienne życie w połowie XX wieku we Francji metropolitalnej kojarzymy przez pryzmat przygód Mikołajka – bohatera słynnej serii książek dla dzieci autorstwa René Goscinnego, z ilustracjami Jeana-Jacques’a Sempégo. Choć jest to pogodna opowieść o życiu ucznia szkoły podstawowej, pod jej powierzchnią kryją się problemy i nawiązania do wielkich traum historii Francji. Spójrzmy na epokę historyczną, w której powstawały opowieści o Mikołajku. Świat w nich przedstawiony to koniec lat 50., gdy żywe wciąż były wspomnienia II wojny światowej.

Dlaczego dziś Mikołajek bywa lekturą kontrowersyjną

„Mikołajek” w 2025 r. jest lekturą trudną. To znaczy nie dla większości dzieci, jak mniemam, ale dla dorosłych. Czy dzisiaj podobne historie zostałyby w ogóle wydane? A jeżeli tak, to, czy mogłyby się przebić do mainstreamu, niosąc tak wiele kontrowersyjnych z punktu widzenia współczesności treści? Powszechność kar cielesnych szokuje pokolenia wychowane w szkole i rodzinie roszczących sobie tytuł „bezstresowych”. A może lepiej powiedzieć: powszechność przemocy, która choć obecna w rozwoju młodych ludzi w każdej epoce, dziś jest potępiona dużo silniej niż kilkadziesiąt lat temu. Sielska wizja szkoły, w której na każdej lekcji uczniowie okładają się pięściami, nie byłaby chyba obecnie czymś, czym poprawni politycznie autorzy chcieliby się chwalić. Spójrzmy także na postać Ananiasza, stereotypowo przedstawionego prymusa i tak zwanego pieszczoszka pani nauczycielki. Aktualnie trudno sobie wyobrazić podobne naigrywanie się ze słabego fizycznie, ale inteligentnego ucznia, a tym bardziej trudne do przełknięcia dla jakiegokolwiek wydawcy byłoby przedstawienie napadów szału Ananiasza i jego gróźb dotyczących samookaleczenia i samobójstwa.

Czytaj więcej

„Tajemnica tajemnic", nowy thriller Dana Browna. Czy przebije „Kod Leonarda da Vinci”?

Zresztą niektóre pomysły i deklaracje innych bohaterów „Mikołajka” wydają się równie przerażające z punktu widzenia współczesnej wrażliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o postrzegane dziś jako rasistowskie pewne słownictwo czy dziecięce zabawy spełniające definicję cultural appropriation (kulturowego przywłaszczenia). Paradoksalnie także dlatego współczesne pokolenie dzieci zupełnie nie podziela owych strachów dorosłych i chłonie opowieści o Mikołajku, jak niezwykle egzotyczne historie z innego świata. Być może humor autora okazał się ponadczasowy i przekraczający bariery i podziały kulturowe. A może współczesne dzieci karmione bardzo wyjałowioną z wszelkich cieni i mroków literaturą dziecięcą po prostu pragną odmiany.

Reklama
Reklama

Porzućmy jednak na chwilę współczesny kontekst tych opowiadań. Wróćmy do historii.

Cienie historii, o których trzeba milczeć

„Drôle de guerre” – czyli „dziwna” lub wręcz „śmieszna wojna” – to określenie nadane pierwszej fazie II wojny światowej, po wypowiedzeniu przez Francję wojny III Rzeszy. Niemcy nazwali ten etap „Sitzkrieg”, czyli „wojna na siedząco”. Jednak ten ironiczny termin można odnieść właściwie do całego francuskiego doświadczenia wojennego. Francja – zwyciężczyni I wojny światowej, potężne imperium kolonialne i, w swoim mniemaniu, militarne mocarstwo – w 1940 r. doznała spektakularnej klęski.

Czytaj więcej

Marek Stelar i „Ołowiane żołnierzyki": historia zatacza koło kolejny raz

Nie oznaczało to jednak całkowitej zagłady III Republiki między 10 maja a 25 czerwca. Niemcy, niepewni przyszłej konfrontacji z Wielką Brytanią, zaproponowali stosunkowo łagodne warunki zawieszenia broni. Okupacji poddano tylko część terytorium Francji, podczas gdy reszta – tzw. Państwo Vichy i kolonie – pozostała de iure niezależna. Taki układ sprawił, że straty ludności cywilnej były relatywnie niewielkie (z wyłączeniem tragicznego losu francuskich Żydów), a zniszczenia infrastrukturalne daleko mniej dotkliwe niż w innych okupowanych krajach Europy.

