Gdy myślę o finale kampanii prezydenckiej, przypomina mi się amerykański film „Werdykt” Sidneya Lumeta. Paul Newman grał tam zapijaczonego adwokata, który podejmuje się reprezentowania rodziny pacjentki skrzywdzonej przez bogaty prywatny szpital. Wszystko w tym procesie wydaje się być ustawione. Prawnicy drugiej strony manipulują dowodami i przekupują świadków. Sędzia, w teorii pilnujący reguł procesu, stoi po ich stronie. A jednak – uwaga, spoiler – jest jeszcze finał. Czyli decyzja milczących przysięgłych reprezentujących społeczeństwo.