Choć z biegiem wojny III Rzesza zaostrzała politykę wobec okupowanej i kolaborującej Francji, terror nigdy nie osiągnął tu skali znanej ze wschodnich terenów okupowanych. Groźby Hitlera o „polonizacji okupacji” nie zostały zrealizowane – nawet w bezpośrednio administrowanych przez Niemców częściach kraju wyzysk nie dorównywał temu, co działo się w Polsce. Niemcom odpowiadało pozostawienie kolonii pod kontrolą Vichy – zamrażało to konflikt poza Europą i zmuszało aliantów do rozproszenia sił.

Francja była członkiem obozu aliantów tylko częściowo. Wolni Francuzi, dowodzeni przez Charlesa de Gaulle’a, musieli stale przypominać o swoim istnieniu i przekonywać, że to oni reprezentują „prawdziwą” Francję – wierną sojuszniczkę Wielkiej Brytanii i wroga III Rzeszy. Taka pozycja czyniła ich szczególnie podatnymi na presję ze strony ZSRR – ale to już temat na inną opowieść.

Reklama
Reklama

Wracając do „Mikołajka” – Francja wyszła z wojny fizycznie nienaruszona, lecz wewnętrznie osłabiona. Choć kolonialne imperium przetrwało formalnie po 1945 r., metropolia nie miała sił, by sprawować nad nim realną kontrolę. Walka o kolonie spadła niemal wyłącznie na Legię Cudzoziemską, której symbolicznym wysiłkiem była bitwa o Dien Bien Phu.

Jednak ostatecznym symbolem końca francuskiego imperium był rok 1962 i przegrana wojna w Algierii, choć dla wielu kres ten był widoczny znacznie wcześniej. Katastrofy kolonialne to jednak tylko fragment szerszego obrazu. Już kryzys sueski w 1956 r. obnażył niemożność francuskiej projekcji siły – nawet w relatywnie bliskim basenie Morza Śródziemnego. W 1960 r. rozpoczęto testy jądrowe, które zwiastowały odejście od doktryny ofensywnej na rzecz formalnie defensywnej. Francuskie imperium dogorywało – po cichu, bez spektakularnego finału.

Czytaj więcej

Mikołajek i Mikołaj

W tym kontekście uderzająca jest pozorna apolityczność opowiadań o Mikołajku, których pierwsze historie powstały pod koniec lat 50. Nie znajdziemy w nich żadnych aluzji do kolonialnej przeszłości. Niewiele dowiadujemy się o ojcu Mikołajka czy o rodzicach jego kolegów – choć przecież mężczyźni ci, mający około 40 lat w 1960 r., dorastali i zaczynali kariery w czasach Vichy. Statystycznie część z nich musiała być związana z Wolną Francją, ale inni – jak np. ojciec Rufusa, będący policjantem – najprawdopodobniej rozpoczęli pracę w administracji państwa kolaborującego z III Rzeszą. Pytanie, co robił ojciec Rufusa w tekście nie pada. Ale czytający te opowieści w latach 60. francuscy ojcowie niemal na pewno je sobie w ciszy zadawali.

Znamienne jest też milczenie pokolenia dziadków. Nie wspomina się o okopach Wielkiej Wojny, której mit został nadszarpnięty przez polityczny wybór marszałka Philippe’a Pétaina. Francuzi zdają się niechętni do rozliczeń – zarówno z przeszłością, jak i teraźniejszością. Przejawia się to wtedy w ich kulturze: literatury i kina poruszających tematy kolonialne, wojenne czy polityczne jest niewiele. Dominują natomiast science fiction i tzw. kino nowej fali – świadectwa przeniesienia zainteresowań raczej w stronę przyszłości niż rozliczeń z przeszłością.

Współczucie wobec słabości

Jeśli wczytamy się w opowiadania o Mikołajku z intencją rozkodowania obecnej tam historii i dotarcia do społecznych traum, musimy być gotowi na poważny wysiłek intelektualny. Dodajmy, że autor niniejszych słów nie jest specjalistą w tej dziedzinie. Owszem, jestem literatem, tworzącym historie, choć niekoniecznie skierowane do dzieci. Owszem, jestem historykiem, który interesuje się dziejami Francji, acz nie czuję się specjalistą, jeśli chodzi o ten rejon świata, nawet biorąc pod uwagę jedynie wiek XX. Przyznam się też, że nie władam językiem Moliera wystarczająco biegle, aby czytać przygody Mikołajka w oryginale. Moją legitymacją do dokonania tej analizy jest doświadczenie zupełnie bieżące. Doświadczenie przeżywania przygód Mikołajka wraz z moją dziewięcioletnią córką. Razem poznajemy (albo w moim przypadku przypominamy sobie) te historie, co skłania mnie do zastanowienia, jak wiele aspektów owych opowieści umykało mi, kiedy napotkałem je po raz pierwszy.

Reklama
Reklama

Będąc młodym chłopakiem, mając lat 8 czy 9 (czyli będąc mniej więcej w wieku Mikołajka), słuchałem tychże historii czytanych mi przez mojego ojca. Przyjmowałem je z całym dobrodziejstwem inwentarza, tylko od czasu do czasu zastanawiając się nad tym dziwacznym egzotycznym światem Francji połowy XX wieku, w którym nie idzie się w czwartki do szkoły. Natomiast zupełnie umykały mi rodzinne i społeczne niuanse. Nie zwracałem uwagi, że ojciec Mikołajka, choć pokazywany jest jako postać pozytywna, kochająca swojego syna, oddany mąż, a także w sumie całkiem zaradny człowiek zapewniający swojej rodzinie godny byt, w każdym innym aspekcie przedstawiany jest jako człowiek słaby. Chodzi tutaj zarówno o relacje ojca Mikołajka w rodzinie, jak i interakcje z innymi dorosłymi, takimi jak jego sąsiedzi, koledzy w pracy bądź rodzice innych chłopców, których Mikołajek poznaje chociażby na wyjeździe do pensjonatu nad Atlantykiem. Ta głowa rodziny nigdy nie może postawić na swoim, czego symbolem jest choćby wybór miejsca na wakacje z opowiadania „Tata decyduje”, w którym decyduje mama.

Ojcu Mikołajka zdarza się także być (co ukazano ze sporym taktem i w sposób żartobliwy) upokarzanym również przez dzieci. Chociażby w opowiadaniu „Zabawa w kowbojów”, w którym koledzy Mikołajka przywiązali jego ojca do drzewa, jako element zabawy w kowbojów i Indian, po czym zapomnieli go rozwiązać przed pójściem na podwieczorek. Oczywiście, komediowa konwencja opowieści pozwala potraktować tego typu nieprzyjemne doświadczenie w sposób oderwany od jakiejś rzeczywistości społecznej. Ale możemy sobie zadać pytanie: czy pokolenie ojca Mikołajka potrafiłoby przywiązać do drzewa i zostawić w ogrodzie dziadka Mikołajka, bohatera z okopów Wielkiej Wojny? Czy podobne żarty uchodziłyby, gdyby czyniono je wobec matki Mikołajka?

Historia Mikołajka obfituje też w inne postacie, zwłaszcza mężczyzn w średnim wieku, którzy każą zadać nam pytania o społeczne i rodzinne problemy Francuzów w epoce. Choćby już zupełnie komiczne powoływanie się Rufusa na domniemaną wszechwładzę swojego ojca, może sugerować właśnie brak autorytetu, którym cieszył się policjant zaczynający swoją karierę za czasów Vichy.

Ojciec Mikołajka, gdyby nie małżeństwo z mamą Mikołajka, zostałby zawodowym piłkarzem, kolarzem, a także odnosiłby wielkie sukcesy w nurkowaniu i podwodnym łowieniu ryb. Jednakże te wszystkie młodzieńcze pasje musiały umrzeć jako ofiara złożona na ołtarzu małżeństwa. Przynajmniej tak co jakiś czas zdarza się mówić naszemu bohaterowi. Czy jest to typowe narzekanie, przejaw kryzysu wieku średniego wśród mężczyzn zawiedzionych trudami życia rodzinnego? Zapewne tak, choć w kontekście faktycznych osiągnieć sportowych taty Mikołajka (lub ich braku) brzmi to mało wiarygodnie.

Podsumowując: ojciec Mikołajka jest jego bohaterem, ale bohaterem wyjątkowo cichym i mało spektakularnym. W przeciwieństwie do innego słynnego ojca, Tatusia Muminka z książek Tove Jansson, nie zasłużył sobie nawet, by jego imię nosił tytuł książki. Ale przecież nie to jest najważniejsze. Sprawdzianem jego cnót jest sam syn, to, na jakiego człowieka został wychowany.

Reklama
Reklama

Co robiłby duży Mikołajek

Właśnie: co robił Mikołajek, gdy skończył szkołę podstawową? Zapewne poszedł do szkoły średniej, a potem na studia. Kiedy poszedł na studia? Zakładając, że poszedł do szkoły podstawowej około roku 1955 podczas protestów na francuskich uniwersytetach wiosną roku 1968, mógł tam być już obecny. Owszem, jako młody i niedoświadczony, ale przez to podatny na ducha epoki młody student.

Czy doświadczenie życia w pełnej, kochającej rodzinie lepiej przygotowało go do empatii wobec świata, wyczucia nadchodzących wichrów zmian, czy też może pewne problemy, które zaznał w rodzinie, choćby niedostatek ojcowskiego autorytetu, spowodowały, że z większą lub z mniejszą świadomością poddawał się presji starszych kolegów i młodych wykładowców akademickich, którzy buntowali się wobec zastanego porządku. Tego nie wiem, nie powstały nigdy oficjalne kontynuacje przygód Mikołajka, których akcja sięgałaby aż do końca lat 60. Ale czasem lubię wyobrazić sobie równoległy fikcyjny świat przedstawiony, w którym sędziwy już dziadek Mikołajka, bohater Wielkiej Wojny, komentuje poczynania swojego wnuka na studiach. Jakoś w tej rozmowie zupełnie nie mogę sobie wyobrazić komentarzy ojca Mikołajka, który w mojej głowie jedynie wzdycha ciężko i przewraca oczyma.

Kto wie, może Mikołajek w tym świecie fantastycznym nie dorasta nigdy, żyje w wiecznej teraźniejszości i wiecznym dzieciństwie, także dlatego, że nie zazna odpowiedniego oparcia w ojca uczącego go życia. A może się mylę, może właśnie to miękkie, pełne wątpliwości, ale przede wszystkim nacechowane pozytywnymi emocjami ojcostwo w domu Mikołajka dobrze przygotowało go do późniejszego dorosłego i fikcyjnego życia.

Na koniec chciałbym dodać, że „Mikołajek” czytany i niegdyś przez mojego Ojca, był tylko jedną z bardzo wielu lektur, ale z wielu względów był lekturą niezwykłą. Mój Tata czytał mi również „Czarne krzyże nad Polską” Stanisława Skalskiego, Trylogię Sienkiewicza i „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza. Można powiedzieć, że dostarczał mi literackich wzorców z wielu epok historycznych, choć można uznać, że we wszystkich dominowały dość silne autorytety i wzorce. Chociaż mój Tata wydawał mi się zawsze jednym z najłagodniejszych ludzi na Ziemi, nigdy nie pomyślałbym, aby przywiązać go do jakiegoś drzewa podczas zabawy w Indian i kowbojów. To się po prostu nie godzi, Tata ma wszak swoją godność. A przy tym i dystans do siebie. Kiedy miałem 6, 7 czy 8 lat, mój Tata nie miał żadnych problemów, aby czytać mi historie Mikołajka i jego nieco zagubionego, acz niezwykle sympatycznego ojca.

O autorze

Adam Podlewski

Historyk, edukator, popularyzator historii. Autor powieści historycznych, w tym „Zakonu Świętego Brutusa”, „Premierów” oraz „Pilotów”

Reklama
Reklama
Plus Minus
„Posłuchaj Plus Minus”: Nie będzie łatwego zakończenia wojny Rosji i Ukrainy
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Plus Minus
„Cisza i zgiełk obrazów”: Wyłonione ze zgiełku
Plus Minus
„Aces of Thunder”: Lataj ostrożnie!
Plus Minus
„O krok za daleko”: Dobry, prosty kryminał
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama